Właśnie 2 tygodnie temu minął rok odkąd jestem w Warszawie.
A wiecie co? To ciekawe. Kiedy jestem w Radymnie, wydaje mi się jakbym nigdy nie opuścił rodzinnego domu – w Warszawie natomiast na odwrót; jak tu sobie siedzę, mam poczucie jakbym był tutaj już od bardzo dawna. Tak samo jest z powrotami. Wiadomo – niesamowicie wraca się do Rodziców. Ale kiedy wracam po dłuższej przerwie do Warszawy – też jest miło .
Jakie jest to miasto? Nieodkryte i nie do odkrycia. Mnóstwo możliwości, więcej perspektyw. Kto tutaj chwile pomieszka naprawdę widzi różnice. Jestem dumny, że nasz kraj ma tak prężną stolicę. Zaczynając od tego, że tutaj praca szuka człowieka (na moim Podkarpaciu ludzie braliby w ciemno niektóre z ofert, które w Warszawie są skazane na wakat). Niesamowite miasto wspaniałych miejsc i wydarzeń. Na plaży siedzi się tutaj lepiej niż nad morzem. Wieczór spędzasz tak jak zechcesz. Filharmonia? Opera? Kino? Teatr? Jak się postarasz, masz nawet za friko. Może jedzenie o 22? Jest nocny market – stary dworzec przerobiony na otwarty klub z muzyką i wielorakimi stoiskami z orientalnym jedzeniem. Czynny tylko nocą . Niedawne odkrycie ale jest super. I tak można odkrywać i odkrywać… No i moja ulubiona miejscówka – pawilony. Rzadko kiedy ktoś lubi to miejsce (przynajmniej w takim stopniu jak ja) – idziesz sobie do obskurnego pubu, możesz zejść do piwnicy urządzonej nadniszczonym wyposażeniem i siedzisz sobie. Jak chcesz. Kocham też jeździć metrem. . No i absolutnie coś, bez czego bym tutaj nie przetrwał – freta. To taka ulica, na której jest mój ukochany kościół oo. Dominikanów. Jeszcze zanim się tu wprowadziłem, wyszukałem sobie ten kościół w necie i wiedziałem, że to będzie to! Nie napastuje jakoś tego miejsca tak strasznie często, czasem chodzę do innych kościołów. Choć nie porwała mnie wizualnie ta świątynia, to zawsze widzę to miejsce jako moje spotkanie z Bogiem. Słuchajcie, jakie czasami trudne momenty się tam przeżywało – choć to tylko rok. I to jest piękne – to tam zostawiałem te rzeczy między mną a Bogiem, za tym białym murem. No i to też taka fajna perspektywa miasta, która pozytywnie się wyróżnia. Kiedy tylko zapragniesz – wiesz, że znajdziesz tutaj spowiedź, Mszę, cokolwiek dobrego.
Ale są też ciemne strony naszej stolicy. Jak to się mówi – miasto grzechu. Nie trudno dostrzec jaki hedonizm cechuje tutaj tak wielu ludzi. W większości liczą się tutaj dwie rzeczy – jak najefektywniejsza praca i jak najefektowniejszy wypoczynek; po to, żeby ta praca potem dalej mogła być tak efektywna. Często widzę te szare twarze, wracających z pracy osób, które się nie szanują. Nie szanują pod względem poczucia swojej odrębności. Tutaj ludzie pragną być szarą masą – przyjmować standardy narzucane przez te setki tysiące osób. Tak czasem mam ochotę jakoś docenić jedną napotkaną osobę – niech poczuje się wyjątkowo. Ale jak? Nie wiem. Z resztą – sam się na tym łapie, że w to popadam. Praca powinna pozwalać na tworzenie swojego życia, a nie życie powinno pozwalać na pracę. Nasz (zabrzmi patetycznie) żywot nie może być niewolnikiem obowiązku. Hedonizm, szarość, egzystencjalizm, rutyna, myślące mięso – myślę, że to są słowa klucze.
To tutaj jest epicentrum łączenia się sacrum i profanum. Dzisiaj w kościele (nota bene jestem teraz przy parafii św. Franciszka z Asyżu ❤ ) stałem koło młodego małżeństwa – może lekko po trzydziestce, dwójka dzieci, trzecie widziałem w drodze. Jak fajnie i głośno mi się koło nich śpiewało! Pani skromnie ubrana, Pan zajęty synem, ale wczuwający się w modlitwę. Kocham to miasto za takich ludzi. Oprócz tego, że mówi się, jak bardzo laickie jest to miasto – to ja właśnie oczekuję, że tak w przyszłości będzie wyglądał nasz Kościół. Żeby chrześcijan było widać z daleka. Niech nie idą wszyscy hurtem do kościoła w niedzielę, z tradycji. Niech idą ludzie wiary, którzy płyną pod prąd, a na komunii ławki niech będą puste! Tak tu jest. Choć w niedzielę, może nie widać takiego przejęcia wśród wiernych, ale kiedy jestem na Mszy św. w niedzielę – no to po prostu, mógłbym chodzić tylko po to żeby ludzi oglądać! Też chciałbym być kiedyś takim człowiekiem jak ci ludzie. Jeszcze wtrącę – żeby nie było, że chciałbym Kościoła, do którego grzesznicy nie mieliby wstępu. No nie, sam nim jestem, a nawet i ci ludzie też. Jednak wymagałbym zaangażowania, a to może dać każdy. Najbardziej lubię stare miasto w południe. Wtedy Warszawa jest takim Rzymem, gdzie widać różnokolorowe zakonnice, które akurat wychodzą ze Mszy św.
Co u mnie w tej Warszawce? Łatwo mnie tu dopada marazm. Skutki ciężkiego psychicznie początku zeszłego roku akademickiego, odczuwam do teraz, choć wszystko dobrze się skończyło. Ale głowa człowieka chłonie doświadczenia jak gąbka. Ciężko mi się nawet o tym myśli . Ale jest mi tu dobrze. Poznałem tutaj świetnych ludzi, mogę nazywać ich już przyjaciółmi i chciałbym żeby tak pozostało na zawsze. Dodatkowo, dobrzy ludzie z moich stron też tu są i staramy nadal trzymać się bardziej! Z niektórymi to nawet i bardziej zawiązała się ta znajomość.
Tu naprawdę może być dobrze . Tylko jest trochę trudniej, ale jak to w dorosłym życiu. Często słyszę – „nie żałujesz, że poszedłeś do Warszawy?”. Szczerze odpowiadam – nie.
