autorytet życia

Była godzina 12:00. Ul. Miodowa w Warszawie, klasztor kapucynów. Zadzwoniłem na furtę klasztorną, mówiąc bratu furtianowi, że jestem umówiony z o. Januszem na rozmowę. Ten trochę nie dowierzając, że o. Janusz z kimkolwiek był w stanie się umówić, mimo wszystko mnie wpuścił. Czekałem sporo i już wtedy żałowałem, że to spotkanie będzie mogło trwać tak krótko; miałem tylko godzinę na rozmowę i od razu musiałem zmykać żeby odebrać z lotniska Asię, która wracała z misji z Salwadoru.

W końcu „doczłapał” się ten mój dziadeczek. Żadnego z moich dziadków nie pamiętam dobrze, dlatego ten od zawsze był takim moim pierwszym i jedynym starcem w moim życiu, który mając za sobą tyle bagażu doświadczeń, kapitału intelektualnego – był w stanie naprawdę przekazać życiową prawdę. Kiedy go wtedy zobaczyłem, przeraziłem się. Wychudzony (schudł prawie 20 kg w przeciągu niewiele ponad dwóch miesięcy).

Obojgu nam wydawało się, że wiedzieliśmy, że mieliśmy mało czasu. Jednak chyba nie spodziewaliśmy się, że zostało nam go aż tak niewiele. Ale od początku.

Szarość Warszawy, tłumy ludzi, młodzieńcze ideały mieszające się z wciąganiem przez środowisko akademickie do wyścigu szczurów – mniej więcej w takim momencie życiowym pojawił się na mojej drodze o. Janusz. Zrządzenie losu? Opatrzność boża? Co jak co ale w tym przypadku na pewno to drugie. Trafiłem po prostu kiedyś do niego do spowiedzi. Zupełnie przypadkiem. Nie pamiętam dobrze pierwszej spowiedzi, ale wychodząc spojarzłem na tabliczkę „o.Janusz” przylepioną do drzwi konfesjonału. Wygooglowałem, kolejnym razem pomyślałem – dobra, pójdę jeszcze raz do niego, ostatnio mocno do mnie trafił. Za drugim razem nie byłem niczego pewny jak tego aby już zawsze spowiadać się u niego.

Poznawaliśmy się. Kiedy byłem sobą załamany, ten nigdy nie pozwalał mi zapomnieć o Bożej miłości, kiedy byłem z siebie relatywnie zadowlony – konstruktywnie karcił, sprowadzał na ziemię. Jak prawdziwy mistrz, dosłownie jak w tych filmach o samurajach i ich mistrzach.

Z korespondencji z o. Januszem:

Podejmowanie decyzji jest konieczne, jeśli chcesz wpisać się w Boże zamysły i realizować creatio continua, w skali całego życia. A Ty ciągle czekasz, aż ktoś za Ciebie podejmie decyzje albo podejmą się „same”. To prosta droga do przegrania życia. Decyzje trzeba podejmwać, nawet kosztem popełnienia błędu. Błąd, to nie koniec świata. Nie wolno ewentualności popełnienia błędu traktować histerycznie. Jeśli popełniłem błąd, to go koryguję i podejmuję kolejną decyzję. Przecież „do odważnych świat należy”, zwłaszcza jeśli działają w imię Boże„.

Był czasem surowy, zawsze wymagający, zwykle jednoznaczy. A w tym wszystkim tak zręczny, że nie ujmował w konfesjonale niczemu z Bożej miłości. Po śmierci wyczytano w jego dzienniku słowa „i nie pozwól by mój brak cierpliwości dokonał kiedykolwiek uszczerbku w świadomości tych ludzi o Twoim miłosierdziu”. Człowiek starej daty, wykładowca, wychowawca seminarzystów. Prawie na dwa lata był na misji pośród buszów Papui Nowej Gwinei. Życiorys wskazywał, że w kierownictwie duchowym mógł być dosyć srogi. Faktycznie, był konkretny ale nawet w momentach kiedy musiało paść trochę gorzkich słów, kończył spowiedź pięknymi słowami, pełnymi ciepła – „ale Przemku, ty wiesz, że ja jestem twoim największym kibicem u Pana Jezusa?”.

Wycieczka do konfesjonału zawsze wiązała się z kosztami po stronie czasu. W poniedziałki miał 3h dyżuru spowiedzi, a w czwartki 6h, z czego i one potrafiły się przedłużać. Zawsze były kolejki. Zawsze. Szczególnie popołudniami, żeby odbyć dziesięciominutową spowiedź trzeba było czasem poczekać ok. 2h. Przychodzili księża, siostry zakonne, a przede wszystkim świeccy. Chyba zwykle mężczyźni, bo często był tak bardzo konkretny!

Nie ukrywam, czasem miałem wrażenie, że może w ogóle mnie nie pamięta, że się w czymś powtarza. Później jednak nagle okazywało się, że po latach potrafił nawiązać do moich sytuacji życiowych, np. „Przemku, przypomnij sobie jak pływałeś na tym okręcie. Teraz w twoim życiu duchowym jest podobna sytuacja…”. Pomimo powtarzalności spowiedzi, zwykle zaskakiwał świeżością i błyskotliwością nauki. Intelektualnie jedna z większych osób jakie spotkałem. W tym taki skromny, nastawiony na pomoc drugiemu człowiekowi. Myślę, że miał tę zdolność dostosowywania treści do danego penitenta. Miał w sobie tyle mądrości – nie mówię tu tylko o tym, że co spowiedź zarzucał to innym łacińskim przysłowiem, które potem tłumaczył i rozwijał – ale sam, jakby przechodząc przez życie, czerpał z każdego doświadcznia i wyciągał z niego wnioski, uczył się na nich. Ta uważność przeżywanego przez niego życia myślę, że wyprowadziła go na wyżyny człowieczeństwa, do heroiczności cnót. Latami poświęcał czas w konfesjonale, ratując Warszawę, ratując mnóstwo ludzi przed nieszczęściem. Był, jak bardzo trafnie ujmuje to franciszkańska modlitwa o pokorę, narzędziem w rękach Chrystusa. Nie mam najmniejszych o to wątpliwości. Czasem kiedy byłem zmęczony zgorszeniem Kościoła, mówiłem do niego z przekorą – „Ojcze, ale jak wyjdzie kiedyś coś, że Ojciec takie rzeczy broił, ja się z Kościoła wypiszę, bo w kogo przykład mam jeszcze wierzyć jak nie w Ojca?”. Teraz wiem, że takie słowa były na wyrost, bo na jakiegokolwiek człowieka w życiu byśmy nie patrzyli, zawsze zaniżamy sobie poprzeczkę – przestajmy wówczas patrzeć na Chrystusa. To pewnie była w tej spowiedniczej relacji moja słabość – że wszystko brałem za prawdę objawioną co padało z ust o. Janusza. Jednak jego argumentacja, wspólność poglądu na świat tak bardzo zbiegała się z moją, że nie mogłem wzbraniać się ku temu aby stał się dla mnie prawdziwym autorytetem życiowym.

Nigdy za swoją posługę nie miał niczego. Jedyne co to może wdzięczność osób wychodzących od kratek konfesjonału i jakiegoś rodzaju respekt do jego osoby. Nic poza tym. Żadnych splendorów, laudacji, pieniędzy. Przecież nawet fama nie miała za bardzo jak pójść w świat, bo raczej ciężko dzielić się z innymi doświadczeniem spowiedzi. Absolutne himalaje pokory.

Teraz może być trochę emocji.

Wyjeżdżając na misje do Chile, jedną z obaw po mojej stronie było, że zostanę bez stałego spowiednika, który był dla mnie takim wielkim oparciem. Wśród wielu obaw, zaryzykowałem i wyjechałem. Jak się okazało, relacja z o. Januszem mocno się przez to zintensyfikowała. Nigdy nie mogłem przecież wyspowiadać się u niego online, ale pojawiła się przestrzeń na mailowe dysputy teologiczne, filozoficzne i psychologiczne. Nikt nigdy tak bardzo nie pochylił się jeszcze nade mną, mając taki bagaż duszpasterskich doświadczeń. Wszedł w moje życie. Nigdy nie wtryniał się z radą sam, nie krytykował z własnej inicjatywy, tylko oceniał gdy ktoś o to prosił. Nie wiem jak robił to, że jego przemyślenia były tak na wskroś ewangeliczne. Misja, pomimo bardzo aktywnego trybu życia, muszę przyznać, że miała sporo z kontemplacji – przez te 14 miesięcy pochłaniałem książki, pojawiało mi się wiele teorii w głowie, bezlik przemyśleń, uniesień ale i wątpliwości. Pomimo ok. 4h dziennie spędzanych na modlitiwe na misji, czasem ducha porywała taka oschłość, która rodziła wiele pytań. Chyba do wszystkich z nich zapraszałem o. Janusza. A on wytrwale ze mną w nich był. Nie na wszystkie mógł odpowiedzieć, ale nigdy nie przestał towarzyszyć. Sam był też najbardziej zaczytany w moje listy do przyjaciół i darczyńców z misji. Po każdym otrzymanym mailu, potwierdzał jego otrzymanie i dopytywał. Z pasją przeżywał ze mną misję. Był w niej ze mną.

Pod koniec misji kiedy jego responsywność na maile stopniała, pomyślałem, że może wyczerpałem limit odpowiedzi na moje pytania. Okazało się, że wtedy zachorował. Ciężko przeżyłem dzień kiedy dostał diagnozę. Czułem się jakby już wtedy zmarł. Co ten Bóg robi, on musi po moim powrocie do Polski mi pomóc. Jednak o. Janusz mailowo uspokajał. Co do jego stanu zdrowia, informacje czerpałem tylko od niego. Szukał pozytywów, a ja naprawdę myślałem, że było ok. Między zdaniami tylko domyślałem się, że musi być źle, skoro nie jest już w stanie spowiadać jak później zaczęło wynikać z maili.

Przed wylotem do Chile, jeszcze kilka godzin przed ruszeniem na lotnisko, zahaczyłem o klasztor kapucynów żeby pożegnać się z o. Januszem, który dał mi pamiątkowy różaniec – okazał się jedyną moją po nim pamiątką. Życzył mi „takiej samej liczby startów i lądowań”. Tak samo i po powrocie, w pierwszym możliwym momencie odwiedziłem go. Mieliśmy 60 minut, on tylko słuchał, bo niewiele miał siły by mówić, za co mnie przeprosił. Na koniec jeszcze rzekł i zrobił to w swoim stylu – bardzo trafnie i zwięźle odnosząc się do całej, czasem przegadanej przeze mnie historii. W połowie rzeczy, które miałem opowiedzieć musieliśmy przerwać. Godzina minęła. Tak więc od razu ustaliliśmy termin kolejnego spotkania, na za 5 dni. Wychodząc zdążyłem wręczyć mu jeszcze tylko przywieziony z Chile sweter z alpaki. Kilka godzin później napisał do mnie maila w swoim stylu: „Przemku, dziękuję, że pomyślałeś, aby podarować mi ten wełniany sweter, potem zaś dźwigałeś go w bagażu. Właśnie go przymierzyłem i widzę, że to idealnie mój rozmiar. Gdyby ktoś mnie pytał o niego, to napisz mi dwa słowa, coś charakerystycznego. Czy to jest jakaś lokalna tradycja Twojego regionu w Chile czy też występuje w całej Ameryce Łacińskiej? Produkcja jest przemysłowa czy rzemieślnicza, a może domowa, bo zauważyłem, że nie ma żadnych fabrycznych metek? Tak coś ciekawego”. I wyobraźcie sobie, że człowiek z taką dokładnością odpowiada z niemniejszym zaangażowaniem na Wasze życiowe pytania i wątpliwości. Byliśmy przyjaciółmi, lubiliśmy rozmawiać, choć nierzadko tracił do mnie cierpliwość wtrącając hasełka „gadał dziad do obrazu, obraz do dziada ani razu” albo żalił się o „waleniu grochem o ścianę” :D.

Dzień po spotkaniu podzielił się ze mną jeszcze krótko, że wyniki badań wyszły optymistycznie. Napisał też, że nasza rozmowa „była dobrym wstępem do podsumowania całej Twojej misji, aby wyznaczyć teraz szlaki na przyszłość”. Wieczorem był jeszcze się przejść „bo poczuł się lepiej”. Wrócił, poszedł spać. Tej samej nocy zmarł. Ze „szlakami na przyszłość” zostawił mnie sam, a o „swetrze” poszedł opowiedzieć do nieba.

Byłem wściekły. Wciąż mam sporo w sobie emocji związanych z tą śmiercią. Człowiek tak niezłomny, o moralnym kręgosłupie ze stali, czy może lepiej powiedzieć – ze złota, jednego dnia został zabrany. Przewodnik wielu dusz, dla których chciał szczęścia. Sam często podkreślał, że życie z Bogiem i szcześliwe życie to jedno. Nie ma szczęścia bez Boga. Jesteśmy stworzeni do szczęścia, tego pragnie dla nas Bóg. Wybrałem się na jego pogrzeb. Skromny, franciszkański pochówek. Choć dla mnie ceremonia papieska pewnie byłaby zbyt mało godna żeby móc pochować o. Janusza. Płakałem nad trumną. Płakałem, bo nie chciałem stracić azymutu w ścieżce dążenia za Bogiem ale płakałem też, że inni nie płaczą. Płakałem, że dobro jest tak ciche i mało kto wie jaki autorytet stracił tego dnia Kościół, cały świat. Płakałem, bo „mój największy kibic u Pana Jezusa” już mi tego nie powie. Poszedł kibicować do nieba.

odpoczywaj w pokoju mój Mistrzu +

tęsknie

ostatni list z misji w Chile

Daj mi Kalwarię lub Tabor,
raj lub pustynię jałową,
daj Hiobem być – poznać słabość,
Janem – na piersi Twej głową;
bujny w winnicy dać owoc
albo też schnąć – jak zamyślisz.
Co pragniesz ze mną uczynić?

Za każdym razem gdy zakładam moją czerwoną czapkę z napisem „Chile” kupioną od bezdomnej Chilijki za równowartość 2,50 zł gdzieś na chodniku w Valparaiso – wraca do mnie wspomnienie tego co się tam wydarzyło i gdy wkładam ją sobie na głowę, jakbym sam sobie chciał zamanifestować, że pragnę, tu w Polsce kontynuować to, co dokonało się tam.
Minęły prawie trzy miesiące od mojego powrotu do Polski. Ostatni list do Was wysłałem po Bożym Narodzeniu. A przez ten czas tyle się wydarzyło! Syntetycznie chcę opisać Wam ostatnie tygodnie mojej misji.

Despedida (pożegnanie)
Czas despedidy to dla większości wolontariuszy najważniejszy czas misji. Dokonuje się wówczas „bilansu” przeżytego czasu. Ile z siebie dałem przez ten okres ponad roku czasu? Jak wyćwiczyłem swojego ducha w walce z – lenistwem? o modlitwę? o przemianę swojego serca? Czy przyjaciele mojego Domu Serca faktycznie stali się moimi przyjaciółmi? Ile było w tym wszystkim przyzwoitości a ile realnej miłości? Być może będzie dosyć emocjonalnie, ale tak ten ostatni czas przeżywałem. Biegałem od jednej ulicy do drugiej z policzkami pełnymi łez, które nie zatrzymywały się, myśląc o tym, że trzeba będzie z Chile wyjechać.
A biegać trzeba było, bo czasu na pożegnanie nie było zbyt wiele. Najpierw mieliśmy dwie wizyty w naszym domu – Christophera z Chile, który odbywał w naszym domu ostatnie przygotowanie do swojej misji, którą obecnie przeżywa w Urugwaju oraz Luisa, konsekrowanego Domów Serca, który po 10 latach od misji w Chile, wrócił tam, aby odwiedzić starych przyjaciół. W momencie ich wyjazdu okazało się, że zaraziliśmy się koronawirusem. Było to dla mnie ogromną lekcją pokory i cierpliwości. Godziny upływały a ja, jakby „odarty” z czasu mojej despedidy, musiałem czekać na koniec kwarantanny. Ta w końcu się skończyła. Zaczęło się więc bieganie po ulicach mojej dzielnicy. Został mi niewiele ponad tydzień na uściskanie wszystkich.
Od rana do wieczora, z przerwą na nasze modlitwy i posiłki – odwiedzałem przyjaciół, tak aby każdego z nich pożegnać. To był też szczególny czas wspólnego dzielenia stołu – z pozostającego mi czasu, zapraszałem do nas na obiad czy kolacje, kogo tylko się dało. Zrobiliśmy też dodatkowe rzeczy – zabraliśmy nasze dzieci na plażę, wybraliśmy się z Lauritą na wycieczkę po mieście, wieńcząc popołudnie wspólnie zjedzoną empanadą, z Mimim też poszliśmy nad morze, a z donem Luisem po raz ostatni wybraliśmy się na wspólne zakupy. Tym razem nie tylko on wybrał się w garniturze, ale i ja ubrałem się tak, jak robi to za każdym razem mój przybrany chilijski dziadek. Laurita, w porozumieniu z moją wspólnotą i w ukryciu przede mną zaprosiła mnie ostatniego dnia przed pożegnalną mszą na uroczystą kolację w swoim mieszkaniu – czekała nas prawdziwa uczta; pomimo tego, że w tym samym tygodniu okradziono ją na ulicy, to i tak chciała mnie pożegnać, nawet wydając swoje ostatnie pieniądze. Wiele było wyjątkowych i hojnych spotkań, ale na pewno te trzy przyjaźnie (z Lauritą, Luisem i Mimim) znaczyły dla mnie najwięcej.

Aż w końcu nadeszło to sobotnie popołudnie, kiedy po wspólnie przeżytej mszy świętej odprawionej w naszym domu przez ks. Thibault, musiałem rozstać się z moją dzielnicą. Czas ten nadszedł dla mnie jak złodziej. Jeszcze te ostatnie pozostające mi godziny przebiegałem po sąsiednich ulicach, płacząc, a to mniej, a to więcej w kolejnych domach. Nawet nieznajomi, którzy widzieli mnie wówczas, krzyczeli do mnie jakieś miłe słowa abym się rozchmurzył.

Do tej pory pamiętam, kiedy na pół godziny przed rozpoczęciem mszy świętej, pisałem zamknięty w mojej toalecie, pożegnalne przemówienie do przyjaciół, ciągle roniąc łzy. W końcu wyrwałem się na pięć minut przed mszą, aby przez moment spojrzeć czy ktoś zawitał już na mszę. Zwykle na pożegnalną mszę do naszego domu przychodziło od 10 do 20 osób. 5 minut do mszy. Przyszły dwie osoby. Pamiętam jak wtedy chciałem przez chwilę zapaść się pod ziemię, myśląc, że może niczego tu dla nikogo nie znaczyłem. Wszedłem do pokoju dokończyć przemówienie (notabene – mój pokój po ponad rocznym trzymaniu porządku w ostatnią dobę zamienił się w totalne wysypisko – jeszcze godzinę przed wyjazdem nie byłem do końca spakowany). Ale wracając do rzeczy – wybiła godz. 17 – godzina zaplanowanej mszy świętej. Schodzę na dół a tam wszystkie miejsca zajęte. Mało tego – większość osób mszę musiała spędzić w kuchni lub na zewnątrz, bo nie mogli zmieścić się w środku – wszakże było nas łącznie około 60 osób (licząc osoby, które przychodziły w trakcie despedidy, poza mszą święta). To było dla mnie jak Boże Narodzenie. Wszyscy mogliśmy wspólnie spędzić całe popołudnie. Na okoliczność despedidy pozwolono nawet Atanasiowi i Manuelowi na opuszczenie ośrodka dla osób chorych psychicznie – dotąd przez cały rok rozmawiałem z nimi tylko z ulicy, kiedy akurat oni spędzali zamknięci czas na swoim balkonie; z trudem nawet było mi przekazać im zaproszenie na moją despedidę – zrobiłem to oczywiście symbolicznie, bo nie spodziewałem się, że będą mogli przyjść. A tu niespodziewanie dostali przepustkę i zawitali w naszym domu.
Po mszy, kiedy wykrztusiłem do moich przyjaciół z siebie tych kilka zdań napisanych na kolanie chwilę przed mszą, nadszedł czas na słowo kierowane od przyjaciół w moją stronę. I nie chodzi tu o jakiekolwiek moje zasługi, ale byłem tak szczęśliwy, że tyle osób odważyło publicznie się otworzyć i powiedzieć o wielu sprawach nie tylko pod moim adresem. Wyobraźcie sobie – slums, sporo osób sobie znajomych albo osobiście, albo tylko z widzenia, a każda z tych osób uroniła tyle łez. Don Luis, który wyznał wówczas, że przez ten rok znaczyłem dla niego więcej niż jego rodzony syn (!), don Julio, który wyznał, że obiad z nami sprzed kilku miesięcy uchronił go przed samobójstwem, które w tym czasie miał popełnić, Margarita, Ana i Georgina, które powiedziały o swojej samotności i historii życia. I inne historie i osoby, które nie szczędziły w tym momencie łez i szczerości. Byłem w szoku. To była jak zbiorowa terapia, w której terapeutą był sam Chrystus. Wykorzystałem ostatnie godziny spotkania z przyjaciółmi, jak tylko się dało. Przyszedł jednak czas wyjazdu na lotnisko. Pamiętam – wszedłem tylko jeszcze do kaplicy aby pożegnać się z tym niesamowitym miejscem w naszym domu, a przede wszystkim z jego Gospodarzem. To tam wylało się najwięcej łez. Moja siostra wspólnotowa z Francji Segolene, widząc moją twarz przed wyjazdem retorycznie i ironicznie spytała się mnie tylko – „a ty naprawdę uważasz, że On tu zostaje i da ci wyjechać stąd samemu, bez Niego?”. Tak więc wyjechaliśmy.

Jak Józef skuty w kajdany
albo w Egipcie gospodarz,
Dawid boleśnie skarany
czy Dawid – władca i mocarz,
Jonasz, gdy tonąć ma w wodach,
lub zratowany z głębiny.
Co pragniesz ze mną uczynić?

Misyjne doświadczenie Hondurasu
W porozumieniu z odpowiedzialnymi Domów Serca uzyskałem zgodę, aby po zakończonej misji w Chile wybrać się prywatnie do Hondurasu – żeby być transparentnym wobec wszystkich moich darczyńców – cały pobyt, przelot etc. związany z Hondurasem pokryłem z moich prywatnych środków. Tak wykorzystałem drogę powrotną do Polski, by jeszcze przez prawie 3 tygodnie pobyć w Hondurasie. Choć był to krótki okres, spędziłem go także starając się nieść pomoc. Nie była to podróż. Udałem się akurat do tego kraju, bo zawsze miałem ogromną ciekawość poznania Franciszkanów Odnowy (CFR) z racji, że słyną z surowości swojego życia, ubóstwa a przede wszystkim swoich apostolatów – zawsze pracują w miejscach najdrastyczniejszych, gdzie jest ogromna potrzeba pomocy. Czas ten spędziłem u nich w klasztorze. Pracy był ogrom, w zasadzie każdego dnia coś innego. Moim głównym zadaniem była opieka nad dziećmi z sierocińców, które prowadzą oo. franciszkanie. Gdyby nie ich zaangażowanie, te dzieci znalazłyby się na ulicy, tym bardziej, że większość z nich była intelektualnie niepełnosprawna. Pamiętam, gdy w pierwszy dzień mojej wizyty w sierocińcu, nazajutrz opuścić go miała Daisy. Dramat opuszczenia swoich rówieśników i wychowawców, brak perspektywy znalezienia swojego dachu nad głową wcale nie było najgorszym. Najboleśniejszym było rozstanie z Bryanem – Daysi jako 14-latka trafiła do tego domu dziecka już ze swoim synem. Po ukończeniu przez nią pełnoletności musi stanąć na nogi i zostawić w sierocińcu swojego 4-letniego Bryana.
W inne dni odwiedzaliśmy też najuboższych z naszego miasta Comayagua – to wówczas zobaczyłem biedę, jakiej do tej pory nie widziałem nigdy w życiu. W innym czasie zorganizowaliśmy rekolekcje dla młodych Honduranów; mogłem tam obserwować zupełnie inną wiarę niż w Chile – wiarę żywą, przeżywaną z Jezusem, świątynie też były pełne. Z drugiej jednak strony – w latach 70 w Hondurasie było ponad 90% katolików, obecnie jest ich 30%. Rzeczą, którą jednak zapamiętam najbardziej to tygodniowa ewangelizacja w dżungli, gdzie osiedli się ludzie celem plantacji kawy. Pracują na niej też dzieci średnio od 6 roku życia. Nie mają dostępu do edukacji, placów zabaw. Całe życie spędzają na uprawie, zbieraniu i suszeniu kawy – aż po śmierć. Byłem zszokowany niesprawiedliwością świata. Jednak po kilku dniach zauważyłem, że jeszcze nigdy nie spotkałem tak radosnych i szczęśliwych ludzi. Oddaleni kilkadziesiąt kilometrów od najbliższej osady, spędzają życie w małej społeczności ok. 200 osób. Na całą wieś czytać umie kilka osób. Dzień rozpoczynają nad ranem i ruszają na plantacje. Każdy z nich prowadzi jakby mnisze życie. Początkowo byłem troszkę uprzedzony, że być może ich religijność wynikała z tego, że chcieli abyśmy poczuli się miło. Jednak po kilku dniach zauważyłem, jak ich wiara jest głęboka i prawdziwa; żywsza od wiary niejednego księdza czy zakonnicy. Niektórzy z nich – nawet budzą się jeszcze wcześniej by całą rodziną odmówić jutrznię; po powrocie z pracy modlą się nieszporami. Dzieci w każdym wieku przychodziły na adorację Najświętszego Sakramentu i zdawało się, że nie kosztowało to ich w ogóle cierpliwości. Podczas naszego pobytu, spontanicznie wyszło, że stałem się odpowiedzialny za dzieci w wiosce (od 5 do 12 lat). Tuż po zakończonej pracy na plantacjach, przybiegały się chwilę pobawić. Cudownie było przywrócić im trochę godności ich dzieciństwa. Nigdy nie spotkałem osób z takim taktem, respektem, cierpliwością, otwartością i z taką wolnością i nieoczekiwaniem niczego oprócz obecności. Powinien powstać o nich jakiś film, dlatego nawet nie żal mi tego akapitu im poświęconego, mając świadomość tego, jak nie mogę oddać jacy to byli ludzie
i co to był za czas. Wielką wartością dodaną tego czasu było też przebywanie z oo. Franciszkanami Odnowy, których niestety nie ma w Polsce. Pan dał mi w tym czasie na mojej drodze prawdziwych świadków Ewangelii.

Słowo od autora
Moi drodzy, to czas się pożegnać. Chcę Wam podziękować za każdy gest wsparcia z Waszej strony dla mojej misji. Za wsparcie materialne, duchowe a przede wszystkim za to poczucie Waszej obecności; że w tych momentach nieobecności w Polsce, był ktoś kto pamiętał, kibicował. W tym miejscu chciałbym wyróżnić szczególnie śp. o. Janusza OFMCap, który obok Domów Serca i osób je tworzących – był ziemskim protoplastą tego roku łaski. Dzień przed wylotem do Chile udałem się jeszcze do niego po błogosławieństwo. Pod koniec mojej misji o. Janusz się rozchorował. Przez całe 14 miesięcy (czy to z Chile, czy w Hondurasie) na mojej skrzynce mailowej zawsze czekało na mnie duchowe wsparcie, rada i pomoc. Był najbardziej zaczytany w moje listy do darczyńców. Tuż po powrocie, udałem się do niego. Po dwóch dniach od naszego spotkania zmarł. Ten prawdziwy duchowy ojciec do ostatniej chwili doradzał i pomagał, jeszcze zaczekał bym go zobaczył. Jego odejście spotęgowało też trud mojego powrotu do Polski. Pan jednak chciał, aby ten mój największy autorytet życiowy, przeprowadził mnie jeszcze przez czas misji. Chwała jemu i samemu Bogu za cud jego życia. Szczególne podziękowania kieruję także do ks. Klemensa i s. Maylise, za ich gotowość do wsparcia w czasie mojej misji.
Wracając do rzeczy… W moim pierwszym tygodniu misji w Chile, kiedy jechałem do centrum z moją wspólnotą zrobić zakupy, zobaczyłem na chodnikach masę ludzi, ze wzrokiem przeszytym bólem i głębokim smutkiem, choć próbującym maskować się wesołkowatością naćpania, odurzenia, rozpusty. Do dziś pamiętam, jak wtedy szedłem chodnikiem i powtarzałem półszeptem „świat jest zepsuty…”. Z jednej strony płynęła wielka wdzięczność za to, że Bóg dał mi być poznany, z drugiej zaś strony – taki ogrom goryczy i pesymizmu, że nie ma już czego zbierać, że przecież świata nie da się już uratować. Później dostrzegałem to przez cały rok, bo w naszej dzielnicy i wśród naszych przyjaciół nie brakowało trudnych historii, szczególnie tych związanych z narkotykami. Później nadeszły kryzysy. Kryzys związany ze wspólnotą, zdarzył się też kryzys wiary i pytania – po co to wszystko? Czy te wysiłki mają sens? Rodziło się też wiele pytań o sens – czy warto się starać (także w kontekście siebie samego), skoro jako ludzie upadliśmy tak nisko? Czy Bóg, w którego wierzę, rzeczywiście jest prawdą uniwersalną, skoro wszystkie świątynie świecą pustkami i może tylko my w Polsce jesteśmy jeszcze takimi wariatami, dla których ma znaczenie praktykowanie wiary? I po tym poczuciu przeszywającej jałowości, mierzenia się z pytaniami, na które nie przychodziły odpowiedzi, na tamten moment jak mi się wydawało – logicznego dochodzenia do bezsensu, nadszedł punkt zwrotny – zaspokojenia pragnień i odpowiedzi na pytania. Chwila odpocznienia, przedsmak raju. Zacząłem widzieć sytuacje i ludzi, które krzycząc, domagały się Boga. To zdarzenia, w których ewidentnie brakowało poznania Absolutu, a na ten moment mam też przekonanie, że odkrycie sensu, wiary stanowiłoby w tych sytuacjach prawdziwe i jedyne lekarstwo. Zresztą to wszystko jest nam powszechne, nie ma wyjątków. Każdy bez Niego w końcu uschnie. Choć nie zagrożenie posuchy ma zbliżać nas do Niego, ale pragnienie soczystości, spełnienia, kochania. Bóg tak bardzo chce naszego szczęścia, że Jego brak w naszym życiu w ogóle nie jest w naszym interesie. Jednak najważniejszym nie było wcale dochodzenie do jakichkolwiek konkluzji natury filozoficznej, logicznej czy psychologicznej. Kluczowym, ostatecznym i jedynym co stawiało kropkę przy każdym zadawanym pytaniu, było spotkanie. Bóg ze słodyczą spotkania z Nim, dawał taki pokój, że na żadne pytania nie trzeba już było szukać odpowiedzi. „Ufam”.

Wasz Marcos

Milczeć lub odkryć się w słowach,
mniej dawać plonu lub więcej,
w prawie oglądać swą nędzę
lub Ewangelii kosztować,
cierpieć lub kwitnąć gotowy –
byleś Ty trwał we mnie żywy.
Co pragniesz ze mną uczynić?
Św. Teresa od Jezusa

siódmy list z chile

Rzeczywistość jest ważniejsza od idei” – papież Franciszek


Drodzy Przyjaciele i Darczyńcy,
Rok. Jednostka czasu. Teraz wiem dokładnie ile liczy, choć to co się w niej zawiera – niepoliczalne. Szczególnie kiedy scenarzystą jest sam Bóg, a w to wierzę właśnie podczas mojej misji – że On przewodzi i ustala.


Wesele
Zostałem obdarowany wielką łaską zobaczenia owocu wszystkich lat misji naszego Domu Serca w Valparaiso. W liście nr 3 wspomniałem Wam o mojej przyjaźni z donem Louisem – starszym panem, który od nie tak dawna całkowicie stracił zdolność widzenia i któremu cyklicznie pomagam w zrobieniu zakupów. Jego partnerka, sra Ana przez chorobę nóg nie wychodzi z domu – jedyne co, to podnosi się ze swojego łóżka żeby usiąść na fotelu. W momencie kiedy pisałem do Was poprzedni list o nich, nasza przyjaźń była już bardzo bliska, jednak kolejne miesiące zwielokrtoniły wzajemne zaufanie i bliskość. Co jakiś czas sra Ana podrzucała nam empanady na obiad czy inne chilijskie smakołyki. Od 55 lat żyli wspólnie jako para. Nawet moi rodzice zdążyli porozmawiać z nimi przez telefon. Przeszliśmy też momenty trudne, kiedy to o 3 nad ranem przyjechało pogotowie aby zabrać srę Anę do szpitala i także w tej sytuacji byliśmy pierwszymi, u których szukali pomocy. Doszliśmy już do tego etapu znajomości, że czasami przychodzi nam pomóc im w kwestiach bardzo intymnych, w których starsi ludzie czują wiele wstydu (nie wszystko jednak można opowiedzieć ). Zawsze zadawałem sobie pytanie – dlaczego nie wzięli ślubu? Nie chciałem uprawiać prozelityzmu i nakłaniać ich do zawarcia małżeństwa a z drugiej strony, pytałem się – „skoro są moimi przyjaciółmi, jak mogę nie chcieć aby znajdowali się w stanie łaski uświęcajcej, który jak ufam – jest najbardziej życiodajnym i szczęśliwym stanem człowieka?”. Zacząłem się modlić o ich małżeństwo i raz czy dwa delikatnie spytałem o powód czemu nie zdecydowali się poślubić, mając też wiedzę o tym, że są osobami wierzącymi. Muszę tu też zaznaczyć, że dostępność do sakramentów w Chile różni się znacznie od tej jaką mamy w Polsce i zawieranie ślubów, spowiadanie się czy aż wreszcie przyjmowanie chrztu – nie są sprawami tak oczywistymi jak u nas. Nie zrobiłem wiele i nadszedł dzień, w którym don Louis i senora Ana powiedzieli mi – „Markito, postanowiliśmy wziąć ślub ale jeszcze przed Twoim wyjazdem tak abyś został świadkiem naszych zaślubiń” prosząc mnie tym samym o pomoc w organizacji ślubu. I zaczął się maraton – bo okazało się, że senora Ana nie wiedziała nawet czy jest ochrzczona i pojawiał się bezlik innych spraw, które przemawiały za tym aby poddać sprawę ślubu. Porozmawiałem z naszym proboszczem, zdążyłem powiedzieć tylko o tym, że para staruszków (85 i 77 lat) chce się pobrać, a ten wchodząc mi w słowo, retorycznie zapytał – „a no co się będą żenić? Lepiej żeby zostali tak jak są” – kondycja Kościoła w Chile jest naprawdę fatalna (!). Nie zdażyłem mu nic mądrego odpowiedzieć, bo jego reakcja po prostu mnie zatkała. Nie chciałem się poddać, więc chociaż modliłem się za sprawę. I zaczęły dziać się kolejne cuda – nagle don Louis przyszedł powiedzieć, że odwiedził ich ksiądz proboszcz z wałsnej woli i ustalili z nim, że 10 grudnia biorą ślub. Wow! To naprawdę się stało.
Bezcenny był moment przysięgi. Przez to, że są posunięci w latach i zdaje się nie byli na nie wiadomo ilu zaślubinach w swoim życiu – nie wiedzieli do końca jak odpowiadać Księdzu na zadawane przez niego im pytania, więc odpowiadali skromnym ale jakże szczerym (!) głosem – „dobrze Padre, zgadzam się, zrobię to” itd. Odpowiedzi na formułę przysięgi może wydawały się nieco infantylne ale nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, że płynęły prosto z serca.


Sama ceremonia zaślubin była pełna łez. Ślub odbył się w naszej kaplicy i wesele w naszej jadalni. Razem z córką senory Any zostałem świadkami zaślubin. Gdybyście zobaczyli radość tych „młodych” nowożeńców. Tak jakby czekali na ten moment od 55 lat od kiedy są razem. I ja choćbym miał spędzić całą swoją misję tylko po to aby miało się wydarzyć to co się wydarzyło – zdecydowałbym się ją przeżyć. Od teraz don Louis mówi, że jest moim sąsiadem, dziadkiem i chrześniakiem (świadka można określać jako chrzestny).


Pożegnań czas
Wielka jest moc i stanowczość miłości, kiedy samego Boga chwyta i wiąże” – św. Jan od Krzyża
Ostatnio pisałem Wam o dołączeniu nowych członków do naszej wspólnoty. W listopadzie odbyła wizytę w naszym domu s. Maylise, nasza wizytatorka. Później nadszedł czas pożegnań – z naszego Domu wróciła do swojego kraju Valeria a dwa tygodnie po niej – Emma. Razem w trójkę przeżyliśmy niemal rok – współdzieląc razem wszystkie posiłki, modlitwę, apostolat, kryzysy i radości, poznawaliśmy się przez ten czas wspólnie choć tak często przeszkadzały w tym różnice, które były między nami – a było ich więcej niż ogrom. Znając nasze wady i zalety staralismy się stworzyć z naszych czterech ścian prawdziwie boży dom. Kiedy wyjeżdżały, czułem jakbym to ja opuszczał moje kochane Valpraiaso. Zabrały ze sobą wiele. To jak w ostatnich miesiącach się zbrataliśmy było istnym cudem. Szczególnie moja przyjaźn z Emmą zaskoczyła mnie tak bardzo – wzajemnie tyle się kosztowaliśmy, na każdym kroku przez pierwsze miesiące się denerwowaliśmy, bywały między nami ciche dni a nawet i tygodnie. Nigdy wcześniej nie dane mi było w życiu przeżywać tak trudnej relacji. Aż w końcu staliśmy się wielkimi przyjaciółmi. Pozostanie dla mnie jedną z osób o najlepszym poczuciu humoru, z którą można porozmawiać na każdy temat dosłownie – godzinami.

Misja – kraj
Pan zawsze przyciągał mnie przez wydarzenia, a ja szedłem za Nim jak zapłakane dziecko idące tam, gdzie ojciec prowadzi je za rękę” – ks. Dolindo
W styczniu przeżyliśmy w Santiago 10 dni Mision Pais – projektu w Chile, który zagrzewa młode osoby do ewagnelizacji. Każdego dnia chodziliśmy od drzwi do drzwi aby głosić Chsrystusa. Było to dosyć odważne i wymagające (nie znaliśmy nikogo, czasem sypialiśmy po 4h dziennie, raz nawet tylko jedną godzinę w ciagu całego dnia) ale cała akcja wyszła niesamowicie. Było nas 800 osób, wszyscy z ogromnym entuzjazmem na spotkanie z bliźnim. Jak zawsze podkreślam – sytuacja wiary w Chile jest niezwykle ciężka. Tak więc środkiem zaradczym mogą być tylko najsilniejsze środki – chcieliśmy wypełnić to co nakazał nam Jezus – głosić Go wszędzie i wszystkim. Ludzie od pierwszego spojrzenia otwierali się nam i opowiadali historie całego życia. Dzielnica, która przypadła mi do ewangelizowania była jedną z trudniejszych. Kilkukrotnie odwiedzając domy, ludzie byli w trakcie zażywania twardych narkotyków. Z dziesiątek, czy setek osób, które spotkaliśmy – tylko kilka z nich pochodziła z rodzin, których nie dotknął problem narkotyków. Najmocniej dotknęło mnie mieszkanie, w którym znalazłem trójkę żyjących samotnie dzieci (14, 9 i 4 lata). Ich matka, która jest dilerką narkotyków odwiedza ich średnio co trzy dni, dwa razy usiłowała je zamordować. W tym wszystkim Sofia, Aaron i Belen (bo tak się nazywają) starają się wychować samych siebie na ludzi. Często brakuje im pieniędzy na jedzenie, wtedy Aaron idzie na ulicę zbierać metal i szkło, żeby uzbierać pieniądze na jedzenie. Ilość słodyczy i prezentów, które mi ofiarowali jest nie do opisania. Ich dosłowne i głębokie ubóstwo nie umniejsza w ogóle ich hojności. Nie do uwierzenia ale byłem pierwszą osobą, której mogli opowiedzieć historię swojego życia. Sofia w końcu mogła podzielić się tym jak jest zmęczona obowiązkami, które przypadły jej w tak młodym wieku. Najmłodsza, Belen, z podbitym oczkiem tylko słuchała naszych opowieści o Bogu, jakby dziękując nam za to, że któs w końcu mówi o czymś co niesie za sobą nadzieję i proponuje inny scenariusz na życie niż prezentuje cała reszta jej rodziny, która zajmuje się dilerką. Nie zabrakło nam też czasu aby pobawić się po prostu w łapanego – tyle to dla nich znaczyło, tak wcześnie zostali ograbieni z dzieciństwa. Proszę, wesprzyjcie ich modlitwą.

La vida cotidiana (codzienność)
Pisząc do Was listy pojawia się pokusa aby opisać tylko to co wydarzyło się spektaularnego i nadzwyczajnego. Największy walor naszej misji ma jednak ta nasza codzienność, w której zawiązuje się prawdziwa przyjaźń – choć pojawia się i rutya, która niekiedy dogłębnie potrafi przeszyć człowieka. Najbadziej cieszę się podczas tych momentów kiedy mogę z Mimim pójść pobiegać albo przejść się na Mirador, kiedy spędzam kolejną godzinę przy herbatce z Lauritą, kiedy mogę zaśpiewać kolejną piosenkę z Margaritą, kiedy mogę po raz kolejny opowiedzieć Karolowi (7 lat) o Jezusie, odpowiadając na pytania, które się nie kończą, kiedy przychodzi spędzić kolejną godzinę w autobusie na dojazach – co momentami wydaje się czasem straconym, ale piękno krajobrazu Valparaiso i otaczający go ocean nie pozwala oddać się nudzie, aż w końcu kiedy przychodzi mi po raz kolejny spotkać się z Panem na adoracji, choć niezawsze rozmawia się nam łatwo. To jest to wszystko co w listach do Was po prostu nie da się opowiedzieć, a w moim przypadku uważam – stanowi sens i większość naszej misji. Wszystko to jest też ogromną lekcją cierpliowści, bo przecież nie zawsze wszystko (czy nawet – cokolwiek) się chce. Bogu dzięki za tę misję, za tę słodycz trudu. Kolejny list do Was poślę już z Polski. Na głębsze refleksje jeszcze przyjdzie czas, bo zdaje się, że obecnie nie dochodzi w ogóle do mnie to, że przyjdzie mi stąd wyjeżdżać.

Obok objawienia w ścisłym tego słowa znaczeniu zawartego w Piśmie Świętym, Bożum objawieniem jest też dla nas blask słońca i zapadanie nocy” – Jan Paweł II

Z wielką ufnością zwracam się do Was o modlitwę – o mój powrót i wszystko to co po nim nastanie.
Przemek

szósty list z chile

Wyrażam siebie, wyrażając świat; odkrywam moją sakralność próbując rozszyfrować sakralność świata” – Paul Ricoeur


Drodzy Dobrodzieje i Przyjaciele,
To już ponad 10 miesięcy odkąd jestem w Chile. Nigdy jeszcze nie byłem uświadomiony tak bardzo o tym jak przemijalny jest czas i świat. Ten fakt uświadamia mnie, że słowa św. Franciszka – „póki mamy czas, bracia czyńmy dobro!” naprawdę warto wziąć na serio.


WSPÓLNOTA – „caerse bien”
Osoby, z którymi się żyje podczas misji to nie tylko znajomi, którzy są dani w celach organizacyjnych. To wspólnota,od której zależy niezmiernie wiele, także i otwarcie na łaskę Pana Boga. Choć wcześniej żaliłem się na wspólnotę, teraz chcę Wam powiedzieć, że piszę naprawdę z zupełnie innego czasu. Po pierwsze z racji tego, że nie jesteśmy już w trójkę ale w piątkę – bowiem dołączyła do nas Segolene z Francji i Felipe z Niemiec. Jednak także i z moimi dotychczasowymi siostrami wspólnotowymi, już kilka tygodni przed przyjazdem nowych misjonarzy, weszliśmy w nowy etap – po czasie wielu wzajemnych zranień, przykrych wspomnień weszliśmy w fazę życia wspólnotowego opartego na szczerości i myślę, że mogę powiedzieć – prawdziwej przyjaźni. Wiedziałem, że nasza relacja zakończy się albo wrogością albo przyjaźnią. Dzięki Bogu trzymamy się drugiej opcji. Choć Felipe i Segolene są mi bliżsi kulturowo, nie da się zapomnieć o tym, że to z Emmą i Valerią zjedliśmy wspólnie beczkę soli. Intrygujący jest fakt, że poczucie humoru drugiej osoby może cię irytować przez pół roku i nagle potem – umierasz ze śmiechu i prosisz o więcej. Takie to poplątane scenariusze Pana Boga. Nie wiem po co dany był mi ten tak trudny dotychczasowy czas misji, wszak stanowił ponad połowę mojego czasu tutaj, jednak wierzę, że był po coś, że czegoś mnie nauczył. A zmianę, która zaszła, szczególnie jeśli chodzi o moją relację z Valerią i Emmą jest czymś nie do opisania.


Prawa Twoje przepisują tak gorzkie lekarstwa, aby nas odwieść od zgubnej przyjemności, która od Ciebie nas oderwała” – św. Augustyn

(zdjęcie nowej wspólnoty – od lewej ja, Valeria z Salwadoru, Patricio z Chile; nasz przyjaciel, Felipe z Niemiec i Segolene z Francji; brak Emmy z USA, która zrobiła powyższe zdjęcie)


SENORA ANITA
To jedna z bliższych i dawniejszych przyjaciół naszego Domu Serca. W wieku 13 lat opuściła swój rodzinny dom i zaczęła życie na własną rękę. Jest bardzo inteligentna, ale nigdy nie dane było jej przyjąć dobrej edukacji. Teraz ucząc wnuki może pochwalić się nabywaną przez nią wiedzą – czasem zabłyśnie jakimś słówkiem po angielsku.
Senora Anita podziela los wielu babć w Chile. Jej córka kiedy urodziła dzieci, zostawiła je jej i wybyła z domu. Tylko spośród naszych przyjaciół znamy 4 takie rodziny, gdzie pieczę nad dziećmi sprawują babcie a matki dzieci się wyrzekły lub widują je bardzo sporadycznie. Zwykle powodem są narkotyki, w imię których spora część osób może wyrzec się wszystkiego. Córka senory Anity oddała się prostytucji i narkotykom i już przed wieloma laty zostawiła swojej matce Kalinę (obecnie 19 lat), Weronikę (10 lat), Ninę (9 lat) i Kacpra (7 lat). I choć senora Anita ma już swoje lata, często powtarzam, że dobrze stało się, że dzieciaki trafiły w jej ręcę, pod jej opiekę. Każde spotkanie fascynuje mnie gdy widzę edukację jaką daje swoim wnukom senora Anita. Cierpliwość, mądrość każdego ze słów, wiara – to rzeczy, których pewnie nie znalazłyby u swojej matki, choć pozostawia smutnym fakt, że dzieciaki mają świadomość tego, że zostały przed laty porzucone. Obecnie najstarsza z nich, Kalina – ma już swojego syna, Dantego, który niedawno obchodził swoje drugie urodziny. Senora Anita ma duże kłopoty z poruszaniem się, aż do stopnia niepełnosprawności. W momencie kiedy każdy człowiek osiąga swój wiek, w którym może i powinien odpocząć, senorze Anicie – i innym naszym przyjaciółkom (Rosie, Teresie, Jessice) na starość zostawiono im ogomną odpowiedzialność i wysiłek wychowania swoich wnuków. Kiedy osoba w wieku 70 lat musi sama zająć się np. pięcioletnim dzieckiem, nie jest w stanie nadążyć za wszystkim czego ono chce. To co najbardziej łączy wszystkie te babcie-matki razem to słowa, która powtarzają tak często – „muszę długo żyć, nie mogę umierać – bo kto się nimi zajmie kiedy odejdę z tego świata?”.
Z perspektywy czasu mogę zauważyć jak piekną osobą jest senora Anita. Przed przyjazdem Segolene i Felipe poprosiła nas aby tuż po przyjeździe nowych wolontariuszy, przyjść do niej na obiad. I choć ta wizyta przebiegła jak większość wizyt, które odbywamy w ramach naszego apostolatu, mogłem zauważyć dopiero teraz ten ogrom troski i roztoczoną opiekę nad Segolene i Felipe przez senore Anitę po ich przyjeździe, jak bardzo zależało jej aby poczuli się tutaj jak swoim domu. Przypomniał mi się wówczas mój pierwszy okres pobytu w Valparaiso i uzmysłowiłem sobie rzeczy, których wcześniej nie widziałem – choćby tę czułość senory Anity, która choć sama nie ma wiele, pragnie dać wszystko to co ma. To samo dane było mi kiedy przyjechałem, jednak nowość wszystkiego wokół nie pozwalała mi wcześniej tego dostrzec. Co w tym wszystkim najważniejsze – to obraz wszystkich, a już na pewno większości naszych przyjaciół – ci, dla których tu przyjechaliśmy i chcieliśmy pomóc, niemniej starają się pomóc nam swoją obecnością. Często słyszymy – „twoi rodzice, przyjaciele są tak daleko – musisz bardzo tęsknić, przychodź więc do nas częściej!”. Kiedy przebywaliśmy w kwarantannie to właśnie senora Anita zadzwoniła do naszej parafii i zawiadomiła resztę, że jesteśmy zamknięci. Już na drugi dzień przyjechały torby z jedzeniem i ze środkami czystości. Choć nie mam jeszcze sędziwego wieku, z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w każdym momencie mojego życia kiedy w Imię mojego Boga chciałem uczynić jakieś dobro, zawsze otrzymywałem dwukrotnie więcej. Św. Franciszek ujął tę prawdę w swojej modlitwie, którą modlimy się każdego dnia: „ (…) albowiem dając – otrzymujemy, wybaczając – zyskujemy przebaczenie, a umierając, rodzimy się do wiecznego życia”.

LUD HAITI
Chile w swojej polityce jest bardzo otwarte na imigrantów. W ciągu kilku ostatnich lat ludność zwiększyła się o ponad 3 miliony mieszkańców. Głównymi przyjezdnymi są Wenezualczycy i Haitańczycy. O ile ci pierwsi dosyć sprawnie mogą zasymilować się z Chilijczykami przez to, że mają wspólny język i wyglądem nie odróżniają się aż tak znacznie, to Haitańczycy różnią się znacząco w każdym aspekcie. Pomimo polityki otwartych drzwi, nierzadko Chilijczycy dają wyraz swojemu rasizmowi. Naśmiewanie się z czarnoskórych jest na porządku dziennym. Haitańczycy, w uciecze przed ogromną biedą na swojej wyspie, przyjechali być biednymi tutaj. Chodniki literalnie są ich pełne a wszyscy sprzedają to samo – podrobione buty, zapałki lub środki czystości. Kiedy tylko mogę, staram się kupować ich produkty, bo sam wiem jak rzadko ktokolwiek coś od nich kupuje. Zawsze zadaję sobie pytanie – jak można wyżyć ze sprzedawania paczek zapałek, które kosztują jakieś 50 groszy, mając na uwadze fakt, że nie widziałem jeszcze nigdy, żeby ktoś oprócz mnie je kupował. Haitańczycy są bardzo zmarginalizowani – ich hiszpański ogranicza się do podania nazw produktów, które sprzedają i do ich cen. Ich miejscem pracy jest prawie zawsze chodnik. Nie mają nawet sposobu aby zintegrować się z chilijskim społeczeństwem. Ci, którzy mają w miarę normalną pracę to rzadkość. Spotkałem jednego Haitańczyka, który jest kierowcą autobusu miejskiego, na trasie, którego mieszkamy. Za każdym razem kiedy z nim jadę, załamuje mnie fakt ile słyszy pod swoim adresem wyzwisk, czego nie spotyka się w przypadku innych kierowców. Drugim i ostatnim przykładem Haitańczyków pracujących w miarę normalnych warunkach to targ, na którym kupujemy warzywa i owoce – tam zawsze od naszych dwóch czarnoskórych przyjaciół – Krema i Juniora możemy zaopatrzyć się w tanie produkty dobrej jakości. Raz, moja siostra wspólnotowa – Emma, kiedy poszła pierwszy raz w Chile zrobić zakupy, po powrocie okazało się, że wydano jej resztę znacznie na jej niekorzyść. Nie mogliśmy uwierzyć w to, że Krem i Junior ją oszukali, bo nigdy nie brakowało nam do nich zaufania. Po dwóch tygodniach, kiedy przechodziliśmy obok, Krem bez zwrócenia przez nas uwagi sam nas zawołał – przez cały ten okres miał zachowaną kwotę jaką miał wydać Emmie. Kiedy Emma wróciła z zakupów, okazało się, że ten wtedy szukał jej przez 20 minut po całym targu aby wydać jej brakującą część. Cała ta sytuacja wynikła więc ze złego zrozumienia przez Emmę. Od tego czasu jesteśmy naprawdę serdecznymi przyjaciółmi choć tylko z targu. Niekiedy uda nam się podrzcić im kawałek ciasta, który przyrządziliśmy w domu, oni zawsze dorzucają nam warzywa z nadwyżką. Kilka tygodni temu wrócili na swoją wyspę aby odwiedzić swoją rodzinę. Dosłownie kilka dni po ich przyjeździe na Haiti, zastało ich tam trzęsienie ziemi, o którym niedawno było głośno na całym świecie. Na szczęście nic im się nie stało, teraz czekamy na ich powrót.
Chciałem tylko podzielić z Wami mój smutek, który wzbudza się we mnie kiedy patrzę na ich egzystencję. Na myśl nasuwa się zawsze – „stracone życie”. Zastanawiam się – jak spełnia się w życiu taki człowiek, który od świtu do nocy sprzedaje w dzień w dzień zapałki, po chodniku kręcą się bezsensownie wkoło jego dzieci, a oni sami nurzają się tylko w telefonach. To całe ich życie, nic poza tym. Wiem jednak dobrze, że żadne życie nie jest stracone, przebyte na marne – ufam więc, że są w stanie odnaleźć swoje miejsce i czas, w którym się spełniają. Całe to ich położenie i sytuacja zawsze wzbudza we mnie sporo smutku i współczucia. Mam też świadomość, że moja pomoc im ogranicza się jedynie do kilku słów zamienionych na targu czy ewentualnym wzięciem ich w obronę kiedy pod ich adresem padają kolejne rasistowskie wyzwiska. W skali całej sytuacji Haitańczyków wiem, że to nic co mogę zrobić. W tych momentach pozostaje tylko współczucie i modlitwa, do której podzielenia się Was serdecznie zachęcam.
Pozdrawiam
Przemek

„Dusza ma Tobą zajęta jedynie,
Całe moje jestestwo Twa służba pochłania!
Nie strzegę już stada
I nie mam innego starania,
Zajęciem moim jest słodycz kochania”

św. Jan od Krzyża

piąty list z chile

Moi Drodzy,

Piszę do Was list, którego nie miałem w planach ale postanowiłem podzielić się z Wami doświadczeniami z ostatniego miesiąca. Wrzesień dla Ameryki Łacińskiej jest szeroko rozumianym miesiącem niepodległości. W Chile odzyskanie niepodległości świętuje się 18 września. Są to jednak obchody znacząco inne niż u nas. To czas przede wszystkim czas współdzielenia, spotkań rodzinnych, podtrzymywania tradycji. Rangą myślę dorównuje naszym Świętom Bożego Narodzenia. Przy okazji chciałbym też podzielić się pewnymi spostrzeżeniami co do Chile, powiedzieć w jakim kraju obecnie mieszkam – kiedy już mogłem wypracować własne obserwacje i wnioski, będzie więc bardzo subiektywnie. Dotychczas nie dzieliłem się o tym jak wyglądają tu realia, postanowiłem więc poświęcić ten list na krótki opis właśnie tego wszystkiego.

LA PEÑA

Obchody niepodległości w tym kraju trwają cały miesiąc. Wszystko jest udekrowoane barwami Chile – od wnętrzów kościołów, po każdy jeden dom, auta, ulice. Na niebie można zobaczyć ławice latawców – co jest chyba przedmiotem narodowym Chile. Dzieci, które jeszcze nie umieją mówić już uczą się jak puszczać w powietrze volantines (latawce). Przełom zimy i wiosny sprzyja wiatrowi, który w jedną i drugą stronę przecina kolorowe latawce. Nie wspomnę jakich wrażeń dostarcza widok nieba pełnego tych papierowych zabawek, a w tle – najpiękniejsze zachody słońa w świecie czyli widok na ocean z dzielnicy Porvenir Bajo, punkt o godzinie 20:00. Aż nie chce się wierzyć, że pod tak cudownym pejzażem, dzieje się tyle dramatów.

Już 2 września wybraliśmy się do Santiago aby pomóc tamtejszemu Domowi Serca w przygotowaniu Peñi. To nazwa pewnego rodzaju festiawalu kultury chilijskiej, przypominający polskie festyny czy dożynki. Naokoło budki z chilijskim jedzeniem – zaczynając od completos (hot dogi z awokado), choripanes (grillowany chleb z kiełbasą), empanady (ciasto z farszem z mięsa i cebuli – takie pieczone pierogi na pół talerza) oraz napoje – vino navegado (grzane wino z jabłkiem), terremoto (chilijski, kultowy drink – wino z brzoskwini z granadiną i lodami ananasowymi). Także i my byliśmy odpowiedzialni za jedno ze stoisk – sprzedawaliśmy naleśniki (choć to nie było zbyt chilijskie). Przed nami była ogromna scena wypełniona słomą i chilijskimi rekwizytami. A na niej – grupa osób śpiewająca folklorystyczne pieśni narodowe. Przed nimi kilka (a potem kilkanaście) par tańczących kuekę. Zaskoczyło mnie to, że ponad 400 osób przyszło na teren małej parafii po to by świętować kulturę Chile przez prawie 10 godzin.

Podczas już właściwej daty święta niepodległości – przyszła i kolej na nasz Dom Serca by zorganizować taki festiwal kultury chilijskiej. Zorganizowaliśmy obiad na 30 osób (oczywiście z dań kuchni narodowej) i uczciliśmy Chile tym momentem, który trwał od południa aż po ciemną noc. Były tańce, śpiewy, radościom nie było końca. W końcu i ja zostałem zaciągnięty na parkiet do kueki, z którego później ani na chwilę nie miałem ochoty schodzić.

Chile

Żyję w kraju przez wielu uważanych, że został stworzony na samym końcu a Bóg dał mu wszystko co zostało mu najlepsze i najpiękniejsze. Chile ma wszystko – zaczynając od północy, ciągnie się od najsuchszego miejsca na ziemi – pustyni Atacamy aż po antarktyczny lodowiec na południu. Ze wschodu przez cały kraj ciągnie się przepiękna kordyliera a z zachodu opasa go brzeg Oceanu Spokojnego. Jednak powszechnie mówi się też, że jeśli przyjdzie koniec świata, zacznie się on w Chile. Społeczeństwo jest niezwykle doświadczone różnymi tragediami, przede wszystkim jeśli chodzi o trzęsienia ziemi (jest to kraj o jednym z największych stopni sejsmiczności) i tsunami. Jednak obecne budownictwo pozwala na przetrwanie niektórych trzęsień ziemi bez szwanku, choć  w innym kraju podobna moc sieje spustoszenie. Większego terremoto (trzęsienia ziemi) nie doświadczyłem ale temblory (czyli takie tąpnięcia, kilkusekundowe kołysanie się wszystkiego) jest na porządku dziennym. Jak dla mnie jest to nawet i przyjemne – kiedy idziesz spać i właśnie wydarza się temblor, czujesz się wręcz jak kołysany do snu ;). Nie budzi to już przynajmniej we mnie trwogi.

Chile to też kraj słynący z kapitalizmu. Jednak dużo bardziej agresywnego niż ten, który znamy z USA. Jednych wydźwignął na sam szczyt (gdzieś wyczytałem, że połowa majątku Chile należy do siedmiu rodzin) a innych zepchnął na margines biedy. Ceny w większości są równe cenom europejskim (jak np. we Francji) jednak minimalna pensja jest 3 razy niższa! Na każdym kroku daje się zauważyć klimat kapitalizmu. Za przykład niech posłuży to, że istnieje rzesza ludzi ubogich ale nie spotyka się nikogo kto tu żebrze. Każdy kto prosi o pieniądze bardziej zajmuje się jakby handlem – zawsze podarowuje za ofiarę cukierka inne łakocie albo po prostu żongluje, śpiewa czy czyni inne cuda. Pomimo biedy nie spotyka się tu nikogo kto tylko prosiłby o pieniądze bez zaoferowania czegokolwiek w zamian. Autobusy są pełne osób sprzedających cokolwiek (zapałki, lizaki czy inne drobne rzeczy). Nawet ostatnio kiedy pojechaliśmy z naszymi dziećmi na turniej piłki nożnej ich mamy korzystając z okazji zrobiły chilijskie choripanes żeby skorzystać z wolnej chwili i trochę dorobić. Kiedy przyjechliśmy na stadion prawie każda z mam chłopców grających na boisku przywiozła coś ze sobą aby móc to sprzedać. Chilijczykom kapitalizm zdaje się wszedł w krew.

Inną kwestią, która charakteryuzje ten kraj jest mnożący się problem używek. W książkach o Chile możemy przeczytać, że jest to „kraj pijaczków”. Jednak co jest znacznie większym problemem od alkoholu to narkotyki. Wcześniej, choć pewnie i w dalszym stopniu jest to aktualny problem – port w Valparaiso, moim mieście był bramą do rozprowadzania narkotyków na całą Amerykę Południową. Tutaj dzieci już w wieku 12 lat sięgają po używki. Ostatnio rozmawiałem z kobietą, która pracuje w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci i powiedziała, że znaczny odsetek dzieci rodzi się z matek, które są pod wpływem narkotyków, wobec czego dziecko rodzi się już z neurotycznymi zmianami, która odpowiadają za uzależnienie. Kiedy takie dziecko sięga w wieku kilku, kilkunastu lat po narkotyki, jego mózg reaguje jak na coś czego od zawsze mu brakowało i istnieją małe szanse by mogło go zatrzymać coś innego niż śmierć z przedawkowania. Cały problem narkotykowy tutaj zdaje się być tematem nie do opanowania. Stąd też nie wątpie w to jak bardzo ten kraj, a przede wszystkim nasza dzielnica – potrzebuje modlitwy. Na początku byłem trochę naiwny – myślałem, że buty na liniach elektrycznych znajdują się tam przypadkiem, a fajerwerki zwiastują jakieś dobre nowiny jak czyjeś narodziny albo wesele. Po czasie uświadomiono mi, ze buty są przestrogą, że w tym domu mieszkają dilerzy narkotyków albo osoby zdolne zamordować, a fajerwerki mają na celu zakomunikowanie, do którego domu dostarczono nowy towar (narkotyki). Wybaczcie za czarny humor, ale tutaj naprawdę każdego dnia można poczuć się jak w Sylwestra.

Innym problemem jest też przestępczość. Nie jest rzadkością to, że dowiadujemy się, że ktoś z sąsiedniej ulicy czy sektora został zamordowany. Nam nic nie grozi, ale jeśli ktoś wchodzi w kręgi gdzie obraca się narkotykami, nie zwiastuje to niczego dobrego. Syn jednej z naszych przyjaciółek został zastrzelony na ulicy i zmarł w ramionach Wiliama, swojego 5-letniego syna, który od tej pory nikogo nie chce przytulać. To przypomina mu tylko tę sytuację, kiedy żegnał w swoich ramionach postrzelonego ojca.

Chilijczycy

Każda próba zgeneralizowania osób, które zdołałem poznać byłaby jakimś niesprawiedliwym osądem. Gdybym jednak miał wyróżnić jakieś cechy Chilijczyków to coś co tu nazywa się, że są carińosos (w polskim tłumaczeniu – kochani). Kupując bułki w sklepie nie przjedziesz obojętnie. Kiedy już przywitasz się ze wszystkimi, pani sklepikarka pyta – „czego chcesz moje serduszko?”, „jak ci mogę pomóc dzieciątko?”, „czego ci brakuje ma miłości?”. Prawdę mówiąc na początku tych wszystkich fraz nie rozumiałem, później mocno mnie bawiły, ale teraz czasem potrafią i irytować J. Ale nie wyobrażam sobie już pójścia w Polsce do sklepu i usłyszeć przy kasie tylko cenę jaką mam do zapłacenia. Ameryka Południowa zmienia człowieka. To samo tyczy się przywitań i pożegnań ; przywitanie się bez zapytania o to jak ktoś się ma – nie istnieje. Najlepsze są jednak pożegnania. Nawet jeśli mijasz kogoś tylko na ulicy i chciałeś powiedzieć skromne „dzień dobry”, to nie potrwa to krócej niż kilkanaście sekund. Bo jak już dowiesz się jak ktoś się ma, koniecznie musisz powiedzieć „niech Bóg ci błogosławi, niech ci się powodzi, pozdrów swoję żonę i dzieci” itd. Później to samo słyszysz od tej osoby. Najbardziej bawi mnie kiedy spotykam osobę, którą widzę pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu (przy okazji np. załatwienia sprawy w urzędzie albo w centrum szczepień) i żegnamy się mówiąc – „do zobaczenia później” albo „widzimy się!”. Nie jest to tylko zaszłość językowa ale prawdziwe oddanie tego jacy są Chilijczycy.

Jeśli miałbym podkreślić największą wadę to pewnie, delikatnie mówiąc – trudność zderzania się z prawdą w niektórych momentach; Chilijczycy nie są zbyt asertywni i kosztuje ich powiedzenie komuś „nie”. Jeśli umawiasz się z kimś i ktoś powtarza ci pięć razy, że przyjdzie – nie oznacza to, że musisz się go spodziewać. To samo tyczy się zaproszeń na obiad czy inne wydarzenia. Tak więc niektórzy gdy cię zapraszają, niekoniecznie oznacza to, że będą cię oczekiwać. Kiedy jest pochumrnie czy pada – nie oczekuj, że przyjdzie ci coś zrobić – wszyscy leżą w łóżkach. Tu się w taką pogodę po prostu nie funkcjonuje. Z wad trzeba też powiedzieć, że czasem też lenistwo bierze górę – co łatwo widać przy funkcjonowaniu autobusów (przynajmniej w samym Valparaiso). Możesz poprosić kierowcę o to aby zatrzymał się w każdym miejscu, w jakim chcesz więc czasem dochodzi do sytuacji, że kierowca zatrzymuje autobus co 2 metry, po to aby każdego wysadzić pod jego własną bramką. Czasem kosztuje to tyle mojej cierpliwości, że wysiadam dwa kilometry wcześniej i do domu dochodzę szybciej pieszo niż autobusem.

Wrócmy do zalet. Polaków przez historię uznaje się za przykład solidarności ale prawdę mówiąc Chilijczycy w tym względzie nie mają sobie równych. To jak oni radzili sobie z klęskami żywiołowymi, to jak teraz radzą sobie z pandemią powinno być dla nas ogromnym wyrzutem sumienia i przykładem na to jak powinno się wspólnie osiągać cele. Tutaj chowa się swoją dumę i razem wypracowuje się cel. Także i w Chile nie brak sporów o politykę (a spectrum polityczne jest tutaj znacznie szersze – od skrajnych kapitalistów aż po komunistów), to jednak na końcu wszyscy są w stanie osiągnąć kompromis dla budowania lepszego kraju.

Polska w Chile

Faktem jest, że między Polską a Chile nie zachodzi wiele połączeń; nawzajem nie wiemy o sobie jakoś bardzo dużo. Wielu z Chilijczyków jest przekonanych, że w naszym kraju mówi się po angielsku lub francusku. Jeśli chodzi o kojarzone tu osoby pochodzące z Polski to przede wszystkim Jan Paweł II, który wśród wierzących w Chile ma chyba równy kult jak w Polsce (w każdym kościele czy katolickim domu widnieje jego wizerunek). Na drugim miejscu jest Robert Lewandowki i na trzecim Lech Wałęsa. Znany jest także Ignacy Domeyko, polski profesor zasłużony dla Chile, może nie tak znany w Polsce. Jak dotąd w polskich rzeczy udało mi się jedynie zauważyć polską wódkę, którą można znaleźć w każdym sklepie i maszyny do szycia (tak więc nie miałem okazji do wsparcia polskiego biznesu dokonując zakupu)J.

W tym miejscu chciałbym podzielić się jedną refleksją na temat Polski. Cały mój pobyt w Chile uzmysławia mi jakie w Polsce mamy warunki do bycia katolikiem. W dalszym ciągu mamy mnóstwo księży, kościoły pełne wiernych, na każdym kroku odbywają się konferencje o wierze, spotkania młodych itd. Nie doceniamy tego. W Chile to wszystko wygląda inaczej. Niejednokrotnie przechodząc ulicą, słyszałem jak ktoś wołał do mnie albo wspominał do kogoś obok wskazując na mnie – „ten chłopak pochodzi ze świętej ziemi!”. W Polsce często uważamy nasz katolicyzm za coś zacofanego, wstydzimy się tego i kompletnie nie mamy świadomości, że właśnie z tego jesteśmy znani w świecie i jak nic budzi to w obcokrajowcach ogromny respekt.

Kościół w Chile

Nie ukrywam, że to dla mnie dołujący temat. Kościoły nawet i w niedziele są puste. Nowych powołań nie ma praktycznie w ogóle. Jeszcze 10 lat temu w mojej parafii tutaj posługiwało 4 księży, obecnie jest tylko jeden. Korzystanie z sakramentów jest rzadkością, kiedy ktoś decyduje się na ślub to jest to czymś nadzwyczjanym. Nigdy jeszcze nie widziałem jakiegoś księdza spowiadającego w konfesjonale. Aby się wyspowiadać zdarzało się, że przez trzy dni szukaliśmy chętnego księdza, który poświęciłby nam te 5 minut. Zawsze jednak trzeba o to poprosić. Chile jest trzecim, po Urugwaju i Kubie najbardziej zsekularyzowanym krajem Ameryki Łacińskiej. Wiara w Jezusa w Chile, a na dodatek praktykowanie i trwanie w Kościele katolickim jest tutaj literalnie wąską ścieżką (por. Mt 7, 13-14). Wcześniej to wyglądało zupełnie inaczej – Kościół i praktykowanie było znacznie popularniejsze. Jednak przez różne zaszłości  (obranie przez ludzi hedonistycznego trybu życia, czy wręcz demoralizacja społeczna ale także i pedofilia w Kościele na szeroką skalę przez, którą zdymisjonowany został przed trzema laty cały episkopat Chile) ludzie zrezygnowali z Kościoła. Zawsze tłumaczę sobie, że aby oczyścić wizerunek Kościoła, który zepsuł jakiś jeden ksiądz potrzeba będzie setki osób zaangażowanych w życie Ewangelii. Tak więc staramy się pokazać, że życie Ewangelią jest możliwe (na ile faktycznie jest) i że daje szczęście.

Od zeszłego roku Chile przeżywa specyficzny i trudny czas. Społeczeństwo zbuntowało się przeciwko wielu rzeczom i w sondażach pną się partie komunistyczne. Spalono kilka kościołów, zdewastowano całą masę innych. Do tej pory wszystkie okna w katedrze Valparaiso pozostają powybijane, wszystkie świątynie zostały obrzucone kolorową farbą, popisane napisami grafitti – tak jak je zdewastowano, tak pozostają w tym stanie do dziś. W centrum chyba każdy budynek opatrzony napisem typu „wszystkich was pozabijamy”. Obecnie powołany został zespół konstytuanty, który napisze nową ustawę zasadniczą Chile.

Ten kraj potrzebuje modlitwy i nowej ewangelizacji. Mimo problemów jestem przekonany, że zachowam Chile na zawsze w moim sercu i ufam, że będzie to moim miejscem narodzenia się nowego mnie. Pozdrawiam Was serdecznie i wspieram modlitwą.

Przemek z Radymna

Marcos z Valparaiso

czwarty list z chile

Najdrożsi,

Najdrożsi,

Za pasem już 8 miesięcy. Zdaje się, że 6-godzinna różnica czasowa nie jest jedyną – czas upływa tutaj znacznie szybciej. Miałem doświadczenie 5 lat życia w Warszawie i sam wiem jak smakuje pogoń, jednak tutaj to inna bajka. Nurzając się w kontemplacji, do której zaprasza Bóg, wyrzekając się wszelkich rozpraszaczy w postaci wielorakich portali (anty)społecznościowych – dzień za dniem upływa i tylko kalendarz przypomina o tym, że przemijamy. Moja misja także.

LAURITA

„Bagaż codziennej egzystencji – wyrzuty sumienia, niezapłacone rachunki, zmarnowane okazje, kurz pod kanapą, niemożność ucieczki od swych genów – ulatnia się na jakiś czas z pamięci, wobec jasności i powagi aktualnego celu” – Christopher McCandless

Laurita obok niepełnosprawnego Mimiego to nasza najbliższa przyjaciółka. Pamiętam moją pierwszą wizytę w jej domu. Poczułem się trochę jak w mieszkaniu krasnoludka, bo wszystko, włącznie z samą Lauritą jest wręcz mikroskopijne. Laurita ma 75 lat. Zawsze była osobą towarzyską. Od 4 lat choruje na nowotwór. Oprócz nas ma tylko swojego syna, który w dużym stopniu lekceważy jej osobę, nie zajmuje się nią. W momencie gdy Laurita otrzymała diagnozę o nowotworze, jej życiowy partner wyrzucił ją z domu „bo po co mu chora kobieta”, jak literalnie powiedział. Z dnia na dzień Laurita stała się bezdomna i świadoma, że jest poważnie chora. Czy można wyobrazić sobie większą tragedię? Dla osoby, która całe życie spędziła w normalny sposób – w sensie takim, jaki my znamy z Polski  – nagle przyszło spędzić resztę jej życia w slumsie, w samotności.

Dom Serca towarzyszy Lauricie od ponad 3 lat. Wszystkich dotychczasowych wolontariuszy ma jak za swoje dzieci. Łatwo też zauważyć jak towarzyską osobą jest Laura – każdy moment chciałaby z kimś spędzać. Mieszka jednak sama w małym skrawku domu, który wydzielił i odpłatnie udziela jej były partner życiowy, który wcześniej wyrzucił ją na bruk. Mieszka jakieś 3 minuty od nas – są dni, że bywamy u niej i po dwa, trzy razy dziennie. Jeśli nie – to nasza linia telefoniczna przegrzewa się z telefonów od Laurity. Odwiedza także i nas. Czasem prześpi się na naszej kanapie, czasem zje z nami posiłek, pobędzie podczas jednej z wizyt, która odbywa się w naszym domu. Kiedy tylko otrzymuje swoją rentę, od razu przychodzi do nas a to z kawałkiem ciasta, a to z rybą czy paczką makaronu. Kiedy zaprosiłem ją na swoje urodziny, przez tydzień szykowała mi prezent. Dostałem od niej paczkę skarpet, dezodorant, czekoladę oraz list, który niemal był wyznaniem miłosnym. Dwa dni po moich urodzinach, kiedy poszliśmy ją odwiedzić, ta przepraszała nas, że nie może poczęstować nas nawet chlebem, bo skończyły się jej pieniądze – bynajmniej nie było to użalanie się nad sobą ale faktyczny brak środków nawet na jedzenie, a do końca miesiąca pozostawał ponad tydzień.  Dla niej kochać to dzielić się, przede wszystkim jeśli chodzi o czas. Co sprawia jej ogromny kłopot to problemy ze słuchem, z którymi boryka się od dziecka, jednak w ostatnim czasie przez jej lekarstwa niedosłyszenie nasiliło się. Właśnie minęło kilka tygodni jak Laurita nie słyszała zupełnie nic – tak więc trzeba było za nią rozmawiać z jej synem, z lekarzem itd. Nasza relacja jest bardzo rodzinna, np. przez tydzień podawaliśmy jej lekarstwo (każda dawka co 8 godzin) – choć sama nie wiedziała po co ono jest, bo zlecił nam to robić lekarz na jednej z wizyt podczas, której jej towarzyszyliśmy. Nie słyszała tylko ufała nam gdy przychodziliśmy grubo po północy żeby podać kolejną dawkę kropli do uszu. Potulnie obracała się z boku na bok abyśmy mogli zadawkować jej płyn, zupełnie jak małe dziecko, które choruje ale wie, że jego matka jest w stanie zaradzić każdemu z jego bólów, tak więc oddaje się jej zupełnie jej działaniu.

Laurita ofiarowała nam swoje klucze do domu, tak więc we wzajemnym zaufaniu osiągnęliśmy już naprawdę sporo. Czasem i bez zawiadomienia przychodzimy do Laurity by wypić z nią herbatkę. Jej dom prawdziwie jest naszym domem. Z nią też spędziliśmy wspólnie dzień matki – zaprosiła nas, bo wiedziała, że nie ma co liczyć na obecność swojego syna w tym dniu. Bywają też dni, że z bólu nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Nie jesteśmy lekarzami, nie potrafimy zaradzić jej bólowi tak więc siadamy z boku jej łóżka i to nasza jedyna pomoc. Dziewczyny czasem pomalują jej wtedy paznkocie. Mija jeden kwadrans, drugi i nagle Laurita łzy zamienia na uśmiech, narzekanie na żarty. Pomogło. 

Sama waży około 30 kilogramów, mierzy pewnie mniej niż 1,50 m. Zawsze się śmieje, że musi uważać gdy wieje, bo jeszcze ją ściągnie prosto do naszego oceanu, nad którym mieszkamy. Żarty żartami, ale co zlecił nawet lekarz – towarzyszymy jej podczas każdej z wizyt u lekarza. Wizyty te, które odbywają się w centrum onkologii także są dla mnie ogromną lekcją. Tylu ludzi, których mijamy na ulicy; nawet nie pomyślelibyśmy, że są tak poważnie chorzy, a dźwigają taki trud. Widać też pokaźną liczbę osób wyniszczonych przez chorobę. Zaraz też pojawia się ktoś cały we łzach, zapewne dowiedziawszy się o tym, że jest chory albo o czasie, który mu pozostał. Momenty gdy widzę tych ludzi, uświadamiają mnie o ubóstwie mojej misji – jak wielkie są potrzeby, a jak niewielu osobom mogę pomóc ja.

 LOS CHICHILLOS

Wilson (10 lat), Estephan (12 lat), Fernando (11 lat) i Ricardo (8 lat). Dwóch pierwszych to bracia, dwóch kolejnych to względem siebie wujek i siostrzeniec. Nasza dzielnica jest raczej dzielnicą staruszków, ale kiedy pojawiają się oni…to każdy z nich robi zamieszanie jak dziesięcioro innych dzieci. Wilson i Estephan mimo dziecięcego wieku, są przyjaciółmi Domu Serca już od lat. Fernando i Ricardo zaczęli przychodzić do naszego domu od niespełna pół roku. Ich czwórka to mieszanka wybuchowa – w ostatnim liście pisałem o pewnych „problemach wychowawczych”, które mamy z dziećmi z naszej dzielnicy (wspominałem o tym jak odłączają nam dostęp do prądu, wyłamują bramę, rozbijają kubki o dach naszego domu). To właśnie ta czwórka, która zawsze wyrzeka się wszelkich win i obwinia nimi Mimiego, choć jest oczywistym faktem, że to ich sprawka.

Do naszych chłopców często mamy ogromną słabość i po prostu nawzajem się lubimy. Spośród wszystkich dzieci to oni odwiedzają nas najczęściej. Czasem wspólnie jemy kolację, każdego tygodnia wychodzimy razem na boisko. Jak na dłoni od razu możemy zauważyć wszystkie problemy jakie wynoszą ze swoich domów. Jak Estephen na krok nie rozstaje się ze swoim psem Blackiem, którego adoruje i całuje ale zaraz bez miłosierdzia kopie go z całej siły. Pytam się – skąd wynosi taki wzorzec miłości? Jak musi wyglądać miłość w jego domu?

Wilson z kolei był osobą, która po moim przyjeździe każdego dnia przychodziła i odpytywała mnie z nowonauczonych przeze mnie słówek. Co najlepsze gdy mówiłem mu co oznacza dany zwrot, kompletnie nie radząc sobie z polskimi słowami, zgrywał się, że jest ekspertem i oceniał, których ze słów nauczyłem się dobrze, a w których mam braki. Wszystkie te lekcje naprawdę wychodziły przezabawnie.

Fernando w naszym domu czasem poczuwa się, że może zrobić wszystko. Mam wrażenie, że jesteśmy jedynymi osobami wobec, których może się uzewnętrznić. Widać jak wchodzi w wiek dorastania, a niestety jest otoczony przez środowisko zepsute i choć jest jeszcze dzieckiem, jego przyszłość nie zapowiada się zbyt dobrze.

Ricardo – mój regalon, czyli ulubieniec. Na moje urodziny przyszedł z czekoladą w ręcę i z oburzeniem zapytał – „wujku, to inne dzieci nic ci nie przyniosły?!”. Jest chyba najsłodszym dzieckiem z dzielnicy ale tylko z pozoru. Nie wspomnę jak potrafi naskakiwać do starszych dzieci i zaczepiać ich wszczynając bójki – ma tyle eneregii i pewności siebie, że potrafi nawet podbiec na ulicy do 20-latka i go kopnąć bez powodu. Kiedy wpada w furię nic go nie powstrzyma.

Chłopaki w czwórkę przychodzą do nas kiedy tylko mogą. Każdy z nich osobna jest fantastycznym dzieckiem, kiedy jednak przychodzą wspólnie, jeden chce zaimponować drugiemu i doprowadzają do sytuacji, że mamy prawdziwe trzęsienie ziemi. Doszło jednak w pewnym momencie do sytuacji, że musieliśmy porozmawiać z ich rodzicami i nałożyć na nich dwutygodniową karę na wstęp do naszego domu – był to jedyny środek poprzez, który mogliśmy zareagować. Przez 14 dni tak za nimi tęskniliśmy! Baliśmy się, że może nie zechcą wrócić. Bardzo długo myślałem nad tym jak zareagować po upływie tego czasu. Z jednej strony, chciałem żeby wyciągnęli wnioski, nauczyli się czegoś (rzecz w tym, że częstokroć gdy jakiś rodzic wie, że jego dziecko chodzi do Domu Serca, decyduje się jakby powierzyć nam wychowanie swojego dziecka, licząc na to, że nauczymy ich co dobre a co złe). Z drugiej zaś strony myślałem – jak zachowałby się Bóg, który choć karci to kocha bezkresnie? My, wolontariusze często bardzo mocno jesteśmy utożsamiani z Kościołem, z Bogiem – jako, że reprezentujemy jedyny ośrodek religijny działający w dzielnicy. Tak więc i w jakiejś mierze jesteśmy odpowiedzialni za to jaki obraz Boga im zaprezentujemy. Tak więc minęły 2 tygodnie. Estephan i Wilson od razu przybiegli do naszego domu. Fernando i Ricardo, jakby obrażeni – bali się wydusić jakiekolwiek słowo czy nawet spojrzeć na nas. W końcu podbiegłem do nich, powiedziałem im, że ogromnie się za nimi stęskniliśmy i spytałem kiedy nas odwiedzą. Gdybyście zobaczyli ich radość na twarzy, że im przebaczono, że będzie jak dawniej. Z całej tej sytuacji wynieśli bardzo dużo, a oprócz tego nawiązaliśmy bliską relację z ich rodzicami. Szczególnie z mamą Fernanda i Ricarda, które są naszymi sąsiadkami – od tylu lat mieszkają za płotem a nigdy nie miały relacji z naszym domem. Tak więc po tylu latach sąsiedztwa, po tym jak nas zaprosiły, złożyliśmy im wizytę, opowiedzieliśmy o tym jak wygląda nasze życie tutaj, na czym to wszystko polega, one też opowiedziały nam o sobie, o swoich dzieciach. Jedna po takim czasie mogła nam w końcu zażartować z przekąsem – „ale wy wstajecie tak wcześnie i tyle razy słyszę śpiew Emmy na tarasie, która wiesza pranie; śpiewasz bardzo ładnie ale musisz śpiewać kiedy jeszcze śpimy?” J.

I choć chłopcy często z nas żartują, niejednokrotnie zachowują się źle i bez szacunku, potrafią sprzeklinać nas w sposób jaki w głowie się nie mieści, w ostatecznym rozrachunku wiem jak bardzo wiele dla nich znaczymy. Każdego dnia tylko widzimy jak noszą zawieszony na szyi różaniec, który im podarowaliśmy, jak gdyby chcieli zamanifestować dzielnicy – jesteśmy z ekipy Domu Serca. Nasza przyjaźń z nimi jest przyjaźnią w pełni tego słowa znaczeniu –przeszliśmy już wspólnie przez wszystko; przez momenty smutne, wesołe, zdenerowania i wariacji aż po sięgającą zenitu nudę jednak zawsze przeżywaną wspólnie.

ZAKOŃCZENIE

Z innych rzeczy, którą chciałbym się podzielić to fakt, iż podczas jednych zakupów zauważyłem siatkę do gry w ping-ponga. Bez zastanowienia kupiłem ją (w tym miejscu pozdrowienia dla moich byłych wspólokatorów, którzy dobrze wiedzieli jakim nałogiem dla mnie jest gra w ping-ponga – czasami z moim współokatorem Karolem nawet na kilka godzin przed egzaminem na uczelni szliśmy pograć trochę, bo tak to uwielbialiśmy; innym naszym nałogiem, z którym nie potrafiliśmy sobie poradzić była gra w chińczyka). Z upływem czasu moi przyjaciele z Valparaiso coraz bardziej mnie poznają, wiedzą o moich zainteresowaniach, ja też z pewnością bardziej niż na początku mogę czuć się sobą i przede wszystkim to, że moja dzielnica jest moim miejscem, Dom Serca moim domem. Wracając do tematu – tak więc ukradkiem uczyniłem z naszego domu zdawać by się mogło – centrum wszechświata gry w tenisa stołowego. Ilu przyjaciół udało nam się pozyskać dzięki temu wynalazkowi! I nieskromnie muszę przyznać, że w dzielnicy nie mam sobie równych – ot to w końcu znalazłem sposób, żeby zakraść szacunek wśród tych chłopców, dla których jedynym wyznacznikiem respektu jest sport.

Trwam w modlitwie za Was razem z moją wspólnotą. Każdego dnia przedstawiamy Was naszemu Bogu, jeśli więc ktoś ma w sobie konkretne potrzeby, intencje – możecie śmiało nas informować. Choć jestem odseparowany od mojej rodziny i przyjaciół, jestem ogromnie szczęśliwy, że mogę łączyć się z nimi modlitwenie. To życie modlitwy tutaj pokazuje mi jak Pan błogosławi tej misji, także i moim bliskim. Ile cudów już zdołał uczynić jeśli chodzi o zdrowie, relacje, prace; czasem wręcz z dnia na dzień kiedy daną rzecz omadlaliśmy.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Marcos z Valparaiso „Moim zdaniem, powinieneś radykalnie zmienić swój sposób życia i zacząć odważnie robić rzeczy, o których przedtem nawet nie myślałeś; albo wahałeś się, czy spróbować. Tak wielu ludzi jest nieszczęśliwych, a jednak nie podejmują żadnej próby, by to zmienić, ponieważ przywykli do życia w pewności, konformizmie i konserwatyzmie, co może dawać poczucie spokoju umysłu, ale w rzeczywistości nie ma rzeczy bardziej niszczącej dla spokojnego ducha niż pewna przyszłość (…). Radość życia przychodzi z nowymi doświadczeniami, a zatem nie ma większej radości niż mieć wciąż zmieniający się horyzont, każdego dnia inny, i nowe słońce” – Christopher McCandless

Trzeci list z misji w Chile

Daj znak, gdzie się ukryłeś Umiłowany,

Zobacz serca mego rany.

Uciekłeś jak w borze jeleń, gdyś mnie zranił.

Biegłam za Tobą z płaczem, a Tyś się oddalił.

Drodzy Mecenasi mojej misji (zarówno duchowi jak i materialni) J,

To już 6 miesięcy jak Pan pozwala mi żyć w Chile charyzmatem współczucia i pocieszenia, modlitwy, we wspólnocie. Dacie wiarę, że już tyle minęło?

Kiedy Wy możecie obecnie korzystać z uroków lata, wypoczywając na urlopach – my właśnie jesteśmy w środku zimy. Nie takiej jaką znamy w Polsce – nie ma tu śniegu, temperetura nie spada raczej poniżej 5 stopni. Jednak wilgoć? Ściany czasem opływają wodą, a w takich warunkach chłód odczuwa się zdecydowanie inaczej. Tym bardziej, że nie wspomagamy się centralnym ogrzewaniem – tak więc herbata i ciepły koc – to obecny klimat Valparaiso. Jednak mi, jako Polakowi znosi się tę pogodę naprawdę nienajgorzej. Ale kiedy mówi się o pogodzie to znaczy, że nie ma się tematu do rozmów, a ja naprawdę mam sporo rzeczy do podzielenia się z Wami – więc nie traćmy czasu!

Szukając swojej miłości,

 przez góry pójdę wysokie i wybrzeża.

Nie zrywając kwiatów bez trwogi

przed dzikim zwierzem.

 Przejdę przez szyk obronny i graniczne progi!

Urodziny

21 czerwca skończyłem 25 lat. Przed moimi urodzinami udałem się na 4-dniowy odpoczynek do klasztoru w Belén (taki czas odpoczynku się nie nie zdarza na misji, więc zapamiętam to do końca mojego pobytu tutaj!). Czas spędzony na zupełnym odludziu, w małej chatce (eremie) położonej w lesie pośród chilijskiej kordyliery, gdzie mogłem przebywać sam na sam z Bogiem, w ciszy i modlitwie był zdecydowanie najpiękniejszym prezentem jaki mogłem dostać żeby zamknąć pierwsze ćwierćwiecze mojego życia. Dwa dni przed moją datą urodzin wróciłem do Valparaiso. A tam? Już wszystko było gotowe. Moje siostry wspólnotowe przygotowały wszystko tak abym mógł przeżyć jedne z najlepszych urodzin w dotychczasowym życiu. Przez trzy dni mogłem wysłuchiwać „cumpleaños feliz”, świętowałem z czterema tortami urodzinowymi, przewinęło się naprawdę sporo ludzi. Chociaż do tej pory mogę usłyszeć od niektórych– „dlaczego nic wcześniej nie mówiłeś, że masz urodziny?!”, nawet od osób, z którymi nie mamy aż tak zażyłych relacji. Bardzo mnie to zaskoczyło. Urodziny zaczęliśmy w sobotę późnym wieczorem kiedy do naszego domu przyszli młodzi z dzielnicy. W niedzielę, po mszy świętej w południe zaczęła się właściwa część urodzin. Przybyli staruszkowie, których zaprosiłem na obiad i urodzinowy tort. Po kilku godzinach wcale nie chcieli wracać do siebie. Tak bardzo ucieszył mnie ten widok, gdy mogliśmy zebrać w jedno popołudnie samotników z naszej dzielnicy aby mogli cieszyć się sobą. Jakże im tego brakowało! Wieczorem z kolei zaproszone były dzieci, z którymi miałem okazję rozwalić pierwszą w życiu piñatę (to ta rzecz z filmów, gdy musisz z zawiązanymi oczami rozwalić jakąś kartonową maskotkę, w moim przypadku – lwa aby uwolnić z niej górę rozsypujących się słodyczy). Była frajda! Kolejnego dnia udaliśmy się do domu naszych przyjaciół na dzień odpoczynku (jak w każdy poniedziałek) ale i tam nie obyło się bez świętowania.

Byłem niesamowicie szczęśliwy, gdy podczas wspólnego obiadu razem z moimi regalones (chilijskie słowo oznaczające „ulubieńcy”) mogłem im całkiem szczerze powiedzieć, że dziękuję Bogu, że naprawdę mogę nazywać ich już swoimi przyjaciółmi – tych, z którymi mamy wzajemne zaufanie, troskę i sympatię. I nie wypływa to z jakiejś przyzwoitości ale z naszej zażyłości. Poza tym większość z nich przyniosła mi jakiś prezent, skromny upominek. Zaskoczyło mnie to, bo dobrze wiem jak u niektórych się nie przelewa; niekiedy gdy ich odwiedzamy, przepraszają nas, że nie mają nawet chleba aby nas nim poczęstować. Pandemia nie rozpieszcza nikogo.

Pasterze, którzy zdążacie tajnymi ścieżkami na szczyt

Wzgórza wielkiego,

Jeśli tam spotkacie Pana serca mego.

Powiedzcie, że tęsknię,

 Umieram bez Niego.

Don Louis

Pamiętam, że to była moja pierwsza wizyta w naszej dzielnicy. I właśnie podczas niej, kiedy jeszcze nie bardzo cokolwiek rozumiałem, a sam skupiałem się tylko sprawiać dobre wrażenie (chociaż przecież to nigdy nie wychodzi), poznałem dona Louisa. 76-letniego staruszka, który jak na swój wiek wyróżnia się przebojowością. Mieszka tuż obok nas, razem z seniorą Aną, która ma 84 lata. Ta nigdy nie opuszcza ich domu z racji na przewlekłe problemy z nogami, do których w ostatnim czasie nieomal doszło do amputacji. Swoją drogą zawitała na moje urodziny, więc tym bardziej byłem szczęśliwy, że mogła opuścić swoje cztery ściany z tej okazji. Na powyższym zdjęciu to ta starsza pani, która próbuje machać ręką, ale uniemożliwa to ten oto staruszek, który usadowił się na niej zbyt wygodnie – don Louis.

 Pracował od 10 roku życia. Sprzedawał owoce i warzywa na miejskim targu. I to właśnie także w tym miejscu nawiązała się nasza przyjaźń. Często nie ma kto mu towarzyszyć w robieniu zakupów albo z wybraniem emerytury więc zawsze zwraca sięz tym do mnie. Nie może pojechać sam, bo nic nie widzi. Od zawsze miał problemy ze wzrokiem, jednak w ostatnich miesiącach sytuacja tak się pogorszyła, że prócz przebłysków światła nie widzi kompletnie nic. Raz kiedy wracałem do swojego domu, zobaczyłem jak otwiera swoją furtkę 5 metrów od niej, próbując ulokować klucz gdzieś między krzewami. Wyobraźcie więc sobie tragedię tych starszych państwa. Sra Ana nie jest się w stanie poruszać, don Louis podobnie. Zawsze z pokorą prosi mnie o towarzyszenie mu, tłumacząc, że zawsze pomagał mu w tym jego syn, który zmarł 1,5 roku temu. Teraz pozostali sami, bo jak wspomina – ich córka liczy tylko na pieniądze i nie spieszy jej się do pomocy rodzicom.

Bardzo lubię nasze podróże po targu. Trwają grube godziny, chociaż tak mały dystans mamy do pokonania. Zawsze podczas zakupów robimy sobie małą przerwę na chilijskie completo (hot-dog, którego głównym składnikiem jest awokado). Tak więc kiedy już się zmeczymy, siadamy na krawężniku i zajadamy się. Don Louis jest osobą niesamowicie otwartą i prostolinijną. Kiedy w swoim garniturze z lat ’70 (bo oczywiście kiedy zjeżdża do centrum miasta, zawsze musi się przyszykować, co zajmuje mu jakieś 2h – wiem, bo zawsze muszę na niego czekać!) może rozsiąść się na ulicy – z daleka pewnie obaj wyglądamy dosyć niepoprawnie. On zawsze wtedy krzyczy – disfrutalo!, co w dosłownym tłumaczeniu znaczyłoby ciesz się z tego. Podczas jednego z tych momentów powiedziałem mu, że w zasadzie nie pamiętam zbyt wiele moich dziadków, bo zmarli kiedy byłem mały. Od tego momentu przysoposobił sobie mnie jako swojego wnuka. Tak też od tej pory się do mnie zwraca per wnuku. Kiedy wchodzimy do każdego ze sklepów, nie omieszka krzyczeć przy wejściu – Pan zabrał mi syna i dał mi syna! Przy kasie wtedy opowiada historię o zmarłym synu i o swoim sąsiedzie-wnuku Marcosie. Czasem podchodzi pod bramę i krzycząc pyta jak się mam. Zawsze mnie tym zawstydza, choć już zdążyłem przywyknąć do jego otwartości. Kiedy na przykład przechodzimy obok miejsca gdzie puszczana jest muzyka, ten potrafi zatrzymać się na środku chodnika i zacząć tańczyć. Za pierwszym razem mocno mnie to bawiło. Od drugiego razu – zawsze tańczę już z nim. Co najlepsze, że jestem święcie przekonany, że całe swoje życie spędził w ten sposób. Absolutnie do każdego zagaduje czy to w autobusie czy na chodniku. Robiąc zakupy nie możemy przejść spokojnie, bo każdy zna „Lucia”, czyli dona Louisa – sam przecież tu kiedyś pracował. Choć nic nie widzi, dobrze pamięta kto, w którym miejscu co sprzedaje. W sumie bardzo ciężko mi opisać zabawność wszystkich tych sytuacji.

Wiele zdążyliśmy już też przeżyć razem. Dzięki zaufaniu, don Louis zaprosił mnie do swojego życia, dozwalając na towarzyszenie mu także w wielu krępujących sytuacjach, wynikających choćby z racji jego wieku. Jestem wdzięczny Bogu, że dał mi możliwość towarzyszenia mu w jego starości; w tym ostatnim etapie życiowym, a życie przeżył zdaje się (z tego co też zawsze opowiada) w sposób niesamowity, z pełną serdecznością dla innych i od innych.

Ach, któż mnie uleczyć może, kiedyż Cię spotkam,

tak bez cienia,

Nie posyłaj już zwiastunów Swego istnienia,

bo Ty sam tylko możesz wypełnić pragnienia.

Cerro Cordillera – ożywczy deszcz naszej misji

Jak to w życiu, tak i tutaj – raz z górki a raz pod górkę. Od początku towarzyszyły mi mniejsze bądź większe kryzysy tu na miejscu. Jednak w ostatnim czasie dotknął mnie już taki, że myślałem, że spędzę z nim czas do końca mojego pobytu w Valpraiso. Zacząłem tracić nadzieję w to, że mój pobyt tutaj naprawdę ma sens, a wszystko wokół przypomina wyłącznie kopanie się z koniem. I choć czas leci szybko, to perspektywa spędzenia jeszcze 8 miesięcy bez motywacji dlaczego tu jestem, nie zachęcała mnie. To poczucie zniechęcenia nie trwało długo. Byłem pogodzony – „Ok Panie. Będę wypełniał każdy z punktów programu dnia, chcę pozostać Ci wierny, ale wiedz, że na dłuższą metę to nie będzie miało większego sensu” (przyp. musicie w to wszystko dodać aurę zimnej jesieni – gdzie dni u nas są dużo krótsze, ciepło jest tylko pod kołdrą, a czy leje jak z cebra czy nie – misja toczy się dalej). Aż w końcu jednego z popołudniów dziewczyny wróciły z zakupów z wiadomością: „Marcos, mamy nową przyjaciółkę!”. Okazało się, że jedna z kobiet przy kasie rozpoznała po akcencie Emmy, że jest z USA, zagadując, że sama tam mieszkała przez długie lata. Nawiązały konwersację, wymieniły się numerami telefonów. Podszedłem do tej sytuacji dosyć na chłodno, myśląc, że pewnie ta kobieta nas zechce zbyć. Poza tym byłem przekonany, że skoro mieszkała w Stanach, na pewno niczego jej nie brakuje – tak więc mój sceptycyzm uznał, że nie warto się zbyt angażować, bo przecież są ubożsi, którzy naprawdę nas potrzebują.

Wybraliśmy się jednak do niej. Na imię ma Margarita. Już w progu się rozpłakała, choć tak naprawdę nie wiedziała dlaczego jesteśmy w Chile. Przypuszczała, że jesteśmy zwykłymi obcokrajowcami, a już na pewno nie, że jesteśmy jakimiś młodzieńcami, którzy zdecydowali się nieść pomoc w imię Boga. Widać jasno, że bardzo potrzebowała zaprosić kogoś do swojego życia. Weszliśmy do jej pokoiku, który liczy 1×1,5 metra. Trzyma tam cały swój dobytek. Od podłogi do sufitu mieszczą się różne, zdawać by się mogło – przypadkowe rzeczy, które jednak dla niej stanowią wielką wartość. Cały pokój stanowi jej łazienkę, kuchnię, sypialnię i pokój gościnny. Po długich latach spędzonych w USA musiała wrócić do Chile przez kwestie wizy. Tylko gdy przyjechała, zatrzymała ją tu pandemia i nie miała już szansy na powrót. We łzach tylko krzyczała – „nienawidzę swojego kraju, chcę stąd uciec”. Do Stanów pojechała za chlebem. Kiedy wróciła po 17 latach do Chile okazało się, że całość pieniędzy jakie przesyłała na utrzymanie swoich rodziców, kradł dla siebie jej brat. Kiedy wróciła jej rodzice już nie żyli; zmarli z myślą, że ich córka pozostawiła ich samych sobie i wyrzekli się jej. W USA mimo ciężkich warunków pracy fizycznej odnalazła siebie. Związała się, nauczyła mówić się po angielsku, rozkochała się w Nowym Jorku. Lata ciężkiej pracy, a w wieku, w którym powinna pozwolić sobie na spokojną starość – nie zostało jej nic. Mieszka tylko w tym małym pokoiku, nie rozmawiając z nikim.

To spotkanie, to nawiązanie przyjaźni było dla nas oczywistą interwencją Pana Boga, przede wszystkim dało nam przesłanie, że On czuwa nad naszą misją a pracy nigdy nam nie zabraknie – bo potrzeb jest niezliczenie wiele.

Jednak co okazało się dalej… W drodze do Margarity, bacznie obserwowaliśmy nowe tereny naszego miasta – bowiem tej dzielnicy jeszcze nie znaliśmy, wszystko więc było dla nas nowe. Przemierzając obok zobaczyliśmy boisko, a raczej jakiś skrawek ziemi z dwoma bramkami, który był pełen błota. Włączyło mi się, nazwijmy to „wolontariackie zboczenie” i rzeknąłem do dziewczyn – „patrzcie, to boisko jest jeszcze biedniejsze od naszego!”. Później, kiedy już wracaliśmy, idąc kawałek pieszo, zobaczyliśmy na tym boisku gromadkę dzieci w wieku od 5 do 14 lat. Emma podbiegła do nich, a my za nią. I z ręką na sercu mówię Wam, że to było spotkanie, które zapamiętam do końca mojego życia. Każdy z nas się przedstawił, powiedzieliśmy skąd jesteśmy. Dla naszej dzielnicy Dom Serca stanowi już coś oczywistego, nikogo nie dziwi to, że jakiś gringo szwęda się po ulicy. W Cerro Cordillera (przyp. ta nowa dzielnica) było to dla nich czymś zupełnie zaskakującym, powtarzali tylko między sobą – „jejku, ale czuję się międzynarodowo”.  Po próbie spamiętania wszystkich imion, zaprosili nas do gry w piłkę. Obiecaliśmy im, że do nich przyjedziemy rozegrać jakiś mecz ale ostrzegamy ich, że jesteśmy naprawdę słabi w futbol. Na co jednogłośnie nam odpowiedzieli – „ale chodzi tylko żeby się z tego cieszyć i tyle, nic więcej”. Każdy z nich obdarzył nas podczas tego kilkuminutowego spotkania niesamowitym szacunkiem. I wszyscy szczerze polubliśmy się od pierwszego wejrzenia. Szczególną łaską dla nas było to, że poznaliśmy się w momencie kryzysu. Bo kryzys też sięgnął relacji z dziećmi w naszej dzielnicy. Często brakuje im wychowania, wobec czego kilkulatek potrafi sprzeklinać cię w sposób nie do pomyślenia, opluć na ulicy, ostatnio też odłączali nam prąd czy rozbijali kubki o nasz dach. Bardzo nas to dotyka, ponieważ lubimy spędzać czas z dzieciakami jednak nie jesteśmy w stanie wszystkiego zaakceptować. Kiedy przybyliśmy do Cerro Cordillera – wszyscy od razu stali się naszymi regalones (przyp. ulubieńcami). Naszych dzieci oczywiście nie zostawiamy, ale te nowo poznane stały się dla nas faktycznym wypoczęciem i chwilą oderwania, podczas, której też możemy podzić się jak dzieciaki pełne energii.  Teraz każdego tygodnia udajemy się na ich boisko, które okupują od dnia do nocy. Kiedy przyjechaliśmy tam po raz drugi, pierwszy raz po naszym zapoznaniu się, usłyszeliśmy tylko z okna rozglegający się na całą dzielnicę krzyk „PRZY-JE-CHALI!!!” tak jakby oczekiwali nas przez cały ten czas i do końca nie mogli uwierzyć w to czy naprawdę nas poznali czy dla wszystkich ich byliśmy jakimś snem na jawie. Pamiętam kiedy pierwszego razu kiedy ledwie zdążyliśmy rozegrać jakieś 5 minut meczu, dzieciaki krzyczały –„wow, ale wujek Marcos świetnie gra w piłkę!”. Oczywiście sam dobrze wiem jak gram beznadziejnie, dla nich jednak liczy się tylko ta obecność i tym pokrzykiwaniem jakby chcieli mnie zachęcić –„żebyś czasem nie zapomniał przyjechać do nas w przyszłym tygodniu”.  Tak więc jak sami oni powiedzieli nam pierwszego razu – cieszymy się sobą i jesteśmy Bogu niezmiernie wdzięczni, że postawił nas na ich drodze, bo od pierwszego spotkania zobaczyliśmy jak bardzo oni także potrzebują pomocy i obecności.

Niektórzy pytają co u mnie – zaszczepiłem się już tutaj dwiema dawkami przeciwko koronawirusowi. Prawdopodobnie kolejne listy będą pisane z nowej rzeczywistości wspólnotowej, bowiem do naszej trójki w najbliższym czasie dołączą kolejne osoby. A z moim hiszpańskim – zależnie od humoru, różnie z nim bywa J czasem mam ochotę napisać już książkę po hiszpańsku, a czasem wstyd mi się przyznać, że jestem tu już pół roku a tak często zdarza mi się coś kaleczyć mówiąc. Generalnie nigdy nie jest zbyt łatwo, ale już przywykłem do naszej rzeczywistości; choć i czasem to przywyknięcie nie pomaga, bo wtłacza rutynę. Jednak wierzę, że w życiu jest jak w Pieśni duchowej Jana od Krzyża, w której opisuje wołanie duszy do swojego Oblubieńca. Sęk w tym, żeby nie przestać wołać, wstawać, podrywać się, wybiegać do spotkania z Nim. A On już sam wie kiedy zaskoczy nas jak jeleń i wyjdzie nam na spotkanie, dając tyle wody żywej, tyle słodyczy ze spotkania, tak przepoi miłością – że już nigdy niczego nam nie zabraknie, a czas kryzysu, oprócz tego, że nas umocni – odejdzie w niepamięć.

Wreszcie dusza wchodzi cała utęskniona,

do ogrodu rozkoszy Upragnionego.

Spoczywa czarem Jego ukojona,

cała zamknięta w ramionach Miłego.

(cytaty pochodzą z Pieśni Duchowej św. Jana od Krzyża; fragmenty pieśni między duszą a Oblubieńcem)

Polecam się Waszym modlitwom. Chcę też żebyście wiedzieli, że każdego dnia z moją wspólnotą modlimy się za Was.

                Adios

Przemek Marcos

Drugi list z misji w Chile

Duch dziecięctwa, to zaufanie i oddanie siebie w dłonie Boga… to zaufanie, oddanie towarzyszące małemu dziecku, kiedy wydaje się, że ojciec chce je wrzucić do strasznej przepaści, a ono śmieje się wbiebogłosy spoglądając w przepaść, bo jest w ramionach ojca i wie dobrze, że ten nigdy go z nich nie wypuści – Mała siostra Jezusa Magdalena

Witajcie moi Przyjaciele, za którymi się stęskniłem,

Witajcie drodzy Darczyńcy, którzy sprawiają, że ta misja jest możliwa,

Witaj moja Rodzino, którą każdego dnia noszę pod sercem,

Dacie wiarę, że minęły już cztery miesiące jak tu jestem? To co wszystko co było nowe, zamieniło się w codzienność i staje się moim życiem.

(Nasza dzielnica)

Z jednej strony to naprawdę góra czasu. Odczuwam smak rozłąki. Od ostatniego listu zaszło dużo zmian – przede wszystkim jeśli chodzi o moją odpowiedzialność; sam już mogę zapłacić rachunki, zadzwonić, wyspowiadać się bez kartki. Z drugiej jednak – czasem jeszcze budzę się zdezorientowany gdzie jestem (niekiedy muszę aż wyjść z mojego pokoju,żeby się uświadomić!). Ostatnio nawet przyśnił mi się mój dzień wylotu do Chile (choć w tym śnie był to akurat pociąg…?!) i byłem w nim wielce przejęty tym jak rozstanę się z moją rodziną i przyjaciółmi na ten czas. Przebudziłem się i mogłem powiedzieć mojej wyobraźni – „ej, ale to już było, nie strasz mnie”. Czasem też kiedy rozmawiam z kimś po hiszpańsku, użyję polskiego słowa, bo tracę świadomość, że mówię w obcym języku (to chyba akurat dobry przejaw tego, że hiszpański jako język obcy stał się mi już bliższy).

Ostatnie dwa miesiące były czasem znacząco różnym. Ostatni list dostaliście w przededniu pożegnania Delfi. Dzień po jej wylocie w Chile wprowadzono pierwszą fazę restrykcji anty-COVIDowych; coś jak twardy lockdown (wychodzenie z domu dwa razy w tygodniu tylko za pozwoleniem policji). Jednak nie w naszej dzielnicy. Tutaj policja, państwo za bardzo nie przejmuje się miejscami biednymi i niebezpiecznymi jak nasza. Tak więc poza zamkniętym kościołem przez cały tydzień, nic się dla nas nie zmieniło. Co nie zmienia faktu, że oczywiście uważamy na siebie.

Pożegnanie Delfi zbiegło się także z końcem wakacji. I to dla nas znacząca różnica, bo gołym okiem możemy zauważyć, że dzieci na ulicy jest mniej, boisko przestało być permametnenie okupowane przez bandę niesfornych, ale jakże cudownych dzieci. Tempo obiektywnie rzecz biorąc troszeczkę zwolniło. Z pewnością się jednak nie nudzimy, a zmęczenie daje i tak o sobie znać.

DOM jako miejsce spotkań

Każdy dzień dla mnie jest odkrywaniem czegoś nowego, choć oczywiście nie zawsze jestem tego świadomy. Ostatnie tygodnie były dla mnie poznawaniem idei Domów Serca w tym sensie, że jest to…DOM. Nie jesteśmy spółdzielnią, jadłodajnią, ośrodkiem rekolekcyjnym, parafią (choć każdego z wymienionych charakterów mamy w sobie po troszę). Po prostu jesteśmy domem. Kiedy to odkryłem, przestałem się już złościć na to, że czasem tyle czasu poświęcamy na porządki, pranie, gotowanie, zmywanie, zakupy, naprawę zepsutego sprzętu. To wszystko sprawia, że jesteśmy autentyczną, sąsiedzką przystanią dla naszych przyjaciół, w której mogą poczuć się jak w domu. Oczywiście trochę się różnimy, bo mamy określony plan dnia, mamy kaplicę z Najświętyszym Sakramentem. Jednak pozostajemy domem, co sprawia, że relacje z naszymi przyjaciółmi są naturalne, bez rozszczeniowości z ich strony a z naszej – bez przesadnego religijnego nadęcia.

WIELKANOC – Alleluja!

Całe nasze istnienie (…) winno krzyczeć Ewangelię na dachach. Cała nasza osoba winna oddychać Jezusem, wszystkie nasze czyny, całe nasze życie winno krzyczeć, że należaymy do Jezusa – bł. Karol de Foucald

Z racji, że kościoły prawie w całym Chile pozostają zamknięte od dwóch miesięcy, siostra wizytatorka naszego domu zaproponowała abyśmy wybrali się na Wielki Tydzień do Domu Serca w Santiago. A, że mieszka tam ksiądz, mogliśmy dzięki niemu uczestniczyć w paschalnej liturgii. Dom Serca w Santiago zamieszkują osoby na stałe związane z Domami Serca. Dużo by tu opowiadać; Wielki Czwartek wieńczylismy uroczystą kolacją, którą spożywaliśmy w formie liturgii, opartej na tradycji żydowskiej (np. na koniec tej kolacji, najmłodszy z nas musiał wyjść na zewnątrz żeby sprawdzić czy Mesjasz już nadszedł albo celebrowaliśmy stare żydowskie zwyczaje polegające na tym, że lewa ręka cały czas musi być oparta o stół – i wiele wiele innych). Było to symbolem, że jeszcze żyjemy starym, jurydycznym prawem, ale jutro, od śmierci naszego Pana – wejdziemy w prawo miłości. Podczas Paschy byłem odpowiedzialny razem z Padre Thibaultza liturgię i pierwszy raz przyszło mi robić tyle rzeczy podczas Triduum. Momentami czułem się jak jakiś diakon J.

Te Święta były inne. Jest to regułą, że bez względu gdzie się je spędza, Pan absolutnie za każdym razem zaskakuje mnie swoim zmartwychwatniem i tym w jaki sposób nas zbawił.

(na zdjęciu nasza wielkanocna ekipa Domów Serca – od góry: Alejandra z Argentyny, Nico, Alexis i ks. Thibault z Francji, Carmen z Chile i ja; od dołu: Francisca z Chile, i moje dwie siostry wspólnotowe – Emma z USA i Valeria z Salwadoru).

KWARANTANNA – doświadczenie samotności i wykluczenia

Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło, osłabły moje oczy gdy czekam na Boga mojego – Ps 69,4

Po tygodniu przeżytych wspólnie świąt razem z Domem Serca z Santiago i też krótkim oderwaniem głowy od naszej rutyny, mogliśmy wrócić do naszej dzielnicy, za którą zdążyliśmy się stęsknić. Także nasi przyjaciele powiedzieli nam, że w czasie naszej nieobecności podchodzili pod nasz dom, wołając i upewniając się czy aby na pewno nas nie ma, choć dobrze wiedzieli, że mieliśmy wyjechać.

W zasadzie od razu po naszym powrocie okazało się, że podczas ostatnich dni pobytu w Santiago mieliśmy kontakt z osobą zakażoną na COVID. Z racji, że większość z naszych przyjaciół jest w podeszłym wieku, schorowanych – nie czekaliśmy aż dostaniemy oficjalny komunikat o nałożeniu na nas kwarantanny. Zamknęliśmy się w oczekiwaniu na wykonanie testu i jego wynik. Perpektywa spędzenia trzech tygodni w zamknięciu przerażała nas. Wyrok niestety zapadł na naszą niekorzyść. Dwoje z naszej trójki dostało pozytywny wynik. W zasadzie kilka godzin przed odebraniem wyników pojawiły się też symptomy zachorowania. Tą osobą, którą koronawirus oszczędził…byłem ja. Mimo dwóch testów nie wykryto u mnie koronawirusa. I tutaj dla mnie mały cud – moi rodzice mocno niepokoili się o mój wyjazd w czasie pandemii; zawsze ta kwestia była ich kartą przetargową, którą chcieli mnie odwieść od misji. I choć faktycznie towarzyszył mi kaszel i znaczący spadek kondycji, nie miałem ani jednej godziny do tego aby odczuwać większą obawę o moje zdrowie. Dla mnie to takie małe dowody na to, że Pan szepta mi – „czuwam”, „przecież Ja cię tu ogarnąłem, czego się tu lękać?”.

Podczas naszej izolacji dzieci podbiegały pod bramę mówiąc, że tęsknią i chcą wejść. Niektóre z nich nawet krzyczały – „ale my już mieliśmy koronawirusa i się nie boimy, wpuśćcie nas!”. Zdarzały się też niespodziewane przesyłki żywnościowe pod bramą; po tym jak wieść o naszej kwarantannie rozeszła się po przyjaciołach, zadzwonili do parafii, która to zorganizowała nam prowiant. Rozlegała się myśl „oni o nas pamiętają”. Wtedy też doceniłem wartość modlitwy, która w tym czasie mogła być jedyną pomocą i formą misji dla naszej dzielnicy. Mimo wszystko nie wspominam tego czasu dobrze. Wierzę jednak, że po coś był. Żeby nie zwariować szukałem różnych aktywności – m.in. w tym czasie też mogłem pochłonąć się lekturze, nauce gry na gitarze czy trochę nadrobić relacji z Polską (generalnie z Internetu korzystam raz w tygodniu jednak w kwarantannie miałem do niego prawie nieograniczony dostęp) wspólnie też odmalowaliśmy nasz dom.

DON FELIPE – kruchość, cierpienie, łagodność

Podczas naszej kwarantanny jedynym źródłem naszej komunikacji z przyjaciółmi mogły być rozmowy telefoniczne i spotkania pod bramą z zachowaniem dystansu. Pewnego wieczora, patrzę – dzwoni don Felipe. Odebrałem, od razu spytałem jak się ma i nagle usłyszałem głos zapłakanej kobiety. Zadzwoniła Lucia, wieloletnia partnerka don Felipe mówiąc, że zabrało go pogotowie, jest w bardzo złym stanie. Nie tak dawno wcześniej, bo jakieś 3 tygodnie wcześniej pojechałem z don Felipem do lekarza, żeby zdiagnozować przyczynę jego przewlekłych problemów z oddychaniem. Później przyszedł do nas na obiad. Pamiętam kiedy skończyliśmy jeść i zasadniczo wyczerpały nam się tematy do rozmów, to jednak staliśmy przy stole chyba jeszcze z 15 minut, gawędząc o pogodzie. Teraz rozumiem dlaczego tak trudno było nam się rozstać. To było nasze ostatnie spotkanie. Gdy Lucia powiedziała nam jak wygląda sytuacja, wiedzieliśmy już, że mamy spodziewać się najgorszego. Pod koniec naszej kwarantanny don Felipe zmarł. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy kiedy będziemy mogli opuścić nasz dom. Tak się złożyło, że w pierwszy dzień, w który mogliśmy wyjść z domu odbył się jego pogrzeb. Było to błogosławieństwem, że mogliśmy pożegnać. Poza tym nasza trójka stanowiła znaczną część osób na pogrzebie; pomimo, że Felipe miał synów, wnuki, przyjaciół – nikt a z nich nie przyjechał a na jego pogrzeb nie przybyło więcej niż 10 osób. Był dla nas bliskim przyjacielem, relację z Domami Serca zaczął już kilka lat temu, odwiedzaliśmy go praktycznie każdego tygodnia. Nic nie wskazywało na to, że swoje życie zakończy tak wcześnie, jeszcze przed zdiagnozowaniem swojej choroby.

Pamiętam moją pierwszą wizytę w jego domu – w jego uśmiechu zobaczyłem niemal identyczny uśmiech jak u mojego taty. Już po kilku mintach rozpłakał się gdy zaczął opowiadać o towarzyszącym mu bólu. Ujęło mnie to, bo jeszcze nie zaszliśmy w dyskusji zbyt daleko a on tak  momentalnie otworzył się przede mną, do łez. Zdarzały się też momenty radosne. Mieliśmy okazje nieraz pośmiać się z mojego języka – kiedy mijał pierwszy miesiąc mojego pobytu tutaj a Emma dopiero co przyjechała, s. Maylise razem z don Felipe próbowali mi wytłumaczyć co oznacza pasas. Tłumaczyli mi, że to uva, które zostawia się w plastikowej torebce na dłuższy czas, później ta rzecz schnie, robi się mniejsza i jest świetna do deserów. Wtedy powiedziałem Emmie, że chodzi im o „egg” (jajko). Siostra złapała się za głowę – jajka bowiem po hiszpańsku są huevos, a ja pomyliłem z nimi uva. Uva to winogrona. Tak więc kiedy chcieli mi wytłumaczyć czym są rodzynki (pasas), ja choć nieco zdziwiony, błędnie tłumaczyłem Emmie o starych jajkach, które gdy zczarnieją świetnie nadają się do deserów, a cały ten proces zachodzi w folii. Z drugiej zaś strony, wyboraźcie sobie też paradoks tej sytuacji, kiedy w pierwszym miesiącu mojej styczności z hiszpańskim, byłem już zmuszony tłumaczyć go na inny język obcy. Cała moja misja jak dotąd to jedno wielkie prowadzenie mnie przez Pana Boga suchą stopą przez morze.

Don Felipe był ciepłym, dobrym, szczerym człowiekiem. Od prawie pół roku nie miał dostępu do bieżącej wody. Lucia mogła odnajdywać w jego dobrym sercu wielką pomoc. Teraz jego śmierć pociagnęła za sobą kolejne problemy – pewnego wczesnego poranka kiedy jechałem na targ zrobić zakupy, zobaczyłem Lucię na chodniku, w piżamie z puszką piwa w ręce, mocno nietrzeźwą. Kto teraz będzie dla niej oparciem?

(Jedna z naszych wizyt u don Felippe i Luci)

MIMI – naczelny przyjaciel Domu Serca

Żyć dla Niego to znaczy pozwolić się włączyć w Jego „być dla” – św. Augustyn

Każdego dnia, bez wyjątku przychodzi odwiedzić nas Mimi. To chłopak z naszej dzielnicy, który ma 21 lat i jest lekko upośledzony. Mieszka ze swoją mamą, która wcześniej przed laty go porzuciła. Wcale nie ma od siebie do nas tak blisko to jednak wpada na herbatkę czasem nawet kilkukrotnie w ciągu dnia. Dzień w dzień odmawia też z nami różaniec. Na wieść, że ma przyjechać wujek z Polski, przyszedł w dzień mojego przyjazdu w koszulce reprezentacji Polski z napisem „Lewnadowski”. Od mojego pierwszego dnia tutaj, zawsze gdy przychodzi woła „Tio Marco!”; choć nie jest to nic wyjątkowego, bo Mimi woła tylko chłopaków, a że obecnie jestem tu jedynym przedstawicielem płci męskiej to woła zawsze mnie. Niby mała rzecz ale od pierwszych dni była dla mnie tak bardzo ważna – oznaczała, że dla kogoś tutaj już coś znaczę. Dom Serca od lat jest dla niego miejscem gdzie może być zrozumiany. W dzielnicach biednych, gdzie ludziom często brakuje na chleb, paradoksalnie kapitalizm cechuje je najbardziej. To tutaj musisz mieć dryg do tego żeby „przetrwać”. W biedzie im ktoś zaradniejszy, tym wiedzie mu się lepiej. Tak wiec osoba z niepełnosprawnością odstaje na boku znacznie bardziej niż w świecie jaki my znamy. Choć jak na swoje problemy z rozwojem, Mimi naprawdę nieźle radzi sobie – dobrze gra w piłkę, świetnie orientuje się w piłkarskich rozgrywkach, ma też dobrą pamięć i jest dosyć uważny.

Niedługo po moim przyjeździe zmarł jego brat. Pierwszym miejscem, do którego przybiegł z płaczem był nasz dom. Spędził wtedy u nas cały dzień. Później poszliśmy wspólnie pomodlić się nad ciałem jego brata. Nie ukrywam też, że też, że Mimi kosztuje nas czasem trochę cierpliwości. Jednak co dla mnie zaskakujące – każda z kolejnych wizyt jest dla mnie coraz łatwiejsza, coraz bardziej jej oczekuję. Z całej dzielnicy to chyba najbardziej właśnie w Mimim dostrzegam twarz Chrystusa. A to ułatwia wszelką pomoc. Mimi trzyma u nas swoje leki, przychodzi też cyklicznie poprosić mnie o pomoc w ogoleniu się. Z każdym też dniem zauważam jego dobre serce – w tym, że szczerze chce się dowiedzieć co u nas, co będziemy robili wieczorem, jak się czujemy, dlaczego dziś zdajemy się może trochę bardziej pochmurni. Kiedy przyszłaby mi na myśl wątpliwość „czy ta misja naprawdę ma sens?”, Mimi byłby moim pierwszym argumentem na to żeby odpowiedzieć sobie – tak, to naprawdę ma sens.

(kiedy Mimi przyszedł pierwszy raz spytać czy go ogolę, moja siostra ze wspólnoty powiedziała – nie rozumiem dlaczego przychodzi do nas po to, przecież jego mama zawsze go goli. Wtedy bez zastanowienia przyszło mi na myśl i odpowiedziałem jej – przecież w tym znalazł kolejną szansę na to abyśmy mogli go kochać)

SEÑORA LEO – miłość do ostatniej kostki czekolady

Nie zapominaj o tym, że bardzo często to właśnie mali i ubodzy będą cię ewangelizować i objawią ci Jezusa – Mała siostra Jezusa Magdalena

Señora Leo to staruszka licząca 88 lat, schorowana, skulona do tego stopnia, że aby dorównać jej wzrostem muszę przykucnąć. Jest  jednak w świetnej kondycji. Sama każe mówić do siebie per „ty”, choć sama mówi do nas per „pan/pani”, choć z najmłodszą z naszych sióstr dzieli je 70 lat. Mieszka w innej dzielnicy, nie wiem jakim cudem wolontariusze sprzed lat nawiązali z nią relację ale ta relacja to naprawdę… cud! Zamknięta w starej kamienicy, oprócz trzech kotów i zgrai much nie towarzyszy jej nikt. Raz tylko mogłem podpatrzeć jak przed naszą wizytą zaniosła sąsiadowi czekoladę. Myślała, że robi to po kryjomu. Po jakimś czasie wyznałem jej jednak, że wiem, że ma dobre serce, bo cyklicznie rozdaje w sąsiedztwie czekolady. Gdybyście zobaczyli jej skruszony i zaskoczony wzrok, że ktoś o tym wie! Naprawdę co może, robi z serca i w ukryciu.

Kiedy ją odwiedzamy, odczuwam przejęcie jak podczas jakiejś celebracji. Tuż po wpuszczeniu nas do środka, usadza nas przy stole. Znika na kilka minut, bo w tym czasie wyciąga wszystko co ma swojej lodówce albo co schowane po kątach. Ostatni element przygotowania – zamrażarka. Zawsze tam trzyma swoje szklanki, tak aby sok lepiej smakował, był chłodniejszy. Czekały tam na nas od naszej ostatniej wizyty. Kiedy już wszystko wyłożone na stół, Señora Leo w końcu może usiąść i opowiadać swoje życiowe historię albo po prostu opisywać zamiłowanie do słodyczy. Trzyma w ręcę w paczkę chipsów, które są jak pół niej samej i wyznaje nam jak bardzo kocha ich smak. Najbardziej jednak kocha czekoladę. Może pozwolić sobie na dwie lub trzy w miesiącu, bo jest bardzo droga. Jej problemy zdrowotne i sytuacja kwarantanny nie pozwalają jej teraz nawet na wyjście do sklepu po chleb. Przez to stała się już całkiem sama, samotna. Całe długie dnie spędza sama, zamknięta w swoim pokoju. Jednak nie zatrzymymuje się nad tym zbyt długo, woli kontynuować wątek czekolady. W pewnym momencie to wszystko choć może zdawać się infatylne, napawa mnie wielkim przykładem. Señora Leo mimo swoich problemów chce widzieć to co dobre. Nosząc spore pokłady błyskotliwości i matczyności, wcale nie chce udawać jak dużo ma w sobie z dziecka. Jej szczery uśmiech, otwartość, zawstydzony wzrok i rumieńce, na które nie ma wpływu, gdy usłyszy pod swoim adresem jakiś komplement. Rozmawiamy dalej. Długo ale nie chce nam się kończyć. Ściemniło się już do tego stopnia, że nie widzimy siebie nawzajem. Światło zapalamy dopiero w momencie gdy wychodzimy, żeby trafić do drzwi.

Szczególnie w pierwszym czasie mojej misji było mi bardzo głupio gdy ktoś ubogi, komu pewnie nierzadko towarzyszy głód, nagle chce wyprawić ucztę podczas odwiedzin. Coraz bardziej jednak rozumiem jak jest dla nich to ważne, choć do głowy cały czas przychodzą mi myśli – „ach, proszę, żeby tylko nie wyciągała tym razem czekolady dla nas; niech zostawi ją sobie na później”. Oczywiście moje myśli nie mają mocy sprawczej i czekolada ląduje na stole. Ta jedna z dwóch lub trzech, które ma na miesiąc.

Leo nie ma telefonu, więc gdyby coś się stało w zasadzie nikt by się o tym nie dowiedział. Do tej pory wspomina z niepokojem wydarzenie sprzed roku kiedy złodzieje napadli na jej dom; z dokładnością aptekrza wylicza co jej ukradziono – telefon, mikrofalówkę, metalowe schodki z trzema stopniami itd. Nawet samotna nie może czuć się spokojna, bo odczuwa lęk tamtej sytuacji. Czasem pojawia się we mnie sporo smutku – dlaczego tak wspaniała osoba musi zostać skazana na ponurą samotność, w biedzie, nieporządku, towarzyszącym nocami zimnie, przez które przedwcześnie się budzi. Niczym sobie na to nie zasłużyła. Señora Leo jednak ze swoim rozbrajającym uśmiechem skwitowała naszą ostatnią rozmowę o jej życiu: „cała moja rodzina jest inteligentna, dobrze radziła sobie na unierwsytetach. A ja? A ja po prostu całe życie uwielbiałam czekoladę”. Gdy tylko ją zobaczyłem, ujrzałem w niej mojej ś.p. Babcię, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem pięknego serca, heroicznej pokory i dziecięcego uśmiechu aż do ostatnich dni swojej starości. Nawet w jednej z rozmów z moją mamą, powiedziałem jej – „mamo, musisz tu przyjechać, żebyś zobaczyła swoją mamę!”. Señora Leo ujęła więc mnie błyskawicznie i mimo swoich problemów stała się dla wzorem życia. Jest też przykładem na to, że tęsknota dla nas wolontariuszy tutaj wcale nie jest tak trudna kiedy odnajduje się przykład życia swojej babci, czy u innych – uśmiech mojego taty, poczucie humoru mojej mamy. Niczego mi tu nie braknie. Bo Bóg daje życie w obftiości, ja tylko zdecydowałem się z tego skorzystać.

Pamiętam o Was imiennie w moich modlitwach. Kolejne wieści za dwa miesiące. Dziękuję za każdy Wasz wyraz sympatii i pamięci, za wsparcie modlitwene w tym czasie.

Na koniec żeby jednak Wasza lektura nie pozostała bezowocna, zachęcam Was do przeczytania fragmentu Pisma, który zamieszczam poniżej. Choć dobrze go znacie, poświęćcie te 30 sekund i przeczytajcie go jeszcze raz. Słowo miłość zastąpcie jednak swoim imieniem. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to jest najlepszy rachunek sumienia, bo w tak wielu miejscu „coś zgrzyta”, to moje imię jakoś się w to nie wpisuje. I często właśnie taka jest ta misja. Jest przedszkolem miłości, nieudolnym wcielaniem Ewangelii, próbą osiagnięcia niemożliwego.

Marcos z Valparaiso

Facebook: Puśko w Chile

E-mail: przemyslawpuzio1@gmail.com

Adres pocztowy: Punto Corazón San Alberto Hurtado,

Porvenir Bajo, Calle 4, casa 235. Valparaíso 2340000, Chile.

Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje.

(1 Kor 13, 4-8a)

Pierwszy list z misji w Chile

Może on współczuć tym, którzy nie wiedzą i błądzą,
ponieważ sam podlega słabości (Hb 5, 2)


Drodzy Przyjaciele, Ofiarodawcy, Rodzino,


Właśnie minął drugi miesiąc mojego pobytu w mieście Valparaiso. Bardzo lubię pisać, kiedy jednak przychodzi mi opisać to, co wydarzyło się w moim życiu w ostatnim czasie, mieszcząc się na kilku marnych kartkach papieru – czuję niemoc. Jedną dobę spędzona tutaj mógłbym opisać na 48 godzin lektury. Postaram się jednak jak najpełniej wprowadzić Was w życie w chilijskim slumsie. A więc… zaczynajmy!
Musimy zacząć od początku. Nazywam się Marcos. Poza najbliższymi przyjaciółmi tutaj, nikt nie zwraca
się do mnie „Przemek”. Wymówienie mojego imienia zajmuje Chilijczykom jakieś 6 sekund, więc od samego przyjazdu posługuję się moim drugim imieniem, które jest jednocześnie imieniem mojego taty.
Ten fakt zobowiązuje wiec podwójnie! Teraz widzę w tym też pewna symbolikę – Bóg dał mi tu nowe
życie, nowe cele, zmagania. Odkrywam tu swoje nowe „ja”. Żyję w Domu Serca; nie tylko w jego czterech ścianach, ale i jego charyzmatem, na który składają się trzy elementy: I. Współczucie i pocieszenie, II. Modlitwa, III. Wspólnota. Na początku, w ramach wprowadzenia w tym pierwszym liście
do Was, opiszę nasze życie właśnie poprzez te trzy elementy. Wybaczcie, że ten pierwszy list ma charakter w dużej mierze techniczny (plan dnia, wspólnota itd.) – z pewnością w kolejnych pozostanie
więcej miejsca na historie przyjaciół czy opis dzielnicy, kraju.


WSPÓLNOTA
Pragnę złożyć (…) coś w rodzaju skromnej, małej pustelni, gdzie (…) nie nauczając,
ale udzielając gościny każdemu kto przychodzi, dobremu czy złemu, przyjacielowi czy wrogowi, muzułmaninowi czy chrześcijaninowi”, „moje apostolstwo ma być apostolstwem przyjaźni
” – bł. Karol de Foucauld


Nie mieszkam tu sam. Jestem prawdziwie błogosławiony między niewiastami. Moją pierwszą wspólnotę tworzyły oprócz mnie Delfi z Argentyny, Valeria z Salwadoru i s. Maylise, która jest rodem z Francji,
jednak kilkanaście lat temu zdecydowała poświecić się idei Domów Serca na całe życie; jej kolejnym
misyjnym krajem jest Argentyna, w której mieszka już od 9 lat. S. Maylise do Valparaiso przyjechała tylko na miesiąc w charakterze pomocy – dla nas i dla naszych przyjaciół z dzielnicy. Pobyt zaczęła razem ze mną; to ona odebrała mnie z lotniska, to z nią przyszło mi spędzić pierwsze chwile niezręcznej ciszy, gdy okazało się, że moje zdolności językowe są nikłe. Czekało nas kilka godzin podróży. Mój hiszpański wyczerpał się po jakichś 3 minutach rozmowy, tak więc zaproponowała, żebyśmy razem odmówili różaniec. Modlitwa „Zdrowaś Maryjo” była jedną z niewielu rzeczy, które umiałem po hiszpańsku przed moim przyjazdem. I to okazało się moją pierwszą szokującą inkulturyzacją.
„Jechać w autobusie i na głos wspólnie modlić się różańcem? Szaleństwo!” – pomyślałem. To jedna z tych chwil, która uformowała mój pobyt tutaj – wyzbycie się niepotrzebnych ograniczeń, obaw przed tym, co pomyślą inni, udawania. Skoro wierzymy, chcemy się modlić i nikomu to nie przeszkadza – to w czym problem? Jestem wdzięczny Bogu za ten pierwszy miesiąc spędzony u boku s. Maylise, bo był dla mnie czasem poznawania charyzmatu Domów Serca. Dzieliliśmy tez wspólne zainteresowania – w wolnym czasie razem dbaliśmy o ogród, siostra nauczyła mnie robić świeczki, których potrzebujemy do modlitwy, razem gotowaliśmy – raz nawet udało się ulepić nam pierogi! Z kolei Delfi z Argentyny to osoba, przy której przy pierwszym poznaniu – w przypadku gdybym był niewierzący i ja spotkał – zapewne bym się nawrócił. Jesteśmy właśnie w przededniu jej pożegnania; po roku nadszedł czas końca jej wolontariatu w Valparaiso. Jest dziewczyną do tańca i do różańca.
Argentyński temperament, zdolność rozmawiania bez ogródek, zapał, asertywność dodawały naszej
wspólnocie wigoru. Także potrafiła być wzorem relacji z przyjaciółmi – nigdy nie zabrakło jej cierpliwości
w rozciągających się rozmowach, uśmiechu, zrozumienia, płonącego serca do tego by pomagać.
Valeria z Salwadoru ma 18 lat i tuż po ukończeniu szkoły wybrała się na misje. Na pierwszy rzut
oka środkowoamerykańskie usposobienie mogło stanowić dla Europejczyka pewien zgrzyt (przyszło mi
reprezentować w naszym Domu Serca obecnie cały nasz kontynent – dziewczyny już zdążyły więc
wymyślić mi różne ksywy, takie jak „dyplomata”, „europejski poprawiacz”, „przesadny perfekcjonista”).
Szybko się jednak okazało, że może być zupełnie inaczej. Mimo, że Vale jest ode mnie młodsza o 6 lat,
nie przeszkadzało to w nawiązaniu braterskiej relacji. Przyjechała miesiąc przede mną. To ona zawsze
narzeka, że mało zjadłem, ma najlepsze poczucie humoru i jest królową deserów – zawsze przygotowuje urodzinowe ciasta dla osób z dzielnicy, bo nie ma wśród nas sobie równych w tej kwestii. Po miesiącu mojego pobytu tutaj do wspólnoty dołączyła Emma z USA. Jej przyjazd zbiegł się
razem z wyjazdem s. Maylise. Emma ma 20 lat i także z nią spędzę cały swój czas w Chile. To osoba,
z którą po godzinach mogę porozmawiać o polityce, o problemach świata, poza tym, tak i jak i ja, była
wcześniej na miesięcznym wolontariacie w Indiach. Tak bardzo brakowało mi tych rozmów tutaj.
Wszystko co odbywa się tutaj, czynimy wspólnotowo. Nasz dzień zaczynamy od jutrzni o 7.30, po której
jemy śniadanie. Po śniadaniu każdy z nas po kolei przez godzinę adoruje Najświętszy Sakrament w naszej kaplicy. W tym czasie, kiedy inni adorują, można ugotować obiad, zrobić zakupy, zadbać o ogród czy napisać do Was list ☺.

Moja wspólnota – od lewej: ja, Valeria z Salwadoru, Delfi z Argentyny i Emma z USA

Jest to też przestrzeń czasowa, podczas której w zasadzie każdego dnia ktoś przychodzi porozmawiać. O 12.30 jemy obiad. Po południu odmawiamy różaniec, a po nim ruszamy w dzielnicę, aby odwiedzić przyjaciół lub animować czas dzieciakom na boisku lub w naszym domu.
O godz. 19 jedziemy na Mszę świętą (wyłączając weekendy, ponieważ wtedy kościół jest zamknięty, więc oglądamy Mszę online), bezpośrednio po Mszy odmawiamy nieszpory, później jemy kolacje.
W zależności od dnia – po kolacji mamy spotkanie wspólnoty albo gościmy kogoś (nierzadko do
naprawdę późnych godzin) albo idziemy na boisko, żeby obejrzeć młode talenty piłkarskie dzielnicy.
Dzień kończymy kompletą lub pieśnią do Maryi.

Kiedy myślę o mojej wspólnocie, od razu przychodzi mi do głowy to, że tylko Bóg mógł nas połączyć. Żaden człowiek nie wpadłby na taki algorytm, żeby połączyć argentyńską wybuchowość, salwadorskie wyluzowanie, amerykańską mentalność i europejską, jak to wkoło nazywają dziewczyny –
poprawność. I choć znamy się już dobrze, zdążyliśmy poznać swoje wady i zalety, zachwyca mnie to, że choć mamy tak kompletnie różne podejście do życia, różne duchowości – to w dalszym ciągu przyświeca nam ten sam cel, prowadzi nas ten sam Bóg i chcemy oddać się temu – każdy równie mocno, choć na inny sposób.

Widok z dachu mojego pokoju

MODLITWA
Nasza dusza jest nieustannie w stanie wyczerpania jak ciało po wielkim wysiłku; modlitwa przywraca jej świeżość i dodaje sił, podobnie jak to sprawia obfite pożywienie dla ciała” – bł. Karol de Foucauld


To element, który przeważył w mojej decyzji na to, aby wybrać się na wolontariat właśnie z Domami Serca a nie z inną organizacją. Gdyby podliczyć, to na modlitwie spędzamy łącznie jakieś 4h dziennie. Nie piszę tego jednak, aby uświadomić Was, jak jesteśmy uświęceni. Jest wręcz odwrotnie – jesteśmy grzesznikami, jak to było przed przyjazdem tutaj – nosimy swoje słabości, biedę, braki. Bardzo szybko przekonałem się, że ta modlitwa jest po prostu nam potrzebna i niezastąpiona. Człowiek, który ląduje na drugim końcu świata (albo po prostu – poza domem), widząc jak świat jest zraniony, zepsuty i zły – mógłby się załamać. Modlitwa jednak sprawia, że wszelkie problemy stają się słodyczą. Nie unieślibyśmy cudzego problemu, nie pomoglibyśmy naszym przyjaciołom, nie udźwignęlibyśmy wszystkich tych historii, gdyby nie łączność z naszym Mocodawcą (bo On daje moc i On dał mi mandat do tego, aby tu być). Kiedy zostało mi zabrane prawie wszystko (tak tęsknię za moją muzyką, rowerem, ulubionym jedzeniem, a nawet językiem) i zostałem uwolniony od różnego rodzaju pochłaniaczy czasu, pojawiła się ogromna przestrzeń, w którą mógł wejść On. Pomocą w tym, aby zrobić Mu miejsce byli dla mnie przede wszystkim św. Franciszek z Asyżu i bł. Karol de Foucauld (w przykładzie życia, w lekturze i modlitwie). Kiedy Bóg wchodzi w czyjeś życie (a choć w moim życiu praktycznie od zawsze był, to nie przeszkodziło to temu, aby wejść w nie na nowo), żaden brak nie daje o sobie znać. Patrząc na moje wcześniejsze życie, mogę stwierdzić, że żyłem jak poganin. Teraz z Nim mam wszystko. Zatem ten czas spędzony w kaplicy nie jest czasem wewnętrznego motywowania się, czyszczenia pamięci z sytuacji, o których chciałoby się zapomnieć, „napinania pośladków” i powtarzania w głowie – dasz radę. Nie. To jest spotkanie, w którym On może dysponować moim czasem, przemówić w głąb duszy, zapewnić, że wszystko jest Jego planem, wspomóc swoją obecnością.


WSPÓŁCZUCIE I POCIESZENIE
Wieczne zbawienie jednej tylko duszy ma nieskończenie większe znaczenie niż szczęście doczesne wszystkich ludzi, którzy są, byli i będą, choćby żyli wszyscy po tysiąc lat” – Bł. Karol de Foucauld
Ten element to clou naszego pobytu tutaj. To dla naszej dzielnicy połączyliśmy się we wspólnotę, aby
stworzyć Dom Serca i to w dużej mierze dla tej idei poświęcamy nasz czas na modlitwie. Wspólnota
i modlitwa mają nam dawać siłę, uzdalniać ku temu, by być obecnym w tym miejscu, dla tych ludzi.
Obecnie z racji pandemii apostolat w więzieniu i szpitalu dla osób z porażeniem mózgowym nie jest
jeszcze możliwy. Mimo to jest gdzie tutaj posługiwać. Kiedy wjeżdżałem po raz pierwszy do naszej
dzielnicy, czułem się jakbym śnił – z jednej strony cała dzielnica, z racji, że zamieszkujemy wybrzeże
Oceanu Spokojnego sprawia wrażenie, że jest idealnym miejscem do życia – widoki są naprawdę
magiczne o każdej porze dnia. Z drugiej strony – obraz tulących się psów, spośród których kilka zapewne w następnych tygodniach zdechnie z głodu lub pragnienia; walające się blachy, które nie do końca ma się świadomość czy są czyjąś ściana, ogrodzeniem czy odpadami. Jasne – na świecie pewnie istnieją uboższe materialnie miejsca na Ziemi. Jednak pod względem moralnym – często tutejsi ludzie sięgają dna i niestety jest to powszechne. Ja też jednak mam swoją biedę. Kiedy moja mowa została wyłączona z użycia (w pierwszych dniach/tygodniach nie rozumiałem praktycznie nic). Czułem się tak bezużyteczny. I to wtedy otrzymywałem od osób z dzielnicy pocieszenie, zamiast je dawać. Zdaje się, że to dzieci organizowały mi wtedy czas zamiast ja im. Była to wielka szkoła pokory czy nawet poniżenia. Jednak tak bardzo potrzebna. W dalszym ciągu przede mną daleki horyzont ku temu, by mówić na satysfakcjonującym poziomie, jednak nie mam najmniejszego prawa do narzekania, bo Bóg mnie wspomógł i dał mi zdolność porozumiewania się po hiszpańsku.
Pierwszymi osobami, które chciałbym Wam przedstawić z grona naszych przyjaciół są Eduardo i Grizella – ojciec i córka. Znajomość Domów Serca z nimi trwa stosunkowo od niedawna – w ubiegłym roku Eduardo przyszedł poprosić nas o pomoc. Przed misją mocno obawiałem się tego, że część relacji z przyjaciółmi Domu Serca nie jest obecnie kontynuowana; słyszałem sporo historii o przyjaciołach przed przyjazdem tutaj od wolontariuszy, którzy byli w Valparaiso i tak bardzo chciałem poznać tych wszystkich Chilijczyków. I faktycznie – część z relacji się urwała. Jednak teraz widzę, że nie ma powodów do smutku. Na ulicy cały czas ludzie pozdrawiają nas, zaczepiają – często świadczy to o tym, że przed laty ich odwiedzaliśmy albo oni gościli u nas. Jednak wszystko ma swój czas i choć dbamy o każdą relacje, to gdy ktoś nie chce jej kontynuować, pojawia się przestrzeń na nawiązanie kolejnych przyjaźni. Wracając do Eduardo: generalnie Dom Serca w naszej dzielnicy uchodzi zarówno za miejsce, gdzie można uzyskać wsparcie, jak i miejsce, w którym każdego dnia obecna jest modlitwa. Z racji, że w naszej dzielnicy nie ma kościoła (jest jedna kaplica, ale od początku pandemii jest zamknięta), dla mieszkańców spełniamy w jakimś stopniu też charakter sakralny. Eduardo, choć nas nie znał, przyszedł – jako do pierwszego miejsca po dowiedzeniu się o śmierci swojej córki. Chciał poprosić o pomoc w zorganizowaniu pogrzebu, prosząc tym samym o wsparcie i modlitwę. Jego córka zmarła na ulicy, wskutek przedawkowania narkotyków, miała 37 lat, nazywała się Marie.

W chwili śmierci ważyła 20 kg. Od tej rodzinnej tragedii rozpoczęła się nasza przyjaźń z ich rodziną. Ale zacznijmy od początku – Eduardo w wieku 9 lat został osierocony; jego matka była alkoholiczką i zmarła wskutek wycieńczenia organizmu alkoholem. Do wszystkiego w życiu musiał dojść sam. Miał dwie córki – sp. Marie i Grizellę. Z racji, że Grizella inspiruje mnie swoją wiarą, w zeszłym tygodniu zapytałem, jak to się stało, że tak mocno wierzy. Wówczas opowiedziała mi całą swoją historię. Obie były od zawsze zupełnie różne. Jej starsza siostra zawsze miała lepszą figurę, miała jasną karnację i zielone oczy. Z kolei Grizella zawsze była okrąglejsza, o ciemniejszej karnacji. Cała rodzina zawsze zachwycała się tylko Marie. Grizella po raz pierwszy usłyszała, że ktoś ją kocha w wieku 15 lat, kiedy to na ulicy spotkała ewangelizatora, który opowiedział jej o Bogu; przed tym chciała odebrać sobie życie. Nie wiedziała po co żyje. Wszystko zmienił moment uwierzenia. Obecnie jest dla mnie heroską. Teraz ma 36 lat i jako jedna z niewielu tutaj jest wolna od nałogów, a uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Jako młoda dziewczyna wyszła za mąż; mąż ją maltretował, wykorzystywał, popadł w alkoholizm. Pewnego razu uciekła z domu, zabierając swojego syna ze sobą. Ojciec nie chciał jej przyjąć, więc wylądowała na bruku. Mąż z kolei od razu znalazł sobie inną kobietę. Eduardo, jej ojciec, dopiero po jakimś czasie otworzył jej drzwi do swojego domu. Ich relacja jednak cały czas jest bardzo ciężka. Żona Eduarda po 30 latach małżeństwa zostawiła go dla chłopaka swojej starszej córki, przez którego to właśnie córka straciła życie. Widzę jak ewidentnie potrzeba im naszej obecności. Sami to mówią, że pomiędzy sobą mogą porozmawiać szczerze i na poważniejsze tematy jedynie w naszej obecności. Eduardo zaznacza, że zamknięci w swoich czterech ścianach oprócz siebie (jego, Grizelli, Moisea – jej 14 letniego syna i Adama, jej partnera) i nas, nie mają nikogo. Eduardo mieszka w tym miejscu od 20 lat a nie zna swoich sąsiadóW jak na Amerykę Południową to wręcz niemożliwe! W jakiś sposób historia ich rodziny w sposób przejrzysty obrazuje mi jak owocne potrafi być życie z Bogiem. Grizella na pierwszy rzut oka nie ma powodów, by się cieszyć; jej syn jest socjopatą, prawie nigdy nie opuszcza swojego pokoju, ojciec praktycznie zawsze jest pod wpływem alkoholu, cały pokój ma wyłożony puszkami z piwem, a ze swoim
narzeczonym jest tylko z obowiązku i powinności (tak chciał jej ojciec), bo sama zaznacza, że nic do niego nie czuje. Jej siostra zmarła, matka uciekła. Tutaj cała dzielnica jest problematyczna. Tutaj 12-latkowie zaczynają palić marihuanę, ale praktycznie nigdy na tym się nie kończy. Przechodząc ulicą, można poczuć spore opary palonych narkotyków. Ćpaja dzieci, młodzież, dorośli i starsi. Nie ma w tej dzielnicy chyba nic powszechniejszego jak narkotyki. To rzecz, która zdaje się, że weszła temu społeczeństwu w krew i każdy jest skazany na takie realia. Wobec tego wszystkiego Grizella jest dla mnie palącym promieniem, który daje światło ku temu, by mieć nadzieję, że inne życie jest możliwe. Choć jest w tym wszystkim sama, to zawsze z dobrym sercem i szerokim uśmiechem jest gotowa żyć swoją wiarą. Podczas pierwszego spotkania okazało się, że wspólnie przepadamy za herbatą. Wówczas od razu pobiegłem do naszego domu, żeby poczęstować ją moją herbatą przywiezioną z Polski. Ona z kolei obdarowała mnie swoimi różnorodnymi smakami naparów. Grizella jest protestantką, jednak nie godzi to w nasza znajomość. Rozmawiamy o naszym Bogu, czasem o dzielących Grizella, ja i Eduardo
nas różnicach. Ekumenizm od zawsze był mi bliski i właśnie podczas tych rozmów przy herbacie zdaje mi się, że odczuwam jego najgłębszy sens.

CIĄG DALSZY NASTĄPI
Przede mną jeszcze 12 miesięcy pobytu tutaj – znajdzie się wiec jeszcze czas na kolejne opowieści. Na koniec dodam tylko, że przybyłem tutaj dawać, a w przeważającej mierze czuję, że tylko tu otrzymuje. Przede wszystkim bliskość z Bogiem i prawdę o człowieku. Teraz zauważam, że moja wiara nie jest owocem jakiejś mojej decyzji, zdecydowania się na konkretny sposób życia, nie jest też wynikiem tego, że wydaje mi się, że Ewangelia mówi prawdę. Teraz wiem, że to wszystko jest Prawdą. To wszystko się
spina, jest logiczne, Bóg ma monopol na prawdę i szczęście w naszym życiu. I to nas ratuje, nie zniewala. Radykalna Ewangelia dla mnie na tu i to teraz to odkrywanie Jezusa w każdej malej rzeczy. To kupowanie na targu owoców i warzyw u czarnoskórych, którzy choć sprzedają produkty po tej samej cenie i jakości, ich stoiska są permanentnie opustoszale. To opuszczenie tej gromadki świetnie bawiących się dzieci, dla tego jednego chłopca na uboczu, który potrzebuje teraz uścisku, choć wiesz jak bardzo w jego domu roi się od pcheł. To wysłuchanie tego starca, którego tak trudno zrozumieć, bo nie ma zębów i używa słów, które wyszły z mody – ale wiesz, że w przeciągu tygodnia nie będzie nikogo, kto wysłucha jego historii, którą słyszę ósmy raz i nadal nie wiem, o co w niej chodzi. Ewangelia jest możliwa przy herbacie, w drodze, w czasie odpoczynku i oczywiście w czasie modlitwy. I jak nic to Ona daje tę słodycz radości – gdy mnie ośmielonemu przychodzi zetrzeć łzę z policzka niewinnego dziecka, gdy od pierwszego pojawienia się w dzielnicy bez względu na wiek, wszyscy mówią do mnie „wujku”, gdy choć beznadziejnie gram w piłkę i puszczam kolejną bramkę – chłopaki z boiska znów ucieszą się, kiedy przyjdę na boisko. A to wszystko w nagrodę za to, że tylko próbowałem żyć tym co zaproponował mi Bóg. Droga do mojej doskonałości pozostaje jednak wciąż bezkresna. Proszę o modlitwę i sam o niej zapewniam. Każdą z intencji staram się przedstawiać z imienia podczas którejś z naszej modlitw. Pamiętam o Was! Gdyby ktoś chciał się skontaktować, to poniżej przesyłam adresy.
Przemek


Nie wymyślę sobie innego nieba, wykrzywia twarz we wspólnym grymasie bólu,
stanę i przymknę tchórzliwe powieki (…), pójdę tam, gdzie są brudni i głodni
”.
Fioretti

Facebook: Puśko w Chile
E-mail: przemyslawpuzio1@gmail.com

Adres pocztowy: Punto Corazón San Alberto Hurtado,

Porvenir Bajo, Calle 4, casa 235. Valparaíso 2340000, Chile.


list „0”

Do wylotu zostało 90h. Piszę aby podzielić się tym co mnie czeka. Chcę też zostawić jakiś ślad sprzed misji, żeby mieć do czego powrócić po powrocie.

Pragnienie o wyjeździe zrodziło się tuż przed albo na początku studiów. W trakcie studiowania, choć mało kto o tym wie – przygotowywałem się już do wyjazdu. Wtedy jednak uległem rodzicom i nie odważyłem się wyjechać. Choć pragnienie pozostało.

Sam fakt, że wyjadę był dla mnie w jakimś stopniu oczywisty – wiedziałem, że skończę studia to zamieszkam gdzieś na jakiś rok, żeby pomagać. Byłem jednak już na piątym roku i cały czas brakowało tego kroku naprzód i poszukania organizacji, która mogłaby mnie wysłać. Na facebooku wyświetliły mi się Domy Serca. Później przypomniałem sobie, że przecież dwie znajome dziewczyny z parafii były na misji z Domami Serca. Zgłosiłem się na spotkanie informacyjne. Od razu mnie to ujęło. 4-5 osób z całego świata rozkręcająca dom w slumsach. W środku domu kaplica z Najświętszym Sakramentem. Odpowiadające mi apostolaty. Inkulturacja na maxa jak tylko to możliwe. Jedynym minusem było to, że tylko jeden Dom Serca jest w Afryce – w Senegalu, w którym to trzeba przyswoić sobie dwa obce języki a jednym z apostolatów jest przebywanie i pomoc osobom na śmietnisku w zbieraniu śmieci. Od zawsze marzyłem o Afryce, jednak reszta czynników nie napawała mnie motywacją.

Przyszła w przygotowaniu jednak taka myśl – przecież to może być nawet i Ukraina a będę w tym szczęśliwy! Dałem wówczas dyspozycję – wyślijcie mnie gdziekolwiek bylebym był w stanie nauczyć się kiedyś tego języka i dodałem, że bardzo chciałbym pracować w więzieniu. W myślach się śmiałem, że dostanę Ukrainę to do domu rodzinnego będę miał bliżej niż ze studiów. Padło na sam koniec świata. Chile, miasto – Valparaiso.

Fragment z mojego listu intencyjnego, w którym zobowiązałem się do podjęcia misji, przekazany na ręce Domów Serca:

Oczywiście na mojej drodze pojawia się wiele pytań. Mam cudowną rodzinę, z którą rozłąka nawet na jeden rok byłaby sporą ofiarą. Bóg daje nam jednak odwagę poprzez Słowo («Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!» Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego» – Łk 9, 61-62). Czuję pokój w sercu i wiem, że Bóg chce mnie w tym miejscu. Daje mi także znaki – choćby to z jaką przychylnością moi rodzice przyjęli decyzje tym razem, po pięciu latach (!)„.

Inny młodzieniec, któremu Pan powiedział żeby rzucić wszystko i pójść za Nim, odszedł zasmucony (Mk 10, 17-22). Ja po prostu… nie chcę być smutny :).

Z Chile na początku byłem trochę pokłócony. Nigdzie nie funkcjonuję tak dobrze jak na równiku. Im bardziej upalna wilgoć, tym coraz bardziej czuję, że żyję. Chile z kolei to nie tropiki. W zimie śpi się pod kilkoma kocami, czasem nawet w wełnianej czapce, obowiązkowo termofor. Generalnie – bardzo zimno. Od równika daleko. A do tego – chociaż jest tam hiszpański, to jest w nim 3000 słów-chilenios, których nie jestem w stanie nauczyć się z żadnego polskiego słownika. Pomimo tego tak tam nawijają (mówią tak szybko), że jak tego słucham to absolutnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak z tej zbitki można wyłapać poszczególne słowa, nie wspominając o znalezieniu czasu na ich przetłumaczenie. Do tego najbardziej sejsmiczny kraj świata. I kiedy już tak tym wszystkim się podłamałem, doszło do mnie – dla kogo ty tam jedziesz? Dla siebie? No chyba nie.

Od tego momentu biorę Chile takim jakim jest i je kocham :). Nawet gdyby przyszłoby mi tam żyć w igloo i przez rok nie zrozumieć ani jednego zdania – biorę to takim jakie jest.

Podczas formacji, bardzo mocno kręciłem nosem na koronawirusa – „no Panie Boże, ja już tyle na tę misję się wybieram a jak już jadę to jestem skazany na taki połowiczny jej wymiar?”. Koronawirus trochę zamieszał – jest mniej wolontariuszy, niektóre sieci kontaktów z przyjaciółmi się urwały, większość apostolatów zawieszono. Nie jestem z tego zadowolony. Upatruję w tym jednak jakiegoś szczególnego zadania – bycia depozytem charyzmatu współczucia i pocieszenia właśnie w tym trudnym czasie. Carolina, która odpowiada za formację osób wyjeżdżających z Polski, kiedy mocno buntowałem się na pandemię oraz ograniczenia apostolatów powiedziała mi, że trzeba Bogu zaufać, bo nawet i globalne problemy potrafi odwrócić. Nie wierzyłem, było to absurdalne ale przecież pomyślałem – mój Bóg jest Bogiem rzeczy także niemożliwych i absurdalnych. I co? Wynaleziono szczepionkę. Widzimy koniec na horyzoncie. Oczywiście jak przylecę to apostolaty będą w dalszym ciągu zawieszone. Perspektywa jest jednak już inna.

Obecnie w slumsach mimo bardzo złych warunków, Internet jest. Dlatego na czas pandemii, aby nie stracić kontaktu z przyjaciółmi Domy Serca utrzymywały z nimi kontakt telefoniczny. Wobec tego obecnie jest jeszcze możliwe używanie telefonu częściej ale z upływem czasu będzie to ograniczane do możliwości skorzystania z Internetu tylko raz w tygodniu. Jestem społecznym zwierzęciem choć liczę na sporo pracy tam na miejscu. Chciałbym ponieść jakiegoś rodzaju „śmierć społeczną” w Polsce na te 14 miesięcy. Ufam, że to się uda choć moja pycha z pewnością będzie temu utrudniać. Teraz przynajmniej mam już wobec Was zobowiązanie!

Moja wspólnota też się trochę zmieniła od czasu kiedy o niej mówiłem. Dzień przed moim przyjazdem misję kończy Leo z Argentyny. Przywita mnie Delfi też z Argentyny, która jest rok oraz Valeria z Salwadoru, która jest od początku grudnia 2020 r. Dwa tygodnie po mnie ma przylecieć Emma z USA. Wspólnie będziemy starali się stworzyć bezpieczną przystań w dzielnicy Valparaiso. Chile boryka się z bardzo dużymi dysproporcjami ekonomicznymi w społeczeństwie; brak w zasadzie klasy średniej. Chile jednak nie jest aż tak biedne jak inne kraje Ameryki Południowej. Jednak taką biedę moralną jak tam – ciężko znaleźć gdzie indziej. Powszechnie w książkach pisze się, że Chile to kraj „pijaczków”. Narkotyki, alkohol, broń. To są problemy. Ponadto Delfi, która dobrze zna dzielnicę dosyć szybko musi nas wprowadzić w misję, bo wyjeżdża już w marcu.

Misja Domów Serca to przede wszystkim życie charyzmatem współczucia i pocieszenia. Współczucie to pewien bezpiecznik zamontowany w naszym sumieniu, który przestrzega nas przed egoizmem. Obecnie świat całość swojego współczucia albo chce się wyzbyć albo przelać na coś innego – np. na zwierzęta (choć żeby było jasne – sam bardzo je kocham!). Domy Serca jednak radzą – wysłuchaj tego co rodzi w Tobie współczucie. Z tego rodzi się antidotum – pocieszenie. Bez niego współczucie pozostałoby czystą dramą, ckliwością, sentymentem. Pocieszenie to odpowiedź, to zaradzenie złu w świecie, to przestawienie zwrotnicy myślenia o sobie na potrzeby innego człowieka. Nie znam tych ludzi, którzy tam żyją. Ale tak bardzo pragnę już je kochać.

5 dni temu przeżyłem swoją mszę posłania. Dziękuję za Waszą obecność i wsparcie modlitewne. Choć zabiegany nie miałem czasu na przygotowanie takie jakiego bym od siebie oczekiwał, od dzwonka sygnaturki dostałem jakąś łaskę spokoju i zrozumienia tego co się dzieje. Kto mnie zna ten wie jak potrafię być sentymentalny. Od mszy? Pożegnałem się już z jakąś 3/4 przyjaciół i obyło się bez nie wiadomo jakich sentymentów. „Przecież za 14 miesięcy wracam”. To jest dla mnie tak oczywiste – gdzie w innych sytuacjach wręcz „karmiłbym się” jakimś dramatem rozstania.

Bez wzruszenia się więc pakuję. Tyle przygotowań a cały czas czuję się nieprzygotowany w stopniu zupełnym. Ale chyba dobrze. Jezus musi mieć miejsce do działania. Jadę tylko z Bogiem. Jedyne czego od Niego oczekuję to tego aby mnie nie opuścił podczas pobytu czy raczej… życia w Chile.

Nie umiem gotować a będę miał na głowie tam do wykarmienia co 4 dni 4 osoby do (no chyba, że wieczorami przyjdą dodatkowe osoby w odwiedziny – to wtedy więcej). Nie umiem hiszpańskiego, chociaż miałem prawie pół roku na naukę. Nie było kiedy, really. Jedyne co to skończyłem studia, które zupełnie mi się tam nie przydadzą. Będę 13 047 km od domu. Średnio co dwa dni w Chile rusza się ziemia. Mógłbym się na tym skupić i przerazić. Wtedy zamykam oczy i wyobrażam sobie bezkresny ocean. Jestem nad nim bardzo wysoko i zaczynam do niego spadać. Jest obawa przed utonięciem. Ale tak naprawdę to ożywczy „nur”, gaszący pragnienie, dający odpoczynek każdemu nerwowi mojego ciała. To moje wyobrażenie spoczęcia w Panu. Nie wiem czy jestem przygotowany. Wiem, że mam tam być pomimo, że podczas przygotowywania się do wyjazdu sam mój Kościół umiłowany mocno próbował mnie w wierze, rzucając jakieś kłody (patyki*) pod nogi. Jednak w tym wszystkim górę bierze bezsprzecznie to, że LUDZIE SĄ DOBRZY. Ofiarność darczyńców, otwartość większości z parafii na błogosławienie mojej misji, tyle księży i rodzin dobrej woli. Niesamowite patrzeć na czyjąś dobroć. W tym wszystkim jestem maluczki w swoim postanowieniu pomocy. Dziękuję za Waszą lekcję.

Wylatuję 15 stycznia o 12:45. Koło 10:30 będę na lotnisku Chopina w Warszawie, może zdołam się jeszcze z kimś uściskać. W Chile będę 16 stycznia o jakiejś godz. 15 polskiego czasu (nr lotu – KL 2258). Polecam się Waszym modlitwom w szczególności na początku misji. Po przylocie czeka mnie 10 dni kwarantanny na miejscu. Później – działamy!

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał – poświęć 10 minut, ta misja ma wyglądać właśnie tak: