Była godzina 12:00. Ul. Miodowa w Warszawie, klasztor kapucynów. Zadzwoniłem na furtę klasztorną, mówiąc bratu furtianowi, że jestem umówiony z o. Januszem na rozmowę. Ten trochę nie dowierzając, że o. Janusz z kimkolwiek był w stanie się umówić, mimo wszystko mnie wpuścił. Czekałem sporo i już wtedy żałowałem, że to spotkanie będzie mogło trwać tak krótko; miałem tylko godzinę na rozmowę i od razu musiałem zmykać żeby odebrać z lotniska Asię, która wracała z misji z Salwadoru.
W końcu „doczłapał” się ten mój dziadeczek. Żadnego z moich dziadków nie pamiętam dobrze, dlatego ten od zawsze był takim moim pierwszym i jedynym starcem w moim życiu, który mając za sobą tyle bagażu doświadczeń, kapitału intelektualnego – był w stanie naprawdę przekazać życiową prawdę. Kiedy go wtedy zobaczyłem, przeraziłem się. Wychudzony (schudł prawie 20 kg w przeciągu niewiele ponad dwóch miesięcy).
Obojgu nam wydawało się, że wiedzieliśmy, że mieliśmy mało czasu. Jednak chyba nie spodziewaliśmy się, że zostało nam go aż tak niewiele. Ale od początku.
Szarość Warszawy, tłumy ludzi, młodzieńcze ideały mieszające się z wciąganiem przez środowisko akademickie do wyścigu szczurów – mniej więcej w takim momencie życiowym pojawił się na mojej drodze o. Janusz. Zrządzenie losu? Opatrzność boża? Co jak co ale w tym przypadku na pewno to drugie. Trafiłem po prostu kiedyś do niego do spowiedzi. Zupełnie przypadkiem. Nie pamiętam dobrze pierwszej spowiedzi, ale wychodząc spojarzłem na tabliczkę „o.Janusz” przylepioną do drzwi konfesjonału. Wygooglowałem, kolejnym razem pomyślałem – dobra, pójdę jeszcze raz do niego, ostatnio mocno do mnie trafił. Za drugim razem nie byłem niczego pewny jak tego aby już zawsze spowiadać się u niego.
Poznawaliśmy się. Kiedy byłem sobą załamany, ten nigdy nie pozwalał mi zapomnieć o Bożej miłości, kiedy byłem z siebie relatywnie zadowlony – konstruktywnie karcił, sprowadzał na ziemię. Jak prawdziwy mistrz, dosłownie jak w tych filmach o samurajach i ich mistrzach.
Z korespondencji z o. Januszem:
„Podejmowanie decyzji jest konieczne, jeśli chcesz wpisać się w Boże zamysły i realizować creatio continua, w skali całego życia. A Ty ciągle czekasz, aż ktoś za Ciebie podejmie decyzje albo podejmą się „same”. To prosta droga do przegrania życia. Decyzje trzeba podejmwać, nawet kosztem popełnienia błędu. Błąd, to nie koniec świata. Nie wolno ewentualności popełnienia błędu traktować histerycznie. Jeśli popełniłem błąd, to go koryguję i podejmuję kolejną decyzję. Przecież „do odważnych świat należy”, zwłaszcza jeśli działają w imię Boże„.
Był czasem surowy, zawsze wymagający, zwykle jednoznaczy. A w tym wszystkim tak zręczny, że nie ujmował w konfesjonale niczemu z Bożej miłości. Po śmierci wyczytano w jego dzienniku słowa „i nie pozwól by mój brak cierpliwości dokonał kiedykolwiek uszczerbku w świadomości tych ludzi o Twoim miłosierdziu”. Człowiek starej daty, wykładowca, wychowawca seminarzystów. Prawie na dwa lata był na misji pośród buszów Papui Nowej Gwinei. Życiorys wskazywał, że w kierownictwie duchowym mógł być dosyć srogi. Faktycznie, był konkretny ale nawet w momentach kiedy musiało paść trochę gorzkich słów, kończył spowiedź pięknymi słowami, pełnymi ciepła – „ale Przemku, ty wiesz, że ja jestem twoim największym kibicem u Pana Jezusa?”.
Wycieczka do konfesjonału zawsze wiązała się z kosztami po stronie czasu. W poniedziałki miał 3h dyżuru spowiedzi, a w czwartki 6h, z czego i one potrafiły się przedłużać. Zawsze były kolejki. Zawsze. Szczególnie popołudniami, żeby odbyć dziesięciominutową spowiedź trzeba było czasem poczekać ok. 2h. Przychodzili księża, siostry zakonne, a przede wszystkim świeccy. Chyba zwykle mężczyźni, bo często był tak bardzo konkretny!
Nie ukrywam, czasem miałem wrażenie, że może w ogóle mnie nie pamięta, że się w czymś powtarza. Później jednak nagle okazywało się, że po latach potrafił nawiązać do moich sytuacji życiowych, np. „Przemku, przypomnij sobie jak pływałeś na tym okręcie. Teraz w twoim życiu duchowym jest podobna sytuacja…”. Pomimo powtarzalności spowiedzi, zwykle zaskakiwał świeżością i błyskotliwością nauki. Intelektualnie jedna z większych osób jakie spotkałem. W tym taki skromny, nastawiony na pomoc drugiemu człowiekowi. Myślę, że miał tę zdolność dostosowywania treści do danego penitenta. Miał w sobie tyle mądrości – nie mówię tu tylko o tym, że co spowiedź zarzucał to innym łacińskim przysłowiem, które potem tłumaczył i rozwijał – ale sam, jakby przechodząc przez życie, czerpał z każdego doświadcznia i wyciągał z niego wnioski, uczył się na nich. Ta uważność przeżywanego przez niego życia myślę, że wyprowadziła go na wyżyny człowieczeństwa, do heroiczności cnót. Latami poświęcał czas w konfesjonale, ratując Warszawę, ratując mnóstwo ludzi przed nieszczęściem. Był, jak bardzo trafnie ujmuje to franciszkańska modlitwa o pokorę, narzędziem w rękach Chrystusa. Nie mam najmniejszych o to wątpliwości. Czasem kiedy byłem zmęczony zgorszeniem Kościoła, mówiłem do niego z przekorą – „Ojcze, ale jak wyjdzie kiedyś coś, że Ojciec takie rzeczy broił, ja się z Kościoła wypiszę, bo w kogo przykład mam jeszcze wierzyć jak nie w Ojca?”. Teraz wiem, że takie słowa były na wyrost, bo na jakiegokolwiek człowieka w życiu byśmy nie patrzyli, zawsze zaniżamy sobie poprzeczkę – przestajmy wówczas patrzeć na Chrystusa. To pewnie była w tej spowiedniczej relacji moja słabość – że wszystko brałem za prawdę objawioną co padało z ust o. Janusza. Jednak jego argumentacja, wspólność poglądu na świat tak bardzo zbiegała się z moją, że nie mogłem wzbraniać się ku temu aby stał się dla mnie prawdziwym autorytetem życiowym.
Nigdy za swoją posługę nie miał niczego. Jedyne co to może wdzięczność osób wychodzących od kratek konfesjonału i jakiegoś rodzaju respekt do jego osoby. Nic poza tym. Żadnych splendorów, laudacji, pieniędzy. Przecież nawet fama nie miała za bardzo jak pójść w świat, bo raczej ciężko dzielić się z innymi doświadczeniem spowiedzi. Absolutne himalaje pokory.
Teraz może być trochę emocji.
Wyjeżdżając na misje do Chile, jedną z obaw po mojej stronie było, że zostanę bez stałego spowiednika, który był dla mnie takim wielkim oparciem. Wśród wielu obaw, zaryzykowałem i wyjechałem. Jak się okazało, relacja z o. Januszem mocno się przez to zintensyfikowała. Nigdy nie mogłem przecież wyspowiadać się u niego online, ale pojawiła się przestrzeń na mailowe dysputy teologiczne, filozoficzne i psychologiczne. Nikt nigdy tak bardzo nie pochylił się jeszcze nade mną, mając taki bagaż duszpasterskich doświadczeń. Wszedł w moje życie. Nigdy nie wtryniał się z radą sam, nie krytykował z własnej inicjatywy, tylko oceniał gdy ktoś o to prosił. Nie wiem jak robił to, że jego przemyślenia były tak na wskroś ewangeliczne. Misja, pomimo bardzo aktywnego trybu życia, muszę przyznać, że miała sporo z kontemplacji – przez te 14 miesięcy pochłaniałem książki, pojawiało mi się wiele teorii w głowie, bezlik przemyśleń, uniesień ale i wątpliwości. Pomimo ok. 4h dziennie spędzanych na modlitiwe na misji, czasem ducha porywała taka oschłość, która rodziła wiele pytań. Chyba do wszystkich z nich zapraszałem o. Janusza. A on wytrwale ze mną w nich był. Nie na wszystkie mógł odpowiedzieć, ale nigdy nie przestał towarzyszyć. Sam był też najbardziej zaczytany w moje listy do przyjaciół i darczyńców z misji. Po każdym otrzymanym mailu, potwierdzał jego otrzymanie i dopytywał. Z pasją przeżywał ze mną misję. Był w niej ze mną.
Pod koniec misji kiedy jego responsywność na maile stopniała, pomyślałem, że może wyczerpałem limit odpowiedzi na moje pytania. Okazało się, że wtedy zachorował. Ciężko przeżyłem dzień kiedy dostał diagnozę. Czułem się jakby już wtedy zmarł. Co ten Bóg robi, on musi po moim powrocie do Polski mi pomóc. Jednak o. Janusz mailowo uspokajał. Co do jego stanu zdrowia, informacje czerpałem tylko od niego. Szukał pozytywów, a ja naprawdę myślałem, że było ok. Między zdaniami tylko domyślałem się, że musi być źle, skoro nie jest już w stanie spowiadać jak później zaczęło wynikać z maili.
Przed wylotem do Chile, jeszcze kilka godzin przed ruszeniem na lotnisko, zahaczyłem o klasztor kapucynów żeby pożegnać się z o. Januszem, który dał mi pamiątkowy różaniec – okazał się jedyną moją po nim pamiątką. Życzył mi „takiej samej liczby startów i lądowań”. Tak samo i po powrocie, w pierwszym możliwym momencie odwiedziłem go. Mieliśmy 60 minut, on tylko słuchał, bo niewiele miał siły by mówić, za co mnie przeprosił. Na koniec jeszcze rzekł i zrobił to w swoim stylu – bardzo trafnie i zwięźle odnosząc się do całej, czasem przegadanej przeze mnie historii. W połowie rzeczy, które miałem opowiedzieć musieliśmy przerwać. Godzina minęła. Tak więc od razu ustaliliśmy termin kolejnego spotkania, na za 5 dni. Wychodząc zdążyłem wręczyć mu jeszcze tylko przywieziony z Chile sweter z alpaki. Kilka godzin później napisał do mnie maila w swoim stylu: „Przemku, dziękuję, że pomyślałeś, aby podarować mi ten wełniany sweter, potem zaś dźwigałeś go w bagażu. Właśnie go przymierzyłem i widzę, że to idealnie mój rozmiar. Gdyby ktoś mnie pytał o niego, to napisz mi dwa słowa, coś charakerystycznego. Czy to jest jakaś lokalna tradycja Twojego regionu w Chile czy też występuje w całej Ameryce Łacińskiej? Produkcja jest przemysłowa czy rzemieślnicza, a może domowa, bo zauważyłem, że nie ma żadnych fabrycznych metek? Tak coś ciekawego”. I wyobraźcie sobie, że człowiek z taką dokładnością odpowiada z niemniejszym zaangażowaniem na Wasze życiowe pytania i wątpliwości. Byliśmy przyjaciółmi, lubiliśmy rozmawiać, choć nierzadko tracił do mnie cierpliwość wtrącając hasełka „gadał dziad do obrazu, obraz do dziada ani razu” albo żalił się o „waleniu grochem o ścianę” :D.
Dzień po spotkaniu podzielił się ze mną jeszcze krótko, że wyniki badań wyszły optymistycznie. Napisał też, że nasza rozmowa „była dobrym wstępem do podsumowania całej Twojej misji, aby wyznaczyć teraz szlaki na przyszłość”. Wieczorem był jeszcze się przejść „bo poczuł się lepiej”. Wrócił, poszedł spać. Tej samej nocy zmarł. Ze „szlakami na przyszłość” zostawił mnie sam, a o „swetrze” poszedł opowiedzieć do nieba.
Byłem wściekły. Wciąż mam sporo w sobie emocji związanych z tą śmiercią. Człowiek tak niezłomny, o moralnym kręgosłupie ze stali, czy może lepiej powiedzieć – ze złota, jednego dnia został zabrany. Przewodnik wielu dusz, dla których chciał szczęścia. Sam często podkreślał, że życie z Bogiem i szcześliwe życie to jedno. Nie ma szczęścia bez Boga. Jesteśmy stworzeni do szczęścia, tego pragnie dla nas Bóg. Wybrałem się na jego pogrzeb. Skromny, franciszkański pochówek. Choć dla mnie ceremonia papieska pewnie byłaby zbyt mało godna żeby móc pochować o. Janusza. Płakałem nad trumną. Płakałem, bo nie chciałem stracić azymutu w ścieżce dążenia za Bogiem ale płakałem też, że inni nie płaczą. Płakałem, że dobro jest tak ciche i mało kto wie jaki autorytet stracił tego dnia Kościół, cały świat. Płakałem, bo „mój największy kibic u Pana Jezusa” już mi tego nie powie. Poszedł kibicować do nieba.
odpoczywaj w pokoju mój Mistrzu +
tęsknie



























