
Było zimowe popołudnie. W skrajnie złym humorze nie wiedziałem czy przygotowywać się na wylot do Panamy czy nie mieć już nadziei (była kryzysowa sytuacja z moim paszportem co postawiło wyjazd do Panamy, na który czekałem od pół roku pod znakiem zapytania). Był 10 stycznia, dwa dni przed panamską podróżą. Dostałem telefon od znajomej, z którą nie utrzymywałem od dłuższego czasu kontaktu.
„Przemek, chcesz lecieć do Indii budować kościół?” – usłyszałem.
„TAAAK, Monia, oczywiście, chcę!”.
Jak to Przemek, wszedł w kolejną rzecz bez wcześniejszego zastanowienia. Zawsze powtarzam – czasami mnie to męczy, ale to za to kocham moje życie! Wiedziałem, że nie ma przypadków. Pomyślałem, że jeśli nie ma mnie być w Panamie, to mam być w Indiach – dotyczyło to wielu spraw – stworzyła mi się przestrzeń czasowa, finansowa aby Amerykę Środkową zamienić na Azję. Jak dobrze wiecie, oczywiście i tak w terminie poleciałem do Panamy gdzie spędziłem trzy tygodnie. Wracającz z tej podróży do Polski, wiedziałem już, że czekać mnie będzie kolejna przygoda – Indie… nie, to nie była przygoda. Ale o tym później.
Dziewięcioro młodych ludzi, w zasadzie ze wszystkich stron Polski włączyło się w wolontariat „Indie 2019”. W tym ja. Co roku grupa osób leci z ramienia jezuitów do Indii aby wybudować kościół. Co roku budowany jest nowy, w innej miejscowości. Rok 2019 padł na budowę kościoła w wiosce Umniuh. Niewielka wioska, zamieszkiwana w przeważającej mierze przez chrześcijan, położona w stanie graniczącym z Bangladeszem. Teren podgórski, trochę chłodniejszy (czyt. 30 stopni Celsjusza). Co istotne – całe północno-wschodnie Indie są bardzo chrześcijańskie. O ile w całych Indiach jest tylko 2% chrześcijan, tak w tamtym regionie stanowią aż 80% społeczeństwa!
Nasza misja zaczęła się jednak pół roku przed wyjazdem do Umniuh. Odwiedziliśmy ponad 15 parafii w całej Polsce prosząc ludzi o pomoc. Kiedy był sygnał, że młodzi jadą do Indii budować kościół, ludzie nie szczędzili wsparcia – finansowego jak i mentalnego.
Przy każdym wpisie podkreślam, że nie da się wszystkiego opisać. Ale tutaj problem z tym to już jest w ogóle odlotowy. Nie mogę pisać o wspaniałym powitaniu nas przez prowincjała w Guwahati, o naszych obawach na lotnisku, nie jestem w stanie opisać przecież tych wszystkich żebrzących ludzi na ulicach, oddać klimatu świętych krów na autostradach, przybliżyć choć trochę feerię kolorów, która zastawała nas na targach. Ominę też opis Taj Mahal, wszystkich rzeczy i miejsc, które mogliśmy we własnym zakresie i na swoją rękę zobaczyć po czasie wolontariatu (New Delhi, Jaipur, Agra, Haridwar). Nie, nie da się. Zapraszam Was do Umniuh i Umbiru. Dwóch małych wiosek w stanie Meghalaya.
Do Umniuh gdzie mieliśmy budować kościół lecieliśmy jak do społeczności, której mieliśmy mniej lub bardziej celne wyobrażenie w zestawieniu do rzeczywistości. Do naszej wioski przybyliśmy w niedzielę rano. Zostały jakieś trzy kwadranse do głównej Mszy, na którą zjeżdżała się okoliczna ludność (nasz Father Robert miał sam pod opieką duszpasterską 18 miejscowości!). W tej sytuacji angażuje się wiernych świeckich, którzy odpowiadają sami za organizowanie modlitw, kiedy przyjęcie sakramentu z rąk kapłana nie jest możliwe. Świeccy po owocach widać, że robią to naprawdę solidnie. Przygotowano dla nas miejsca, od razu „wyposażono” w śpiewniki. Zaczęła się Msza, która trwała ponad 2h. Ksiądz powiedział nam, że jak Msza trwa u nich krócej niż godzinę „ludzie się z tego powodu smucą”. Pod koniec Mszy wezwano nas na środek i od razu przyodziano w tradycyjne stroje kasi. Dziewczyny dostały sari, a my eleganckie lniane szale i czerwone korale.

Po prawej stronie zdjęcia widzicie nowicjuszki. Dziewczyny w Indiach wstępują do nowicjatu zakonnego nawet w wieku 14-15 lat!
Skoro widzimy na zdjęciu kościół, po co pojechaliśmy go budować? Zdjęcie jest z Umbiru – wioski trochę większej, z czterema szkołami, kościołem katolickim i zborem protestanckim. W tym pierwszym stacjonowaliśmy przez czas naszego wolontariatu, kościół zaś budowaliśmy w Umniuh, wiosce dużo mniejszej, która należała do parafii Umbir. Czworo z nas mieszkało na plebani z księdzem Robertem, dziewczyny z kolei mieszkały kilkadziesiąt metrów dalej, u sołtysa Umbiru. Można powiedzieć, że rozstawaliśmy się w zasadzie tylko na noclegi, sporą większość czasu spędzaliśmy razem. Także dzieci, z którymi spędzaliśmy czas były właśnie z Umbiru. A jak wyglądał nasz dzień?
O 5.30 ministrant dzwonił dzwonem i wzywał na Mszę. Jeszcze zanim do kościoła dotarł ksiądz, wierni już zaczynali modlitwy. Punkt 6.00 zaczynała się Msza. Choć wszędzie mgła i można powiedzieć, że było wręcz chłodno – do kościoła wchodzimy na boso, jak cała reszta. Ksiądz też odprawiał Mszę „na bosaka”. Nie rozumiałem przez miesiąc nic poza „khublei ko Maria” i „dżunom la dżunom”. To pierwsze znaczy…wszystko. Khublei w kasi to takie namaste jak w pozostałej części Indii. Chcesz się przywitać, podziękować, przeprosić, powiedzieć coś miłego, zaradzić niezręcznej ciszy – mówisz khublei. Z kolei „to drugie” znaczy „Na wieki wieków. Amen”. Przyznam szczerze, będąc niewyspanym, zbudzonym o 2 w nocy polskiego czasu, szedłem na Mszę i nie zawsze wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Oczywiście nie było żadnego obowiązku uczestnictwa w tej Mszy, ale przez cały wyjazd mocno trwały we mnie dwa pragnienia – być jak najwięcej z ludźmi i mieć świadomość tego (jak i uświadamiać o tym samego Boga), że jestem tam dla Niego. Wychodziło różnie ale starałem się. Msza więc stawała się wewnętrznym poczuciem obowiązku.

Między Mszą a śniadaniem zostawało niewiele ponad 45 minut czasu wolnego. Czasami sen był jedyną opcją ale zwykle można było żwawo, już jak nowonarodzony – wejść w nowy dzień np. czytając książkę, robiąc pranie, rozmawiając z dziećmi, które były w drodze do szkoły. Edukacja to też odrębny temat. Za wszystko trzeba tam płacić – także za wysłanie dziecka do szkoły. Problem robi się wtedy, gdy rodzina ma naprawdę sporo tych dzieci. Nasz przyjaciel, Bahduh zapytał przy rozmowie ile kosztuje u nas szkoła – powiedzieliśmy, że nic, jest finansowana przez rząd. Zaskoczył się i zapytał – w takim razie uniwersytety są drogie? Odpowiedzieliśmy, że szkolnictwo wyższe też jest darmowe. Widziałem wtedy na twarzy zaskoczenie ale też trochę takie poczucie, że świat jest niesprawiedliwy. Ja osobiście jestem przekonany, że w takich Indiach jest więcej utalentowanych ludzi, niż w Polsce – czy tym bardziej więcej niż w USA albo UK, których to talentów się nie odkrywa, pozostają przez świat niezauważone.

Potem śniadanie. I to był hit. Z samego rana zjeść pyszny makaron z zupki chińskiej razem z ryżem – rarytas. Hindusi słodzą napoje na potęgę, rzecz jasna przyprawiają posiłki tak pikantnie jak to tylko możliwe i jedzą dosyć tłusto. Kuchnią zarządzała Dona, która była wspaniała – bo wszystko starała się optymalizować w smaku do standardów europejskich. Choć niejednokrotnie kiedy pytaliśmy czy coś jest ostre i ktoś oczywiście zaprzeczał (bo dla nich to akurat stanowiło smak iście łagodny) – dla nas było i tak zdecydowanie za ostre. Ale naprawdę czapki z głów dla tego jedzenia! Jeść obiad na śniadanie, na obiad, i na kolację… Naprawdę byliśmy miło ugoszczeni 🙂 .
8.30 – wyjazd na budowę. Nasze budowanie to prawdziwy stan umysłu. Wszyscy z grupy polskiej jesteśmy na ukończeniu studiów (przeróżnych – prawo, psychologia, teologia). A tu nagle bęc – na budowę! Dla wszystkich nas było to czymś nowym. Myślę, że nawet dla polskiego budowlańca taka budowa byłaby nowatorską aktywnością. A bo wszystko co zrobiliśmy na placu budowy – wykonaliśmy siłą naszych mięśni. Niestety nie było żadnego dostępu do takich ułatwień cywilizacyjnych jak betoniarka, koparka, piła motorowa. Zaprawę mieszało się na ulicy, szybko przekładając surowce łopatą, żeby w efekcie mógł powstać cement. Słyszeliśmy – „36 misek żwiru, cztery worki cementu, 20 misek wody itd.”. I tak powstawał kościół.

W pierwszy dzień ciąłem pnie drzew piłą razem z kolegą. Oczywiście taką ręczną piłą, a na dodatek tępą, więc trzeba było co chwilę oblewać ją benzyną żeby był jakiś poślizg. Zanim doszliśmy do synchronizacji, jakiejś władzy nad tą piłką to zdążyliśmy się już sporo zmęczyć. Może to była pierwsza godzina pracy? Czarno widziałem nadchodzący miesiąc. Bez przygotowania fizycznego, bez doświadczenia na budowie. Ale daliśmy chyba radę! 🙂 Co więcej będę pisał? Nasz trud był bardzo wymierny – każdy kamień dałoby się zważyć (o ile są tak wytrzymałe wagi 😛 ). Nigdy nie zapomnę pana w fioletowej czapce. Na pewno po 50-tce , w skwarze chodził w zimowej czapce. Nosiłem z nim przez jeden cały dzień kamienie na bambusie. Te kamienie były piekielnie ciężkie. Te lżejsze nosiło się na rękach albo w stożkach zakładanych na głowę. Te naprawdę ogromne trzeba było brać na bambus. Kiedy byłem już trochę zmęczony, pytałem czy może teraz weźmiemy jakiś lżejszy, wskazując na konkretny kamień z propozycją. Pan oczywiście przystawał na moją prośbę, tylko wówczas – ładowaliśmy dwa takie kamienie. To był piękny dzień! Bo dobrze przepracowany. Najzabawniejsze było to, że co chwilę były tam wykopane doły na fundamenty – za każdym razem trzeba było je zręcznie omijać, bo była wizja wpadnięcia do dołu i przymiażdżenia spadającym wielkim kamieniem. BHP? A co to jest?
Poniżej trzy sposoby na noszenie kamieni – manualnie, stożkowo albo bambusem.



Próbowaliśmy kiedyś policzyć ile kamieni mogliśmy przenieść. Wyszło nam 100 ton. Ale później przyjechała jeszcze jedna ciężarówka 🙂 . Widok kiedy wysypywała kolejną partię kamieni do noszenia, gdzie nawet nie znaliśmy ich przeznaczenia – ale trzeba było nosić – był bezcenny.

O tym czy w ogóle dam radę zastanawiałem się tylko pierwszego dnia. Później – całe szczęście nie miałem czasu na takie rozkminy. Gdybym o tym myślał, pewnie bym się załamał. A tak? Jakieś zaufanie do tego wszystkiego działało. Z resztą co ja mówię… Dziewczyny, których było 5 odwalały naprawdę kawał porządnej roboty, więc żadne poddawanie się patrząc na nie, w ogóle nie wchodziło w grę. Naprawdę były dzielne!

Czas na budowie był bezcenny. Codziennie pracowaliśmy razem z mieszkańcami Umniuh. Nie byliśmy oczywiście tak wydajni i pracowici – ale powtórzę jeszcze raz – staraliśmy się. To na czym mi zależało to to, żeby dać świadectwo a nie wznieść mury. Nie sęk w tym, żeby zrobić z siebie misjonarza, nie żeby być na koniec z siebie dumnym. Cały sens, w moim odczuciu tkwił w tym, żeby uświadomić tym naszym indyjskim przyjaciołom, że nawet jeśli są na drugim końcu świata – są naszymi przyjaciółmi, na dodatek braćmi w wierze. To nas tam zaprowadziło. To wezwanie, ta potrzeba żeby mieli przestrzeń do regularnej modlitwy – bo tego tak pragnęli! Na nas, Europejczykach ciąży ogromne piętno kolonizacji. Musimy uważać, bo historycznie nie uchodzimy za zbyt dobrych ludzi. Na początku bardzo zależało mi na tym, żebyśmy nie zostali odebrni jako osoby, które czegoś chcą, oczekują. Chyba wcześnie nam zaufali. Powtarzałem czasem przy rozmowie z nimi – nie chcemy niczego, po prostu dowiedzieliśmy się, że nasi bracia w wierze, katolicy – są na końcu świata w potrzebie; dlatego się tu znaleźliśmy.

Po budowie przychodził czas na obiad. Po obiedzie chwila odpoczynku i o 16 zbierały się dzieci. Była ekipa sportowa i ekipa rekreacyjna. Robiliśmy wszystko – tańczyliśmy, śpiewaliśmy, graliśmy w piłkę, we frisbee, organizowaliśmy zawody w skakaniu, rozmawialiśmy, BYLIŚMY ZE SOBĄ. Na początku trochę ogarniał nas stres – bo jak tu zająć się dziećmi przez tyle czasu codziennie? Z dnia na dzień animacja naszego wspólnego czasu stawała się coraz bardziej naturalna i spontaniczna aż nadszedł dzień deszczu. Kilkoro z nas skryło się pod dachem ze sporą gromadką dzieci. Tam nie dało się zrobić zbyt wielu rzeczy. Siedzieliśmy, śpiewaliśmy, patrzyliśmy na deszcz. Wtedy pierwszy raz usłyszałem – „będziemy za wami tęsknić”. Pamiętam ten wieczór. Siedziałem z Vivią, Happy i Phibansaki. Oni wszyscy chciały po prostu z nami pobyć, nie potrzebowały nawet zabawy.
Komplementy były przeróżne. Przykładowy – „lubię cię, bo mogę rozmawiać z tobą po angielsku” albo „jesteś naprawdę dobrym tancerzem”. Takie teksty naprawdę potrafiły cieszyć kiedy padały z ust 9-latków. Nie mam nic do polskich dzieci, ale te indyjskie, to naprawdę mają inną wrażliwość a nawet – dojrzałość! Wychowane w wielodzietnych rodzinach, często ubogie, są jakby w tym wszystkim szczęśliwsze. Stają za sobą murem, za wszystko dziękują, nie są napastliwe a wręcz mają sporo taktu. Z twarzy nie schodzi im uśmiech, a przy wyjeździe powtarzały- „ale obiecaj, że nie będziesz już płakał”. Tak, tak – cały czas piszę o dzieciach.
Idźmy dalej. Wieczory były różne. Czasem nastawał wczesny sen, czasem trwały długie rozmowy o przemyśleniach. Nierzadko też nas zapraszano na domowe kolacje u mieszkańców Umniuh.
Kościoła nie dokończyliśmy. Nasz wyjazd nastał w momencie ukończenia fundamentów i podmurówki. Co jakiś czas dostaje od mieszkańców Umniuh informację o postępach prac. Koniec budowy planowany jest na koniec stycznia 2020. Mieszkańcy zmieniają się przy pracy każdego dnia – zarówno mężczyźni, kobiety i dzieci. Są naprawdę jedną wielką rodziną. Patronem kościoła będzie św. Stanisław Kostka, nieprzypadkowo, bo sami przełożeni jezuiccy spytali się nas o sugestię.
Wyprawiono na koniec nam piękne pożegnanie. Napisano dla nas pieśń, urządzono wielką ucztę, którą spożyliśmy ze wszystkimi mieszkańcami wioski. Wszyscy mamy jednak przeświadczenie – nie mury tego kościoła się najbardziej się liczą, a serca, które on w sobie zgromadzi.
Spójrzcie – widok z okien będzie z pewnością zachwycający!

Umniuh, Umbir – to przede wszystkim ludzie. Na koniec chciałbym Wam przedstawić pokrótce sylwetki trójki z nich, dzięki którym poczułem, że żyję. Czasem ogarnia nas marazm, że przecież się staramy a inni mają to gdzieś, żyją jak chcą. Oni pokazali mi, że warto. Warto się zmieniać, warto być dobrym, warto się starać.
Bahduh – a raczej Danestar; Bahdud to określenie w każdej rodzinie na najmłodszego syna. Dopiero po zaproszeniu na facebooku zobaczyłem jak faktycznie ma na imię. Bahduh jest w moim wieku. Był przełożonym Polaków na budowie. Mieszka w Umniuh. Bahduh przede wszystkim się uśmiecha. Myślę, że to by wystarczyło na jego opis. Co to za fantastyczny człowiek! Ma świetny fach w ręku, tematy do rozmowy wyciągał jak z rękawa. Choć byliśmy dużo mniej wydajni niż nasi indyjscy przyjaciele, zawsze doceniał trud naszej pracy. Bahduh jest też katechistą. Przygotowuje swoich młodszych kolegów do wzrastania w wierze i do przyjęcia sakramentów. Chodzi na marsze, gdzie nawołuje do ochrony środowiska. W całej wiosce znany jako dobry chłopak. Nie da się nie lubić! Czego on nie robi… Raz, kiedy polską grupą spacerowaliśmy już po zmroku w Umbirze (przyp. a Bahduh mieszkał w Umniuh), nagle ktoś jadący na skuterze się przy nas zatrzymał. To był Bahduh. Był wszędzie o każdej porze dnia. Jechał wtedy do kościoła załatwić jakieś kwestie organizacyjne. Było już po 21, a rano czekała na niego budowa. To człowiek, który się nie zatrzymuje. I nie potrzebuje multisport’a ani żadnego coaching’u żeby zawstydzać nas wszystkich jak czerpie z życia!
Zupełnie nie muszę wskazywać gdzie jest Bahduh 🙂 . Obiecałem, że kolejny kościół jaki będę mógł w życiu budować to tylko taki, który będzie pod patrontem Bahduh’a jako świętego.

Phibansaki – moja ulubienica. Byliśmy best friends. Obiecałem jej z serca, że jak dorośnie to zrobi światową karierę. Słuchajcie – to w czym dało się być najlepszym – w śpiewaniu, tańczeniu, skakaniu, whatever – ona zawsze robiła wszystko najlepiej. Gdyby urodziła się w USA albo Europie, już robiłaby w wieku 10 lat światową karierę. A co najważniejsze – pozostawała przy tym zawsze skromna. Za wszystko dziękowała, pomagała w czym tylko mogła. Nauczyła mnie nawet jednej piosenki w kasi, którą na koniec zaśpiewaliśmy dla mieszkańców Umniuh. Nie wiemy jak to zrobimy ale obiecaliśmy sobie, że na pewno się jeszcze zobaczymy!
Phiban w żywiole.

Father Robret – niewysoki, skromny, zawsze uśmiechnięty z kącikami ust skierowanymi do dołu. Ksiądz Robert, jak już wspomniałem, ma pod opieką 18 wsi. Jest sam. Tytan pracy. Kładzie się spać między północą a 2 w nocy, wstaje o 5. Nie ma go kto zastąpić. Ostatni raz urlop miał 3 lata temu. Prowadzi szkołę dla dzieci (która dla wielu dzieci jest jedynym sposobem na edukację, bo szkoła parafialna jest najtańsza). Ojciec Robert codziennie po 2,5 tys. razy powtarzał – „you are strong!”. Też jeździł z nami na budowę, też pracował fizycznie. Tytan, wydawać by się mogło, że niezniszczalny. Skąd ta moc? Pozostaje mi się jedynie domyślać…albo wierzyć 🙂 .
Nasz Padre przy robocie.

Do rzeczywistości mojego życia wróciłem dosyć sprawnie. Dwa kierunki studiów, praca, trochę drobnych rzeczy, które robię pobocznie. I wraca pęd – brakuje czasu na przemyślenie, nawet na wspomnienie. W tym wszystkim jednak piękne jest to, że to co przeżyłem, te znajomości i przyjaźnie jakie nawiązałem, to poszerzenie horyzontów, to wyrzeczenie się strefy komfortu w tamtym miejscu – nigdy już nie zostanie mi zabrane. Faktycznie, w mojej gestii jest to, żeby o to dbać, pamiętać o tym. Ale to co się wydarzyło to już jest, wydarzyło się. To jest moje.
Po powrocie z Indii najbardziej brakuje mi tego podejścia do życia, które tam miałem. Taka skrajna nonszalancja wobec tego co doczesne i przyziemne. Nie przeszkadzał nam brud na ubraniach, ani to, że byliśmy cali umorusani w czerwonej glebie, której mydło nie dawało rady. Nie przeszkadzały nam zabrudzone ręce przy przewie na ciastko, nie bardziej ważne były jakieś przepocone po budowie ciuchy, przemoczone buty. Człowiekowi w dzisiejszym świecie coraz bardziej brakuje tej dzikości, wręcz wściekłości. Tam można było poczuć, że się żyje. Z kolei cała ta obojętność wobec tych nieważnych rzeczy, które na Zachodzie są przewartościowane – przekładała się na to, że człowiek troską objemował to co bezsprzecznie najważniejsze – drugiego człowieka.
Nie mogę w tym wszystkim zapomnieć o Bogu. Absolutnie zawsze mam tak, że mój Przyjaciel urządzi bieg zdarzeń w moim życiu w taki sposób, o którym bym nawet nie zamarzył. To nie jest tylko tak, że każdego dnia jest mi dane budzić się dzięki Niemu. On daje życie w obfitości. Życie staje się cudem.
Tak na marginesie – mieć swój pokój drzwi w drzwi z kaplicą…Bezcenne!

Czas pobytu w Indiach był dla mnie czasem błogosławieństwa, spokoju, wysiłku, przemyśleń, odpoczynku, dawania się, brania i inspirowania się światem, ludźmi, życiem. To co stamtąd wyniosłem pewnie nawet nie będzie zauważone w pełni przeze mnie samego. Wierzę, że mimochodem wiele rzeczy już się zmieniło. Ja jestem przekonany o jednym – warto wierzyć w świat. Pojechaliśmy tam dać im nadzieję, a to oni nam ją dali. Podczas rozstania niejednokrotnie usłyszałem – „obiecuję, nigdy was nie zapomnimy”. I ja im faktycznie wierzę. Wiem też, że ja nigdy ich nie zapomnę. Wystarczy im pole ryżu i to, że mają siebie. Wystarczy.
Podróże się nie liczą. Bowiem nie ma większego dobra, większej wartości dodanej jak zasmakować czyjegoś życia, uczestniczyć w tym razem z kimś, zupełnie wcześniej się nie znać i nagle stać się przyjacielem. W tak irracjonalnych okolicznościach.
Praise the Lord!
Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.