Spokojnie, świat na nas zaczeka

Dziwne te Święta.

Ciężko zdefiniować ten czas, ale powiem brutalnie – nadal jest mi potrzebny. Pobyć w domu, zatrzymać się, zacząć magisterkę. Jednak gdyby polegał on tylko na tym aby nadrobić zaległości, byłby dla nas zbyt banalny. Wszystko jest po coś. Prawdopodobnie to jedyny taki czas w naszym życiu gdy ciało może zatęsknić za przyrodą, dusza może się wreszcie wyjałowić, porzucić zbędne bodźce by zrobić miejsce dla Boga. To też czas weryfikacji – naszych relacji, ale też i zainteresowań, samodyscypliny. Każdy wyjdzie po nim inny.

133716.1

Człowiek myślał, że może wszystko. Przemieścić się pół świata dalej w rekordowo krótkim czasie. Pracować z dala od miejsca zamieszkania. Pozałatwiać sprawy, które nie są do ogarnięcia przez jedną osobę. Dążył do tego aby wszystko poukładać od A do Z. Nie mieć zapasu czasu, bo po co – nasze życiowe cele są ważniejsze od nas samych.

I nagle krach. Wszystko się rozjechało. Człowiek myślał, że już nic nie będzie w stanie zwolnić jego tempa, a tutaj wszystko go zatrzymało. Jesteśmy mali, ale nawet w tym wszystkim nie chcemy tego pojąć. Dopiero gdy problem dotknął NAS samych, zauważyliśmy zagrożenie. Pod koniec grudnia, kto bardziej zapalony – przeglądał zdjęcia jak Chiny nie radzą sobie z epidemią. Mało w tym wszystkim współczucia, raczej ciekawość. Dalej poszła Korea Południowa, Włochy, Niemcy, Hiszpania i my. W końcu wzbudziliśmy w sobie trwogę, bo problem zaczął zagrażać nam, tobie, mnie. Wielka lekcja o tym jak twardo myślimy tylko o sobie.

Będąc nastolatkiem myślałem, że globalizacja jest taka cool. Przecież nikt nie ma takich możliwości jakie ma nasze pokolenie. Twierdziłem tak do czasu pierwszej podróży. Zobaczyłem te zanikające kultury, kompleksy jednych narodów wobec drugich, pęd do bycia takim samym (czy raczej – byle jakim). To otworzyło mi już oczy. Teraz mamy skutki tego co sobie zgotowaliśmy. Nie jest to nauczka żeby pozamykać się w swoich strefach komfortu, ale przestroga o rozwagę! 

Nie chodzi tu tylko o międzykulturowe wymiany, mieszanie się języków i ras – bo to nie jest niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwem jest to, że człowiek pomyślał, że złapał świat, Boga, naturę – za nogi. Po myśli, nastało twierdzenie – „tak, ja mogę wszystko”. Prawda jest taka, że nie możesz nic, nawet poradzić sobie z zaostrzoną grypą, złośliwą  kuzynką choroby, którą znamy od lat. 

W tym wszystkim są jednak pozytywne aspekty. Ba! Poza tragedią wszystkich osób chorych i umierających, cała nasza odwrócona aura życia według mnie zaraża optymizmem. Jest czas na to, na co czasu nie było.

Kwarantanna jest męcząca? Spokojnie. Świat ani na moment nie przestał być piękny. On zaczeka. Kiedy wyjdziemy z domów zapach bzu zachwyci nas jak nigdy do tej pory. Błysk wiejskiej rzeki będzie mienił się jakbyśmy odzyskali wzrok. Ciepło chleba będzie po raz pierwszy tak kojące, kiedy bez obaw będziemy mogli pogadać z sąsiadem w kolejce do piekarni. Nie będzie miało dla nas znaczenia czy słyszymy piękne ćwierkanie skowronka czy gdaczenie kruka. Wszystko nas zachwyci. Bo świat się nie zmieni. My w tym czasie przygotujmy się na niego – i zmieńmy się. Bo my przemiany potrzebujemy.

Choć jestem młody, od lat przeraża mnie jak zanika w naszym społeczeństwie sąsiedzkość. Nie wiem ile znalazłoby się przypadków, gdzie tydzień po zamieszkaniu mielibyśmy odwagę pójść mieszkanie czy dom obok pożyczyć sól. A może to powróci? Ta tęsknota za spontaniczną rozmową na chodniku, za uściskiem dłoni może wzbudzić nas poruszenie, które sprawi, że będzie między nami lepiej niż wcześniej. Teraz mamy tę strefę komfotru (przepraszam, ale muszę to napisać) – do orzygu. Popatrzmy w końcu jak jest nieproduktywna, a przy tym ile nam zabiera! Zrezyngujmy w naszym życiu z niekończącego się komfortu.

Ostatnia już rzecz. Dziwnie ogląda się Mszę w telewizorze, ja wiem. Jednak ile w naszym życiu będziemy mieli okazji do tego aby Bóg przemieniał nasze życie w naszych czterech kątach? Tym bardziej, że jesteśmy zaproszeni do przeżycia największego w historii zbawienia wydarzenia w gronie wyłącznie najbliższej rodziny, w murach, które są dla nas codziennością. Zrozummy, że Bóg jest w swojej łasce nieograniczony. Komunia duchowa może zastąpić nam komunię pod postacią hostii. Żal doskonały może zastąpić nam spowiedź (do czasu gdy przystąpienie do sakramentu pokuty nie jest możliwe). To, że łatwiej nam coś przeżyć kiedy Mszę odprawia ksiądz, a na spowiedzi się wygadamy – to świadczy tylko o naszej zmysłowości. To faktycznie pomaga w przeżywaniu. Tym razem jednak Bóg zaprasza nas do czegoś bardziej ambitnego, wbrew pozorom nie płytszego. Porzućmy zmysły, zaangażujmy ducha, nasze wnętrze. Niech wszystko rozegra się między nami samymi a Bogiem; tym razem bez uzupełnieniania suplementami w postaci pięknych bożych grobów… 😉 

Po drugie – mamy niesamowitą okazję żeby profanum naszej codzienności przemienić w sacrum przemiany naszego serca, które zdolne jest poddać się bożej rewolucji w każdym miejscu i czasie. Nawet w nieposprzątanym salonie, przy przerywającym sygnale transmisji Mszy. Bóg zadziała.

„Zróbmy” sobie dobry czas z Bogiem, pamiętając o tym, że to On stał się ofiarą dla nas. My nią nie jesteśmy ze względu na to, że nagle mamy teraz jakieś ograniczenia. Nie porównujmy w tym czasie naszej czasowej niedyspozycji z doszczętnym wyniszczeniem się Boga na krzyżu. Teraz liczy się tylko On.

Dobrych Świąt!

James Caviezel i jego wypadki na planie "Pasji" Mela Gibsona

kwarantanna ducha

Wiem, że to prawdopodobnie najbanalniejszy tekst jaki można byłoby napisać w obecnej sytuacji. Ale kiedy czegoś nie napisać jak teraz? Kiedy coś przeczytać jak nie teraz?

90238076_2810733495679428_8961131542898278400_n.jpg

Od poniedziałku jestem w domu, na Podkarpaciu. W końcu można zwolnić, w końcu trzeba się zatrzymać. Choć nie do końca – 3 dni w tygodniu normalnie praca tylko, że teraz zdalnie. Więc mózg nie zaniknie, a plan dnia też trzeba trzymać w ryzach.

Zauważyłem, że nawet teraz można wpaść w pęd – żeby zdążyć przeczytać te wszystkie nieprzeczytane książki, żeby pooglądać te niepooglądane filmy. Nie róbmy sobie pędzącego metra w spokojnych czterech ścianach naszego życia 🙂 .

Stworzyła się mimo wszystko przestrzeń czasowa, przestrzeń większego wypoczynku. Od miesięcy chodzę z rzeczami, które ciągle przekładam. Są też takie, które powtarzam cyklicznie, ale chciałbym zdecydowanie częściej. Wśród nich są takie cztery:

– 1 –

Słuchowisko

Słuchanie – to jest jedna z bardziej przyjemnych rzeczy, a jakże rozwijająca!  Zaparzyć ciepłą herbatę, do tego np. zagrzać sobie termofor, zgasić światło w pokoju i położyć się na łóżku. Kiedy już będzie się gotowym – puścić sobie słuchowisko bądź podcast tematyczny. Co kto lubi – może to być mrożący krew w żyłach kryminał, może to być w jakiejś przystępnej formie wykład na tematy nas ciekawiące czy też słuchowisko jakiejś sztuki czy zwykły audiobook. Każda z tych rzeczy nauczy nas słuchać – później także i innych.

Ja jednak z całej mocy polecam Biblię Superprodukcję. No słuchajcie, to jest jedna z bardziej niedocenionych dziś rzeczy jaka powstała przed kilkoma miesiącami. Najwybitniejsi artyści i lektorzy nagrali Pismo Święte, które jest zrobione w bardzo przystępnej formie. Nie bójcie się, że to jakieś dewockie modły 🙂 . Wszystko okraszone dodatkami dźwiękowymi, tłem, które z łatwością pozwala się przenieść w tamte czasy. Słuchając czegoś takiego, naprawdę można się wczuć w stojący na Drodze Krzyżowej lud, czy zasmakować klimatu szopki betlejemskiej. Można wtedy też podejść bardziej mistycznie – nie angażować już w to żadnej herbatki ani innych dodatków, tylko modlić się. I tutaj, już całkiem bezpośrednio polecam Wam Psalm 119 – niesamowity, trudny, wymagający „przemielenia” przez nas treści. Ale jest wszystkim – prośbą, uwielbieniem Boga, zastanowieniem się nad tym wszystkim. Słuchaj i każde z tych wypowiedzianych słów – kieruj do Boga.

– 2-

Wspominki

Nie pozwól by koronawirus pozwolił Ci zakurzyć Twoje albumy także w trakcie kwarantanny 😀 ! Jestem baaardzo sentymentalny, nie wiem jak Wy. Kiedy przegląda się album, to przynajmniej dla mnie – jest to najlepsze zaświadczenie o tym, że ta chwila wymaga celebracji. Długa nieobecność w domu? Wolny dzień? Tęsknota? Weź album! Oczywiście to niejedyna forma powspominania. Są też zdjęcia na dysku, pamiętniki w szafie, no i wreszcie – można pogadać, powspominać. Zadzwonić do kogoś o kim na co dzień nie pamiętasz. Ta osoba ma czas i Ty też. Jak nie dziś to kiedy?

– 3 –

Uporządkować pulpit

Ileż to razy irytuje nas monitor, który bombarduje nas przy każdym włączeniu komputera przykrym widokiem, pokazującym jakimi jesteśmy bałaganiarzami. Czasem mam tego aż tak dość, że tworzę jeden folder i wszystkie rzeczy zalegające na pulpicie, a których żal mi przenieść do kosza (albo po prostu nie kasuję ich w obawie, że kiedyś mi się przydadzą) – przenoszę do utworzonej „teczki”. Teraz zróbmy wyzwanie swojemu charakterowi – nie róbmy bałaganu w innym folderze. Pieczołowicie zdjęcia przenieśmy do zdjęć, pliki word w odpowiednie miejsce, a pliki niepotrzebne – do kosza. Nie chodzi tylko o poczucie estetyki czy higieny naszego komputera – ale potraktujmy to jako kolejny trening charakteru. Potem można zrobić taki porządek na ekranie swojego telefonu – czy co więcej – posegregować tysiące zdjęć na smartfonie.

88273546_2778973778855400_2188917571166666752_n.jpg

– 4 –

‚Wielka Cisza’

Nie ukrywam, to najtrudniejszy challange. Jest oczywiście wiele filmów, które można byłoby nadrobić z oglądaniem, tak samo wiele seriali, których teraz obejrzenie nie stanowiłoby aż takiego wyrzutu sumienia z racji zmarnowanego czasu. Ale jest jeden film, który absolutnie nie daje się porównać z resztą. Ani to zwykły film, ani typowy dokument. To misterium. Adoracja. Modlitwa. Wielka Cisza – taką nosi nazwę. Prawie 3h filmu polega na zarejestrowanych obrazach z zakonu kartuzów w Chartreuse – w sercu tzw. Wielkiej Kartuzji, która określana jest najbardziej rygorystycznym klasztorem na świecie. Bez aktorów – tylko autentyczni zakonnicy, których codzienność ukradkiem nagrano. Tego filmu nie da się obejrzeć jak z bicza strzelił, nie ma też sensu robić czegoś innego w międzyczasie. Nie ma tam dialogów. Może krótkie fragmenty Pisma, może fragmentaryczne świadectwa. Wygospodaruj czas, rozsiądź się i… witaj w Wielkiej Kartuzji. Miejscu, gdzie od ponad 800 lat non stop ktoś żyje w ten sposób.  Obserwuj i dołącz do modlitwy kartuzów. Jest to serio wymagające, ale jak tym samym przejmujące! Poprzez ujęte fragmenty ich życia widzimy cały roczny cykl – wiosna, lato, jesień, zima. Miałem to ogromne szczęście, że odwiedziłem to miejsce. Oczywiście nie byłem wpuszczony do samego klasztoru, ale przynajmniej mogłem go okrążyć, obejrzeć muzeum, czy zobaczyć ze wzgórza jednego zakapturzonego mnicha, który szedł ze swojego eremu na modlitwę. Wiecie, że śpią na deskach przykrywając się tylko prześcieradłem? Ile drewna sobie narąbią w lato, tak będą mieli ciepło w zimie. Są samowystarczalni. Oprócz tego nie rozmawiają, żyją samotnie, spotykają się tylko na modlitwie. W adwencie budzą się o 3 nad ranem i gromadzą się w kaplicy, by śpiewać psalmy na przyjście Pana. Grzebiąc ich – nie stawia się nawet tabliczki z ich imieniem „bo już dawno umarli dla świata”. Są tak szaleni, że kiedy Papież (ileś tam setek lat temu) zniósł codzienny obowiązek postu dla zakonników (choć mogę się mylić co do samego przedmiotu dyspensy) – poszli pieszo z Francji do Rzymu prosić żeby cofnął decyzję.

Rzecz jasna nie uważam, że taki styl życia jest dla wszystkich – sam przecież tak nie żyje. Ale ten film pozwala pokazać, że na świecie zawsze jest ktoś kto wierzy, kto wie, że życie ma głębszy sens i wszystko dla niego poświęcił. Jest ktoś, kto bez reszty oddał się ubóstwie, ascezie, modlitwie – i wcale stamtąd nie chce uciekać. Samo to, że wzbudzimy sobie świadomość tego, że ktoś cały czas tak żyje powinno dać nam inspirację i trzeźwy osąd wobec naszego własnego życia.

A więc – Wielka Cisza – reż. Philip Gröning.

20427363_10155569054479938_1893796246_o.jpg20446511_10155569008184938_1037421592_o.jpg

Trzymajcie się zdrowo!

kulisy Postaw na Milion

Karol: Tak w ogóle to jak to się zaczęło?

Przemek: W sumie to chyba ja dałem pomysł żeby się wybrać. Raz już byłem na castingu do Postaw na milion ale wtedy się nie udało. Oczywiście, jak to ja – rzuciłem jakiś pomysł i czekałem aż samo sie zrobi. I wtedy pałeczkę przejąłeś Ty.

Karol: Trułem Ci głowę żebyśmy w końcu wysłali zgłoszenie na casting.

P: Teraz przynajmniej wiedziałem jak to miało wyglądać; trzeba dużo gadać!

K: Oczywiście gdyby casting odbywałby się poza Warszawą, to pewnie olalibyśmy sprawę, ale gdy wystarczyło przejechać kilka stacji metra… pomyśleliśmy: „spróbujmy, przynajmniej będzie śmiesznie”.

P: Gdybym wiedział, że mam jechać do innego polskiego miasta po to żeby zgarnąć 25 koła to pewnie bym się jednak wybrał.

K: Na miejscu, każda z wchodzących par spędzała w pokoju przesłuchań ok. 15 minut, a my zostaliśmy tam chyba z 40 (śmiech). To przesłuchanie kojarzy mi się z jedną wielką BEKĄ. Tak bardzo się rozkręciliśmy, że nie potrzebowaliśmy żadnych pytań. Karolina (prowadząca casting) tak zachodziła się ze śmiechu, że w mojej głowie pojawiła się jedna myśl: „albo nas pokochała albo uznała za prawdziwych debili”.

P: Po tej naszej gadaninie powiedziałem: „dobra, to chyba by było na tyle”. A ona odpowiedziała wielkim ironicznym „SERIO? Jesteście pewni, że już nic nie chcecie o sobie opowiedzieć?” sugerując, że chyba przesadziliśmy z tą autoprezentacją. Jak się na szczęście okazało – wyszło na plus. Oprócz opowiedzenia o sobie, casting też sprawdzał wiedzę uczestników (a także ich reakcje w czasie odpowiadania na pytania). To na ile pytań odpowiedzieliśmy dobrze?

K: Może nie będzie się tym chwalić.

P: Połowa poprawnych odpowiedzi okazała się na całe szczęście wystarczająca.

K: Pamiętasz co powiedziałeś do Karoliny przy wyjściu z pokoju?

P: Yyy, nieee

K: „Pewnie będziesz musiała po nas odpocząć!”. Na co Karolina do obecnych na korytarzu: „Dajcie mi trochę więcej czasu”. Widać było, że nie byliśmy statystyczną parą.
Dobra, pewnego lipcowego popołudnia zadzwonił telefon, słyszę głos Karoliny: „Karol, dostaliście się do programu!”. Euforia! Spośród ponad 400 par, znaleźlismy się w tych kilkunastu!
Od castingu minęło tak dużo czasu, że zaplanowałem już sobie wakacje, które w jednej chwili musiałem odwołać. 😀 Kilka dni przed programem przygotowywaliśmy się merytorycznie, jednak jak się później okazało w ogóle nie wykorzystaliśmy nabytej wiedzy… 🙂

P: I tak nadszedł upragniony dzień – 6 sierpnia – nagranie programu w Krakowie. Pamiętam, jechałem prosto z pracy. Po raz pierwszy całe wakacje spędziłem w Warszawie. W poniedziałek późnym wieczorem byłem w Krakowie a we wtorek z samego rana było już nagranie. Jeszcze mieliśmy małą posiadówkę z Kacprem, Twoim bratem, u Justyny i Gosi, które nas przygarnęły (dzięki dziewczyny!). Spać nam się nie chciało na pewno. Gosia tylko podpytywała cały czas co zrobimy z pieniędzmi jak wygramy pół miliona. Ja się pod nosem podśmiechiwałem, bo nie liczyłem na cokolwiek (znałem statystyki, że wygrawa tylko 10% par). Za to Gosia brała na stronę Justynę i mówiła „ej mi się wydaje, że oni naprawdę wygrają”. Pamiętam jak Ty oceniałeś nasze możliwości…

K: Dawałem nam 25% szans na wygraną.

P: A ja 5% 🙂 .

K: Gdy zasypialiśmy, szepnąłem do Ciebie: „pamiętaj, pomódl się do o. Wenantego!”

P: Już na drugi dzień zobaczyliśmy, że podziałało.


K: Szybkie śniadanie i na 8:00 już byliśmy w studiu.

P: W kolejności nagrań byliśmy czwartą z kolei parą. Więc szybki make-up, wizyta u stylisty i spotkanie z reżyserem. W ogóle jedna para myślała nawet, że nagranie będzie na żywo xD.

K: HAHAHAHAHAHAHAHA. Potwierdzam, myślałem że padnę.

P: Czekaliśmy w specjalnym zakulisowym pokoju gdzie mogliśmy w telewizorze oglądać co dzieje się na scenie. To było dosyć zabawne, że ktoś kto siedział przed chwilą obok nas, zaraz później był w telewizji i wracał z konkretnymi pieniędzmi (lub z niczym).

K: Okazało się, że na pytania par grających przed nami odpowiadaliśmy w dużej mierze bez problemu. Fajnie się dopełnialiśmy, mieliśmy nadzieję, że będzie tak gdy przyjdzie kolej na nas. Raz „oszukałem system” i po zobaczeniu odpowiedzi na pytanie, wyrecytowałem jej całą treść przed przedstawieniem jej przez Łukasza (prowadzącego). W dodatku od razu podałem poprawną odpowiedź, miny wszystkich w pokoju – bezcenne!

P: Pamiętam jak wszyscy wkoło dosyć się stresowali a ja się tylko śmiałem. Też się trochę zestresowałeś! W pokoju była też z nami Karolina, która przeprowadzała casting. Cały czas powtarzała, że nam kibicuje i jesteśmy jej faworytami. Zdziwiliśmy się też jak nagle ktoś z reżyserki do nas zagadał i i zaczął temat, który poruszaliśmy razem na castingu. Wtedy wiedzieliśmy już, że wiedzą o nas wszystko.

K: Oczywiście kibicowaliśmy poznanym parom, ale z drugiej strony chcieliśmy, żeby w końcu przyszła nasza kolej! Jak się później okazało, żadna z par nie oglądała naszego występu.

P: Ich strata. Byliśmy najmłodsi, więc nikt na poważnie nie brał tego, że możemy cokolwiek wygrać. A może wyszli po prostu po pierwszym pytaniu kiedy to straciliśmy 650 tysięcy?

K: W końcu nadeszła nasza kolej. Wyposażyli nas w mikrofony, jeszcze dodatkowy make-up i już pod sceną patrzyliśmy jak małżeństwo w średnim wieku kończyło swoją przygodę z programem. Tak w ogóle, ta scena wygląda dość ubogo. Jednak telewizja potrafi zdziałać cuda.

P: Strasznie te schody na scene się kiwały – pomysłałem: „ale fuszera!”. Wcześniej nie poznaliśmy Łukasza – dopiero w czasie nagrania zaczęliśmy z nim rozmawiać. Chociaż zaliczyliśmy mały fallstart – podczas wejścia odpadła Ci plakietka, z resztą nie tylko jeden raz co osobiście strasznie mnie irytowało.

K: Mnie też!

P: Ale mnie irytowało to, że Ty się nią cały czas przejmowałeś zamiast przejmować się milionem złotych, który leżał przed nami! (śmiech)

K: Liczy się styl 😀

P: Łukasz rozpoczął rozmowę z Tobą i ewidentnie chciał po prostu porozmawiać ze mną później, a to nie tak, że nie chciał ze mną rozmawiać w ogóle. Ale do mnie to wtedy nie docierało i cały czas się wtrącałem do Waszej rozmowy… No ale potem zaczęły się pytania.

K: Wtedy wszystkie nasze ustalenia poszly w piach (śmiech), ale przynajmniej zaczął się rock and roll!

P: Ja byłem przekonany, że pytanie z kategorii „pierwsze słowa”, którą to wybraliśmy będzie typu „jakie pierwsze słowo wypowiada w swoim życiu dziecko” xD. Wtedy nie myśli się racjonalnie.

K: Po zobaczeniu pytania pomyślałem: „nieeeee, to jakiś żart! Dajcie spokój, zacznijmy jeszcze raz!”. Pamiętasz co mówiliśmy w pokoju przed nagraniem? :D.

P: „Pierwsze pytanie musi być proste, stawiamy milion na jedną zapadnie i lecimy dalej!”. Chociaż moim marzeniem było dojście do jakiegoś 3 pytania, to jednak zagranie va banque przy pierwszym pytaniu wydawało się rzeczą oczywistą.

K: A tu niespodzianka. Jedna z ważniejszych wskazówek reżysera przed wejściem na scenę: „Nie bierzcie koła ratunkowego (dodatkowe 30 sekund na odpowiedź) jeśli wiecie, że i tak nic nie wiecie. Przynajmniej na początku”. Co zrobił Przemek z Karolem?

P: Od razu wykorzystali koło ratunkowe, mając zupełną pustkę w głowie! (śmiech)

K: No i straciliśmy wtedy 650 tysięcy.

P: Ja już się wtedy załamałem, zastanawiałem się tylko czego ta zabawa musiała tak krótko trwać. Prowadzący pocieszał nas tylko, że przecież mamy jeszcze 350 tysięcy, gra nadal się toczy, i tu cytat „po tym co wykonaliście tutaj to i tak powinniście być zadowoleni”. No tak, nie znając totalnie odpowiedzi na pytanie, odpowiedzieliśmy mimo wszystko dobrze.

K: Ja wiedzialem jedno. Musieliśmy postawić wszystko na jedną kartę i jechać po bandzie do samego końca (niezależnie kiedy nastąpi).

P: Syntetycznie rzecz biorąc, na pytaniu drugim zagraliśmy va banque i przeszliśmy dalej, na trzecim straciliśmy 250 tysięcy, a na czwartym 50 tysięcy. Więc na półmetku gry zostało nam z miliona tylko 50 tysięcy (to są dwie paczki, które można było wykorzystać do gry). Na pytaniu 6 (z ośmiu) straciliśmy kolejną paczkę, więc w grze zostało 25 tysięcy.

K: Jakimś cudem dobrnęliśmy do pytania o wejście do finału. Mając w głowie lekcje fizyki i biologii z gimnazjum udało nam się dobrze odpowiedzieć! W nagraniu jedno montażowe cięcie i cyk ostanie pytanie, a naprawdę…. mieliśmy kilkunastominutową przerwę. Porozmawialiśmy wtedy z Łukaszem, poruszyliśmy wspomniany wcześniej temat Kalwarii Pacławskiej…

P: Tak, Łukasz dopytał kiedy to było i zaczęła się gadka. Wtedy (w momencie nieokreśolnej ilości emocji) nagle zaczął nam się „zwierzać”, że to był jeden z piękniejszych dni jego życia. Na tym spotkaniu był też ks. Kaczkowski. Łukasz opowiedział nam swoją wzruszającą historię związaną z ks. Janem, która jednak niech pozostanie tajemnicą 🙂 .

K: Przyznam, że przez te kilka chwil zapomniałem, że jestem w programie, a za chwilę mamy odpowiedzeć na ostatnie pytanie, które bardzo często jest loterią. Tak samo było i tym razem…

P: A ja cały czas, poza nagraniem narzekałem do Łukasza, że musimy kończyć, bo jestem strasznie głodny. Wielkie pieniądze były wtedy dla mnie niczym, w porównaniu z jakimś schabowym.

K: Oj tak, żołądek przylegał mi już prawie do kręgosłupa. Chciałem to skończyć i się w końcu najeść. A później rzeczywiście dostaliśmy pysznego schabowego. 😀

P: No i nadeszło 8 pytanie. Mnie było już obojętne czy wyjdziemy z kasą czy nie. Byłem szczęśliwy, że doszliśmy tak daleko. Do wyboru mieliśmy kategorię „Księżyc” albo „kto ciekawsze”. No i wtedy się oburzyliśmy (a tego nie ma na nagraniu), że ta druga kategoria nieskładnie brzmi. Łukasz połączył się na słuchawce aż z reżyserem żeby dopytać. W końcu i tak wybraliśmy „księżyc” bo wiedzieliśmy, że Karol uczył się przed programem, która planeta ile ma księżyców. Myśleliśmy, że oszukaliśmy przeznaczenie, ale to wcale o to nie chodziło…

K: Gdy zobaczyłem pytanie: „którą nogę jako pierwszą postawił Neil Armstrong na Księżyciu?” nasza historia z programem zatoczyła koło, bo w mojej głowie pojawiły się takie same myśli jak przy pierwszym: „nieeeee, to jakiś żart!”.

P: Ja wtedy miałem ochotę tylko zadzwonić do mojej siostry, że powiedzieć jej „ej nie uwierzysz jak durne mieliśmy ostatnie pytanie!”. Cały czas mi powtarzała, że te pytania są tam często bardzo abstrakcyjne, a to ostatnie, to już w ogóle potrafi być niemożliwe.  Jeszcze zanim zobaczyłem same warianty odpowiedzi, bez pytania – pomyślałem, że będzie pytanie, w którą stronę kręci się Księżyc – a pamiętam to do dziś, jak w podstawówce na lekcji przyrody pani wzięła kilka osób – ktoś był Ziemią, ktoś Słońcem a ktoś Księżycem żeby zakręcić nas wokół siebie i pokazać jak to działa. (to słychać na nagraniu). Ale nie chodziło też o to.

K: Nie wiem dlaczego, ale od razu uparłem się na lewą. Lewa i koniec! Co ciekawe, jeszcze przed programem bałem się jakiegoś impulsu Przemka (on tak ma), który w ostatniej chwili przeniesie pieniądze na inną zapadnie. W siedmiu poprzednich pytaniach na szczęście coś takiego się nie wydarzyło, więc gdy paczka leżała na „lewej” bałem się, że Przemek 5 sekund przed końcem podbiegnie i zmieni na „prawą”.

P: A to było pierwsze pytanie (i zarazem ostatnie) przy, którym zanim zacząłem coś mówić – pomyślałem 😀 . Na nagraniu dobrze widać te trzy sekundy ciszy podczas których każdy z nas robił u siebie w głowie burzę mózgów. Dla mnie oczywistą sprawą było, że prawa. Wtedy wziąłem sobie za cel – przekonać Karola w minutę do „oczywistej” odpowiedzi.

K: 30 sekund do końca, 20, 15…., a ja w myślach: „dobra, rzucę się przed ten pulpit, rozerwę koszulę i zrobię drugiego Rejtana”. 10 sekund, 5… („stój Przemek!”). Koniec.

P: A ja uległem, bo serio nie zależało mi już wtedy na kasie. I CO? LEWA TO POPRAWNA ODPOWIEDŹ. Wygraliśmy 25 koła.

K: Yeeeaaaah! Od tego momentu codziennie wstaję z łóżka lewą nogą. 😀
Dobra, to teraz jeszcze kilka smaczków od kuchni. Drodzy widzowie, jesteście trochę oszukani… Wychodzimy z pieniędzmi, a w głośnikach: „panowie, wróćcie na plan, jedno pytanie nam się źle nagrało!”. Wybuchnęliśmy śmiechem!

P: Tak, a dalej było „zachowujcie się tak jak wtedy, i musicie odpowiedzieć w ten sam sposób”. Chodziło o pytanie z „pastą”, które w ciągu całego programu i tak okazało się dla nas najprostsze. Niestety TVP nie zapłaciło nam dodatkowych pieniędzy za dogranie kilku sekund dubla.

K: Po raz drugi schodzimy z planu, a jedna z reżyserek do nas: „chłopaki, naruszyliście wszystkie wskazówki, o których wam mówiliśmy, ale było super!”.

P: Bardzo miłe było też to jak żegnaliśmy się z Łukaszem a on do nas powiedział – „Jesteście przesympatyczni, naprawdę!”. Ja odpowiedziałem „Ty też Łukasz!”. A on na to „Ale Wy o 30 lat bardziej”.

K: Jeszcze powiedzieliśmy mu, że widzimy się na Kalwarii!

P: Ja niestety nie oglądałem tego w telewizji. Akurat przebywałem w Indiach. Miałem co prawda zawaloną skrzynkę ale tylko słyszałem komentarze jak wyszło, jaki jest odzew. Sam objerzałem to dopiero jakieś 2 tygodnie po emisji. Pamiętam – jechaliśmy przegrzanym autobusem gdzieś w Indiach, a ja na przerywającym internecie próbowałem to pooglądać. A ze mną moi przyjeciele. Leżeliśmy na sobie i śmialiśmy się z nagrania.

K: A u mnie w domu była zorganizowana strefa kibica, emocji było co nie miara. Co ciekawe, kilka dni po emisji rozmawiam ze znajomą siostrą zakonną w Radymnie (moja rodzinna miejscowość), a ona wypala: „Karol! Zrobiłyśmy z siostrami strefę kibica! Godzina 18 wybiła, rzuciłyśmy wszystko i usiadłyśmy wszystkie przed telewizorem!”. Uwielbiam je. 😀

P: A tak w ogóle, nadal jestem w szoku, że odpowiedzieliśmy na to ostatnie pytanie. Mówiłeś, że widzisz to zdjęcie przed sobą. Też je widziałem, ale ta stopa normalnie przez minutę mieniła mi się w oczach – raz prawa, raz lewa. W końcu okazało się, że nie da się tego zidentyfikować po zdjęciu, więc ten mieniący mi się wówczas obraz w mojej głowie był jakąś totalną imaginacją.

K: Szczerze? Gdybym zobaczył to zdjęcie przed zadaniem pytania, ani trochę to by mi nie pomogło. Ale wtedy byłem pewny, że lewa i koniec.

P: Tak właśnie czułem. Po programie zapytałem się Karola „ale Ty serio pamiętałeś to zdjęcie? Skąd takie skrajne przekonanie, że ani przez moment nie dałeś się przekonać?”. A Ty odpowiedziałeś mi…

K: „Nie wiem skąd to wiedziałem. Chyba Duch Święty”.

K U R T Y N A

Link do nagrania:

https://vod.tvp.pl/video/postaw-na-milion,21092019,44467502?fbclid=IwAR2rmcq3wibLz5vPnk–VV6jZeaxRwth2DUGSFHIIkijW8y8eN_ps0LRi3w

A to ta (nie)szczęsna stopa:

5d31bf3e0319a_p.jpg

 

70982159_2974549842616139_3646264665496879104_o.jpg

70714537_2974549782616145_517083301882626048_o.jpg

70415476_2974548249282965_7963041762476294144_o.jpg

Indie 2019 – moja miłość do życia

P1660196

Było zimowe popołudnie. W skrajnie złym humorze nie wiedziałem czy przygotowywać się na wylot do Panamy czy nie mieć już nadziei (była kryzysowa sytuacja z moim paszportem co postawiło wyjazd do Panamy, na który czekałem od pół roku pod znakiem zapytania). Był 10 stycznia, dwa dni przed panamską podróżą. Dostałem telefon od znajomej, z którą nie utrzymywałem od dłuższego czasu kontaktu. 

„Przemek, chcesz lecieć do Indii budować kościół?” – usłyszałem.

„TAAAK, Monia, oczywiście, chcę!”.

Jak to Przemek, wszedł w kolejną rzecz bez wcześniejszego zastanowienia. Zawsze powtarzam – czasami mnie to męczy, ale to za to kocham moje życie! Wiedziałem, że nie ma przypadków. Pomyślałem, że jeśli nie ma mnie być w Panamie, to mam być w Indiach – dotyczyło to wielu spraw – stworzyła mi się przestrzeń czasowa, finansowa aby Amerykę Środkową zamienić na Azję. Jak dobrze wiecie, oczywiście i tak w terminie poleciałem do Panamy gdzie spędziłem trzy tygodnie. Wracającz z tej podróży do Polski, wiedziałem już, że czekać mnie będzie kolejna przygoda – Indie… nie, to nie była przygoda. Ale o tym później. 

Dziewięcioro młodych ludzi, w zasadzie ze wszystkich stron Polski włączyło się w wolontariat „Indie 2019”. W tym ja. Co roku grupa osób leci z ramienia jezuitów do Indii aby wybudować kościół.  Co roku budowany jest nowy, w innej miejscowości. Rok 2019 padł na budowę kościoła w wiosce Umniuh. Niewielka wioska, zamieszkiwana w przeważającej mierze przez chrześcijan, położona w stanie graniczącym z Bangladeszem. Teren podgórski, trochę chłodniejszy (czyt. 30 stopni Celsjusza). Co istotne – całe północno-wschodnie Indie są bardzo chrześcijańskie. O ile w całych Indiach jest tylko 2% chrześcijan, tak w tamtym regionie stanowią aż 80% społeczeństwa!

Nasza misja zaczęła się jednak pół roku przed wyjazdem do Umniuh. Odwiedziliśmy ponad 15 parafii w całej Polsce prosząc ludzi o pomoc. Kiedy był sygnał, że młodzi jadą do Indii budować kościół, ludzie nie szczędzili wsparcia – finansowego jak i mentalnego. 

Przy każdym wpisie podkreślam, że nie da się wszystkiego opisać. Ale tutaj problem z tym to już jest w ogóle odlotowy. Nie mogę pisać o wspaniałym powitaniu nas przez prowincjała w Guwahati, o naszych obawach na lotnisku, nie jestem w stanie opisać przecież tych wszystkich żebrzących ludzi na ulicach, oddać klimatu świętych krów na autostradach, przybliżyć choć trochę feerię kolorów, która zastawała nas na targach. Ominę też opis Taj Mahal, wszystkich rzeczy i miejsc, które mogliśmy we własnym zakresie i na swoją rękę zobaczyć po czasie wolontariatu (New Delhi, Jaipur, Agra, Haridwar). Nie, nie da się. Zapraszam Was do Umniuh i Umbiru. Dwóch małych wiosek w stanie Meghalaya. 


Do Umniuh gdzie mieliśmy budować kościół lecieliśmy jak do społeczności, której mieliśmy mniej lub bardziej celne wyobrażenie w zestawieniu do rzeczywistości. Do naszej wioski przybyliśmy w niedzielę rano. Zostały jakieś trzy kwadranse do głównej Mszy, na którą zjeżdżała się okoliczna ludność (nasz Father Robert miał sam pod opieką  duszpasterską 18 miejscowości!). W tej sytuacji angażuje się wiernych świeckich, którzy odpowiadają sami za organizowanie modlitw, kiedy przyjęcie sakramentu z rąk kapłana nie jest możliwe. Świeccy po owocach widać, że robią to naprawdę solidnie. Przygotowano dla nas miejsca, od razu „wyposażono” w śpiewniki. Zaczęła się Msza, która trwała ponad 2h. Ksiądz powiedział nam, że jak Msza trwa u nich krócej niż godzinę „ludzie się z tego powodu smucą”. Pod koniec Mszy wezwano nas na środek i od razu przyodziano w tradycyjne stroje kasi. Dziewczyny dostały sari, a my eleganckie lniane szale i czerwone korale.

P1640920

Po prawej stronie zdjęcia widzicie nowicjuszki. Dziewczyny w Indiach wstępują do nowicjatu zakonnego nawet w wieku 14-15 lat!

Skoro widzimy na zdjęciu kościół, po co pojechaliśmy go budować? Zdjęcie jest z Umbiru – wioski trochę większej, z czterema szkołami, kościołem katolickim i zborem protestanckim. W tym pierwszym stacjonowaliśmy przez czas naszego wolontariatu, kościół zaś budowaliśmy w Umniuh, wiosce dużo mniejszej, która należała do parafii Umbir. Czworo z nas mieszkało na plebani z księdzem Robertem, dziewczyny z kolei mieszkały kilkadziesiąt metrów dalej, u sołtysa Umbiru. Można powiedzieć, że rozstawaliśmy się w zasadzie tylko na noclegi, sporą większość czasu spędzaliśmy razem. Także dzieci, z którymi spędzaliśmy czas były właśnie z Umbiru. A jak wyglądał nasz dzień?

O 5.30 ministrant dzwonił dzwonem i wzywał na Mszę. Jeszcze zanim do kościoła dotarł ksiądz, wierni już zaczynali modlitwy. Punkt 6.00 zaczynała się Msza. Choć wszędzie mgła i można powiedzieć, że było wręcz chłodno – do kościoła wchodzimy na boso, jak cała reszta. Ksiądz też odprawiał Mszę „na bosaka”. Nie rozumiałem przez miesiąc nic poza „khublei ko Maria” i „dżunom la dżunom”. To pierwsze znaczy…wszystko. Khublei w kasi to takie namaste jak w pozostałej części Indii. Chcesz się przywitać, podziękować, przeprosić, powiedzieć coś miłego, zaradzić niezręcznej ciszy – mówisz khublei. Z kolei „to drugie” znaczy „Na wieki wieków. Amen”. Przyznam szczerze, będąc niewyspanym, zbudzonym o 2 w nocy polskiego czasu, szedłem na Mszę i nie zawsze wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Oczywiście nie było żadnego obowiązku uczestnictwa w tej Mszy, ale przez cały wyjazd mocno trwały we mnie dwa pragnienia – być jak najwięcej z ludźmi i mieć świadomość tego (jak i uświadamiać o tym samego Boga), że jestem tam dla Niego. Wychodziło różnie ale starałem się. Msza więc stawała się wewnętrznym poczuciem obowiązku. 

P1660436

Między Mszą a śniadaniem zostawało niewiele ponad 45 minut czasu wolnego. Czasami sen był jedyną opcją ale zwykle można było żwawo, już jak nowonarodzony – wejść w nowy dzień np. czytając książkę, robiąc pranie, rozmawiając z dziećmi, które były w drodze do szkoły. Edukacja to też odrębny temat. Za wszystko trzeba tam płacić – także za wysłanie dziecka do szkoły. Problem robi się wtedy, gdy rodzina ma naprawdę sporo tych dzieci. Nasz przyjaciel, Bahduh zapytał przy rozmowie ile kosztuje u nas szkoła – powiedzieliśmy, że nic, jest finansowana przez rząd. Zaskoczył się i zapytał – w takim razie uniwersytety są drogie? Odpowiedzieliśmy, że szkolnictwo wyższe też jest darmowe. Widziałem wtedy na twarzy zaskoczenie ale też trochę takie poczucie, że świat jest niesprawiedliwy. Ja osobiście jestem przekonany, że w takich Indiach jest więcej utalentowanych ludzi, niż w Polsce – czy tym bardziej więcej niż w USA albo UK, których to talentów się nie odkrywa, pozostają przez świat niezauważone. 

73390825_412510022752462_4173342768594157568_n

Potem śniadanie. I to był hit. Z samego rana zjeść pyszny makaron z zupki chińskiej razem z ryżem – rarytas. Hindusi słodzą napoje na potęgę, rzecz jasna przyprawiają posiłki tak pikantnie jak to tylko możliwe i jedzą dosyć tłusto. Kuchnią zarządzała Dona, która była wspaniała – bo wszystko starała się optymalizować w smaku do standardów europejskich. Choć niejednokrotnie kiedy pytaliśmy czy coś jest ostre i ktoś oczywiście zaprzeczał (bo dla nich to akurat stanowiło smak iście łagodny) – dla nas było i tak zdecydowanie za ostre. Ale naprawdę czapki z głów dla tego jedzenia! Jeść obiad na śniadanie, na obiad, i na kolację… Naprawdę byliśmy miło ugoszczeni 🙂 .

8.30 – wyjazd na budowę. Nasze budowanie to prawdziwy stan umysłu. Wszyscy z grupy polskiej jesteśmy na ukończeniu studiów (przeróżnych – prawo, psychologia, teologia). A tu nagle bęc – na budowę! Dla wszystkich nas było to czymś nowym. Myślę, że nawet dla polskiego budowlańca taka budowa byłaby nowatorską aktywnością. A bo wszystko co zrobiliśmy na placu budowy – wykonaliśmy siłą naszych mięśni. Niestety nie było żadnego dostępu do takich ułatwień cywilizacyjnych jak betoniarka, koparka, piła motorowa. Zaprawę mieszało się na ulicy, szybko przekładając surowce łopatą, żeby w efekcie mógł powstać cement. Słyszeliśmy – „36 misek żwiru, cztery worki cementu, 20 misek wody itd.”. I tak powstawał kościół.

P1650967 (1).JPG

W pierwszy dzień ciąłem pnie drzew piłą razem z kolegą. Oczywiście taką ręczną piłą, a na dodatek tępą, więc trzeba było co chwilę oblewać ją benzyną żeby był jakiś poślizg. Zanim doszliśmy do synchronizacji, jakiejś władzy nad tą piłką to zdążyliśmy się już sporo zmęczyć. Może to była pierwsza godzina pracy? Czarno widziałem nadchodzący miesiąc. Bez przygotowania fizycznego, bez doświadczenia na budowie. Ale daliśmy chyba radę! 🙂 Co więcej będę pisał? Nasz trud był bardzo wymierny – każdy kamień dałoby się zważyć (o ile są tak wytrzymałe wagi 😛 ). Nigdy nie zapomnę pana w fioletowej czapce. Na pewno po 50-tce , w skwarze chodził w zimowej czapce. Nosiłem z nim przez jeden cały dzień kamienie na bambusie. Te kamienie były  piekielnie ciężkie. Te lżejsze nosiło się na rękach albo w stożkach zakładanych na głowę. Te naprawdę ogromne trzeba było brać na bambus. Kiedy byłem już trochę zmęczony, pytałem czy może teraz weźmiemy jakiś lżejszy, wskazując na konkretny kamień z propozycją. Pan oczywiście przystawał na moją prośbę, tylko wówczas – ładowaliśmy dwa takie kamienie. To był piękny dzień! Bo dobrze przepracowany. Najzabawniejsze było to, że co chwilę były tam wykopane doły na fundamenty – za każdym razem trzeba było je zręcznie omijać, bo była wizja wpadnięcia do dołu i przymiażdżenia spadającym wielkim kamieniem. BHP? A co to jest?

Poniżej trzy sposoby na noszenie kamieni –  manualnie, stożkowo albo bambusem. 

P1670125 (3)

P1650906

P1650529.JPG

Próbowaliśmy kiedyś policzyć ile kamieni mogliśmy przenieść. Wyszło nam 100 ton. Ale później przyjechała jeszcze jedna ciężarówka 🙂 . Widok kiedy wysypywała kolejną partię kamieni do noszenia, gdzie nawet nie znaliśmy ich przeznaczenia – ale trzeba było nosić – był bezcenny.

P1650919.JPG

O tym czy w ogóle dam radę zastanawiałem się tylko pierwszego dnia. Później – całe szczęście nie miałem czasu na takie rozkminy. Gdybym o tym myślał, pewnie bym się załamał. A tak? Jakieś zaufanie do tego wszystkiego działało. Z resztą co ja mówię… Dziewczyny, których było 5 odwalały naprawdę kawał porządnej roboty, więc żadne poddawanie się patrząc na nie, w ogóle nie wchodziło w grę. Naprawdę były dzielne!

70925021_3257829554258500_1869697910757654528_n

Czas na budowie był bezcenny. Codziennie pracowaliśmy razem z mieszkańcami Umniuh. Nie byliśmy oczywiście tak wydajni i pracowici – ale powtórzę jeszcze raz – staraliśmy się. To na czym mi zależało to to, żeby dać świadectwo a nie wznieść mury. Nie sęk w tym, żeby zrobić z siebie misjonarza, nie żeby być na koniec z siebie dumnym. Cały sens, w moim odczuciu tkwił w tym, żeby uświadomić tym naszym indyjskim przyjaciołom, że nawet jeśli są na drugim końcu świata – są naszymi przyjaciółmi, na dodatek braćmi w wierze. To nas tam zaprowadziło. To wezwanie, ta potrzeba żeby mieli przestrzeń do regularnej modlitwy – bo tego tak pragnęli! Na nas, Europejczykach ciąży ogromne piętno kolonizacji. Musimy uważać, bo historycznie nie uchodzimy za zbyt dobrych ludzi. Na początku bardzo zależało mi na tym, żebyśmy nie zostali odebrni jako osoby, które czegoś chcą, oczekują. Chyba wcześnie nam zaufali. Powtarzałem czasem przy rozmowie z nimi – nie chcemy niczego, po prostu dowiedzieliśmy się, że nasi bracia w wierze, katolicy – są na końcu świata w potrzebie; dlatego się tu znaleźliśmy. 

P1650968.JPG

Po budowie przychodził czas na obiad. Po obiedzie chwila odpoczynku i o 16 zbierały się dzieci. Była ekipa sportowa i ekipa rekreacyjna. Robiliśmy wszystko – tańczyliśmy, śpiewaliśmy, graliśmy w piłkę, we frisbee, organizowaliśmy zawody w skakaniu, rozmawialiśmy, BYLIŚMY ZE SOBĄ. Na początku trochę ogarniał nas stres – bo jak tu zająć się dziećmi przez tyle czasu codziennie? Z dnia na dzień animacja naszego wspólnego czasu stawała się coraz bardziej naturalna i spontaniczna aż nadszedł dzień deszczu. Kilkoro z nas skryło się pod dachem ze sporą gromadką dzieci. Tam nie dało się zrobić zbyt wielu rzeczy. Siedzieliśmy, śpiewaliśmy, patrzyliśmy na deszcz. Wtedy pierwszy raz usłyszałem – „będziemy za wami tęsknić”. Pamiętam ten wieczór. Siedziałem z Vivią, Happy i Phibansaki. Oni wszyscy chciały po prostu z nami pobyć, nie potrzebowały nawet zabawy.

Komplementy były przeróżne. Przykładowy – „lubię cię, bo mogę rozmawiać z tobą po angielsku” albo „jesteś naprawdę dobrym tancerzem”. Takie teksty naprawdę potrafiły cieszyć kiedy padały z ust 9-latków. Nie mam nic do polskich dzieci, ale te indyjskie, to naprawdę mają inną wrażliwość a nawet – dojrzałość! Wychowane w wielodzietnych rodzinach,  często ubogie, są jakby w tym wszystkim szczęśliwsze. Stają za sobą murem, za wszystko dziękują, nie są napastliwe a wręcz mają sporo taktu. Z twarzy nie schodzi  im uśmiech, a przy wyjeździe powtarzały- „ale obiecaj, że nie będziesz już płakał”. Tak, tak – cały czas piszę o dzieciach. 

Idźmy dalej. Wieczory były różne. Czasem nastawał wczesny sen, czasem trwały długie rozmowy o przemyśleniach. Nierzadko też nas zapraszano na domowe kolacje u mieszkańców Umniuh.


Kościoła nie dokończyliśmy. Nasz wyjazd nastał w momencie ukończenia fundamentów i podmurówki. Co jakiś czas dostaje od mieszkańców Umniuh informację o postępach prac. Koniec budowy planowany jest na koniec stycznia 2020. Mieszkańcy zmieniają się przy pracy każdego dnia – zarówno mężczyźni, kobiety i dzieci. Są naprawdę jedną wielką rodziną. Patronem kościoła będzie św. Stanisław Kostka, nieprzypadkowo, bo sami przełożeni jezuiccy spytali się nas o sugestię.

Wyprawiono na koniec nam piękne pożegnanie. Napisano dla nas pieśń, urządzono wielką ucztę, którą spożyliśmy ze wszystkimi mieszkańcami wioski. Wszyscy mamy jednak przeświadczenie – nie mury tego kościoła się najbardziej się liczą, a serca, które on w sobie zgromadzi.

Spójrzcie – widok z okien będzie z pewnością zachwycający!

69467069_3189581021083354_5718430220805996544_o.jpg

Umniuh, Umbir – to przede wszystkim ludzie. Na koniec chciałbym Wam przedstawić pokrótce sylwetki trójki z nich, dzięki którym poczułem, że żyję. Czasem ogarnia nas marazm, że przecież się staramy a inni mają to gdzieś, żyją jak chcą. Oni pokazali mi, że warto. Warto się zmieniać, warto być dobrym, warto się starać. 

Bahduh – a raczej Danestar; Bahdud to określenie w każdej rodzinie na najmłodszego syna. Dopiero po zaproszeniu na facebooku zobaczyłem jak faktycznie ma na imię. Bahduh jest w moim wieku. Był przełożonym Polaków na budowie. Mieszka w Umniuh. Bahduh przede wszystkim się uśmiecha. Myślę, że to by wystarczyło na jego opis. Co to za fantastyczny człowiek! Ma świetny fach w ręku, tematy do rozmowy wyciągał jak z rękawa. Choć byliśmy dużo mniej wydajni niż nasi indyjscy przyjaciele, zawsze doceniał trud naszej pracy. Bahduh jest też katechistą. Przygotowuje swoich młodszych kolegów do wzrastania w wierze i do przyjęcia sakramentów. Chodzi na marsze, gdzie nawołuje do ochrony środowiska. W całej wiosce znany jako dobry chłopak. Nie da się nie lubić! Czego on nie robi… Raz, kiedy polską grupą spacerowaliśmy już po zmroku w Umbirze (przyp. a Bahduh mieszkał w Umniuh), nagle ktoś jadący na skuterze się przy nas zatrzymał. To był Bahduh. Był wszędzie o każdej porze dnia. Jechał wtedy do kościoła załatwić jakieś kwestie organizacyjne. Było już po 21, a rano czekała na niego budowa. To człowiek, który się nie zatrzymuje. I nie potrzebuje multisport’a ani żadnego coaching’u żeby zawstydzać nas wszystkich jak czerpie z życia!

Zupełnie nie muszę wskazywać gdzie jest Bahduh 🙂 . Obiecałem, że kolejny kościół jaki będę mógł w życiu budować to tylko taki, który będzie pod patrontem Bahduh’a jako świętego.

P1670482.JPG

Phibansaki – moja ulubienica. Byliśmy best friends. Obiecałem jej z serca, że jak dorośnie to zrobi światową karierę. Słuchajcie – to w czym dało się być najlepszym – w śpiewaniu, tańczeniu, skakaniu, whatever – ona zawsze robiła wszystko najlepiej. Gdyby urodziła się w USA albo Europie, już robiłaby w wieku 10 lat światową karierę. A co najważniejsze – pozostawała przy tym zawsze skromna. Za wszystko dziękowała, pomagała w czym tylko mogła. Nauczyła mnie nawet jednej piosenki w kasi, którą na koniec zaśpiewaliśmy dla mieszkańców Umniuh. Nie wiemy jak to zrobimy ale obiecaliśmy sobie, że na pewno się jeszcze zobaczymy!

Phiban w żywiole.

P1660288.JPG

Father Robret – niewysoki, skromny, zawsze uśmiechnięty z kącikami ust skierowanymi do dołu. Ksiądz Robert, jak już wspomniałem, ma pod opieką 18 wsi. Jest sam. Tytan pracy. Kładzie się spać między północą a 2 w nocy, wstaje o 5. Nie ma go kto zastąpić. Ostatni raz urlop miał 3 lata temu. Prowadzi szkołę dla dzieci (która dla wielu dzieci jest jedynym sposobem na edukację, bo szkoła parafialna jest najtańsza). Ojciec Robert codziennie po 2,5 tys. razy powtarzał – „you are strong!”. Też jeździł z nami na budowę, też pracował fizycznie. Tytan, wydawać by się mogło, że niezniszczalny. Skąd ta moc? Pozostaje mi się jedynie domyślać…albo wierzyć 🙂 . 

Nasz Padre przy robocie.

P1650953.JPG


Do rzeczywistości mojego życia wróciłem dosyć sprawnie. Dwa kierunki studiów, praca, trochę drobnych rzeczy, które robię pobocznie. I wraca pęd – brakuje czasu na przemyślenie, nawet na wspomnienie. W tym wszystkim jednak piękne jest to, że to co przeżyłem, te znajomości i przyjaźnie jakie nawiązałem, to poszerzenie horyzontów, to wyrzeczenie się strefy komfortu w tamtym miejscu – nigdy już nie zostanie mi zabrane. Faktycznie, w mojej gestii jest to, żeby o to dbać, pamiętać o tym. Ale to co się wydarzyło to już jest, wydarzyło się. To jest moje.

Po powrocie z Indii najbardziej brakuje mi tego podejścia do życia, które tam miałem. Taka skrajna nonszalancja wobec tego co doczesne i przyziemne. Nie przeszkadzał nam brud na ubraniach, ani to, że byliśmy cali umorusani w czerwonej glebie, której mydło nie dawało rady. Nie przeszkadzały nam zabrudzone ręce przy przewie na ciastko, nie bardziej ważne były jakieś przepocone po budowie ciuchy, przemoczone buty. Człowiekowi w dzisiejszym świecie coraz bardziej brakuje tej dzikości, wręcz wściekłości. Tam można było poczuć, że się żyje. Z kolei cała ta obojętność wobec tych nieważnych rzeczy, które na Zachodzie są przewartościowane – przekładała się na to, że człowiek troską objemował to co bezsprzecznie najważniejsze – drugiego człowieka.

P1660221.JPGNie mogę w tym wszystkim zapomnieć o Bogu. Absolutnie zawsze mam tak, że mój Przyjaciel urządzi bieg zdarzeń w moim życiu w taki sposób, o którym bym nawet nie zamarzył. To nie jest tylko tak, że każdego dnia jest mi dane budzić się dzięki Niemu. On daje życie w obfitości. Życie staje się cudem. 

Tak na marginesie – mieć swój pokój drzwi w drzwi z kaplicą…Bezcenne!

71584947_2536425023310794_5046633967764111360_o

Czas pobytu w Indiach był dla mnie czasem błogosławieństwa, spokoju, wysiłku, przemyśleń, odpoczynku, dawania się, brania i inspirowania się światem, ludźmi, życiem. To co stamtąd wyniosłem pewnie nawet nie będzie zauważone w pełni przeze mnie samego. Wierzę, że mimochodem wiele rzeczy już się zmieniło. Ja jestem przekonany o jednym – warto wierzyć w świat. Pojechaliśmy tam dać im nadzieję, a to oni nam ją dali. Podczas rozstania niejednokrotnie usłyszałem – „obiecuję, nigdy was nie zapomnimy”. I ja im faktycznie wierzę. Wiem też, że ja nigdy ich nie zapomnę. Wystarczy im pole ryżu i to, że mają siebie. Wystarczy.

Podróże się nie liczą. Bowiem nie ma większego dobra, większej wartości dodanej jak zasmakować czyjegoś życia, uczestniczyć w tym razem z kimś, zupełnie wcześniej się nie znać i nagle stać się przyjacielem. W tak irracjonalnych okolicznościach. 

Praise the Lord! 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

życie Panamy (cz. II)

Niełatwo wracało się z cudownej prowincji Anton. Pasowało mimo wszystko się wybrać na spotkanie z Papieżem . Pojechaliśmy więc do stolicy. Podróż też nie była zwyczajna. Podczas wyjazdu z Anton żegnali nas mieszkańcy, oczywiście na koniach. Policja wstrzymała ruch na głównej drodze krajowej, żebyśmy bez czekania mogli włączyć się do ruchu (bardziej nadgorliwym być się nie da). Do tego w Anton mieszkał Polak, który przeniósł się tam na emeryturę – w dzień, w który wyjeżdżaliśmy, wyprzedził nas i cały czas jadąc przed nami, eskortował peleton naszych ośmiu busików, obładowanych na metr ponad dach bagażami.

IMG_20190120_114032.jpg

No i dojechaliśmy. Trafiliśmy do parafii św. Łukasza Ewangelisty. Na przywitanie wynajęto orkiestrę, było huczne granie, polsko-panamskie tańce (swoją drogą przedziwne jest to, że tak jak u nas bierzesz kogoś do tańca i pewne kroki są oczywiste, tak tańcząc z ludźmi z innej kultury, jakiś najprostszy obrót wcale nie jest intuicyjny). Parafia, do której trafiliśmy była taką…bogatą parafią. Ludzie przyjeżdżali po nas autami, jakby prosto z salonu. Przydzielania dokonywała taka bardzo zaangażowana wolontariuszka, wiekowo pewnie +70. Powiedziała, że pójdziemy do Moniki; „Monika ma piękne mieszkanie, na pewno dobrze się Wami zaopiekuje. Cieszymy się, że tu jesteście”. I się rozpłakała. A mówiła to do czterech osób z około setki, nie wiem czy przy każdym ciekły jej łzy 😀 . Oczywiście wcześniej miałem okazję z nią chwilę potańczyć, a kiedy przedstawiała nas Monice, wskazała na mnie i powiedziała „będzie mieszkała u Ciebie gwiazda!”. Kiedy poznaliśmy się z Moniką trochę lepiej, pół żartem, pół serio spytała – „Przemek, a Ty serio jesteś znany, bo ja tak nie do końca biegła jestem w tych tematach”.

xD

Ale do rzeczy – w Anton z naszych znajomych mieliśmy najlepszy nocleg! A w Panama City… Jeszcze lepiej. Mieszkanie na 27. piętrze, w bloku kino, basen, siłownia – wszystko 24/h dobę, pierwszy blok przy Pacyfiku, nie wspominając o klimatyzowanym (w tych warunkach klimatycznych!) mieszkaniu i pomocy domowej.

IMG_20190127_171231.jpg

IMG_20190125_133452.jpg

Tak więc warunki iście pielgrzymie. Ale i w ten sposób Bóg potrafi doświadczyć 🙂 .

Mieszkaliśmy u Moniki i Javiera – przesympatyczne młode małżeństwo, które okazało się dla nas naprawdę inspirującym towarzystwem na ten czas. Panama City to bardzo ciekawe miasto – tam właśnie przechodzi słynny Kanał Panamski, mieszka połowa narodu panamskiego, a przypływy i odpływy Oceanu były czymś nieskończenie ciekawym.  Z kolei Światowe Dni Młodzieży są czasem, w którym człowiek zastanawia się – „o rety, dlaczego dopuściliśmy do tego (jako ludzkość), że tak nie jest zawsze?”. Jem kebaba z prymasem, mieszkam u protestantów, w drodze na adorację muzułmanie rozdają wszystkim schłodzoną wodę. Wszyscy darzą się serdecznością, chcą wielbić Boga, nikt nie pozwala na to żeby komuś czegoś brakowało. Można? Można!

Jednak nie da pisać się o wszystkim. Chciałbym zaakcentować tylko jeszcze trzy wątki.

  1. Jako ekipa Rejsu Niepodległości mieliśmy stworzyć coś unikalnego w trakcie ŚDM. W końcu zaplanowano, że będzie to polski koncert. Był w Polsce weekend prób, później trochę spotykaliśmy się pośpiewać w Anton. Powstał naprawdę fajny zespół w czterogłosie. Sami nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Zagraliśmy m.in. z Darkiem Malejonkiem, Stanem Fortuną, Olgą Szymańska, z Siewcami Lednicy (którzy m.in. nas przygotowali do tego koncertu). Było ekstra. Po powrocie w głowie urosło mi kolejne marzenie, żeby kiedyś włączyć się w jakiś gospel. IMG_20190123_181443.jpg

IMG_20190123_220435.jpg

2. Te nasze 18 dni spędzonych w Panamie było oczywiście czasem duchowym, uczestniczyliśmy w Światowych Dniach Młodzieży. Ogromną barierą były dla mnie (dla nas) różnice kulturowe, które w jakiejś wspólnej liturgii czasami przeszkadzały. Dla innych spotkanie z Bogiem jest skupieniem, dla innych radością; dla jednych czasem wyłączenia się, a dla innych – czasem zupełnie nieróżniącym się od codzienności. Całe szczęście podczas Mszy inaugurującej, biskup Panamy powiedział – „macie nas denerwować, nas starych macie sprawiać w zakłopotanie, róbcie raban, kto jak nie Wy, młodzi?”. Od tego momentu pozwoliłem sobie, żeby trochę popłynęło we mnie tej południowoamerykańskiej krwi :D. Choć buntu było i tak sporo. Non stop hałas, krzyczenie, sporo w tym wszystkim było też uśmiechów, serdeczności, ale czasami miało się tego dość. Szukasz kościoła z adoracją. Jest. Wchodzisz, a tam tysiące Brazylijczyków, z czego chyba 50 (przepraszam za wyrażenie, ale inaczej nie da się tego ująć) – napieprza na gitarze, a drugie tyle na bębenkach. Wrr. Aż w końcu nadszedł ten dzień – nocne czuwanie z Papieżem Franciszkiem. Głupi Przemek oczywiście nie pomyślał, że może warto będzie chwile się przespać i nie wziął sobie nic na noc. Kiedy wszyscy znajomi usnęli na swoich karimatach, zasunięci w śpiworach, ja położyłem się jakoś mniej więcej w ich nogach i podjąłem próbę snu. Wcześniej myślałem „jesteś przecież przy równiku, jest lato, na co ci coś do spania”. O raju, jak tam spadła temperatura. Przykryłem się polską flagą, tak cienką, że niemal przeźroczystą. Ale nie wiem po ja Wam to piszę xD.

Do sedna, bo to piękne było! Zapamiętam ten wieczór na całe życie. Z tego  (wybaczcie dalej za zwrot, ale jakże adekwatny) rozwydrzenia pielgrzymów, gdzie jeden naród chciał przekrzyczeć drugi, nagle zrobiło się autentyczne CZUWANIE. Papież wyniósł na prezbiterium monstrancję. Milion ludzi wpatrzonych. Cisza. A jednak się da. To nawet nie była ta cisza typu „o rety, w końcu cicho”, tylko raczej „wow, ale cicho, tu musi dziać się coś niesamowitego”. Mniej więcej wszyscy mieli założone słuchawki, po to żeby odsłuchiwać tłumaczenia mówionych w tym czasie modlitw (nie był to jednak powód tej ciszy). Taka dygresja – Panama ma bardzo duży problem z powołaniami; choć jest mnóstwo gorąco wierzących katolików, to księży na diecezję jest zaledwie kilku. Tematem wiodącym ŚDM były słowa Maryi „Oto ja Służebnica Pańska, niech mi się stanie według Słowa Twego”. Było sporo modlitw o rozeznawanie planu bożego na życie człowieka (ale bez żadnych przesadnych wjazdów typu „idźcie na księdza!”). I to było misterium samo w sobie, coś niepowtarzalnego, moment, który wrył się w twardą pamięć . Ściągnąłem na moment słuchawki, a wśród tej ciszy słyszę tylko przebijający się płacz z każdej strony. Wow. Tutaj naprawdę dzieje się rozmowa każdego z nas z Bogiem. Transcendencja na jednym obrazku. Ile wówczas musiało dokonać się „zmian żyć”, ile wyborów indywidualnych powołań, ile wewnętrznych, aż rozdzierających poruszeń. 

IMG_20190127_073520.jpg

IMG_20190125_191256.jpg

3. I ostatnia już rzecz. Wydawało mi się, że doświadczyłem już wszystkiego, niczego nie oczekiwałem. Po zakończeniu ŚDM zostaliśmy w Panamie jeszcze na 2 dni. Znajomi zorganizowali wyjazd na San Blas. Koszt jednodniowej wycieczki w to miejsce bił na głowę, a do tego byłem już wszystkim przemęczony, nie było nawet dnia, żeby tak normalnie pospacerować sobie po Panama City. Ale cały czas zapominam z jakim Bogiem mam do czynienia. Oczywiście znalazłem się na tym archipelagu wysp, za połowę ceny, na dwa dni. Tylko z innymi ludźmi.

San Blas bowiem to taki autonomiczny teren Panamy, który jest zamieszkiwany przez tamtejszych Indian. Osiedlają oni 365 wysp położonych na Morzu Karaibskim. Doświadczenie przefantastyczne! Najpierw żeby dostać się nad morze trzeba było pokonać góry. Później – łódką płynęliśmy na daną wyspę, jaką sobie wybraliśmy.

IMG_20190129_145543.jpg

I tak żyją sobie ci ludzie na takich wysepkach. Raz w tygodniu płyną na brzeg po wodę pitną, wiozą ją na wyspę i takie never ending story. Nie wiem po co tak, może dla widoków, bo dla nich serio warto. I ta woda! Nie mogłem uwierzyć, że całe to morze było tak nagrzane, że kiedy wkładałem rękę do wody, czułem się jak podczas naprawdę ciepłej kąpieli w wannie. Z tą tylko różnicą, że woda miała śliczny turkusowy kolor, a na dnie – co chwila jakaś rozgwiazda, rafa koralowa. Pan Indianin zobaczył, że spodobał ci się kokos na drzewie? Zaraz tam wszedł, żeby go zerwać.

IMG_20190128_165008.jpg

Spaliśmy tam u nich, w szałasie. Oczywiście karaluchów nie brakowało, ale wtedy nic nie mogło przeszkadzać. W takich miejscach się nie narzeka, bo po co?

Kolejnego dnia popłynęliśmy na inną wyspę, Peliccano. Najmniejsza ze wszystkich. A tam – mały szałasik, na wyspie wielkości dużego domu. Na chwilę otworzyli drzwi – patrzę, a tam matka z gromadką dzieci. Jedno z nich jeszcze nie chodzi. Spartańskie warunki a oni tam dorastają! wow.

Aż kusi żeby stać się jakimś jaskiniowcem.

67257287_2796051737131650_1234192413380050944_n.jpg

51089094_243584919886604_7656356624818241536_n.jpg

Tak więc znowuż dano mi to, na co nie zasługiwałem. Ponad miarę rzeczy, o których nie śniłem. Kocham życie.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się jak było wcześniej, na prowincji to zapraszam – https://pusko.home.blog/2019/02/05/zycie-panamy-cz-i/ .

ps. nie, nie mam pojęcia dlaczego jakość zdjęć jest taka zryta.

krótka historia długiej przyjaźni

Miała być druga część Panamy, ale za dużo się ostatnio dzieje. Jeszcze będzie!

A teraz priorytetowo o pewnej pilnej rzeczy. Jutro za mąż wychodzi Dzierzgo – moja przyjaciółka, moja najlepsza przybrana siostra, człowiek, z którym znam się od urodzenia i jakoś zawsze przez lata świetnie się dogadywaliśmy.

Ja z tym człowiekiem tak dobrze się znam i dogaduję, że dam sobie rękę uciąć, że właśnie siedzi teraz w swoim pokoju i czyta ten tekst. Nieważne, że za kilka godzin powie „tak”, że będzie gościć jutro ponad setkę osób, że jutro ma najważniejszy i najbardziej zmieniający dzień w życiu. Ona jest nieogarem ale za to ją uwielbiam.

Poznaliśmy się w przedszkolu. Ciężko mówić o rozwoju relacji tam. Ale się dobrze bawiliśmy (co akurat pozostało nam na zawsze). Potem była podstawówka i zaczęło się wspólne jeżdżenie na rowerach do naszej pani wychowawczyni. Pamiętam kiedy kończyliśmy 3 klasę podstawówki, siedzieliśmy na „drewniance” (taka ślizgawka na naszym osiedlu) i płakaliśmy, że musimy iść do 4 klasy. Było strasznie dużo dziwnych przygód jak np. ta, że po lekcjach zamiast do domów, schodziliśmy do takiej doliny rzecznej, przechodziliśmy przez rzekę przeskakując kamienie. Kiedy znaleźliśmy martwego ptaka, zanosiliśmy go na moje podwórze i wyprawialiśmy mu pogrzeb. Raz jak mieliśmy iść na różaniec, zatrzasnąłem się w pokoju, Anita pobiegła po swojego brata, żeby wyważył drzwi. Na szczęście obeszło się bez tego. Zwykle towarzyszył nam w tym ktoś trzeci, wiele towarzystw się zmieniało, ale nasza dwójka była nierozłączna. Pamiętam jak mocno przeżyłem to kiedy pokłóciliśmy się w podstawówce. Nie trwało to długo, ale tym bardziej pokazuje to jak się lubiliśmy (skoro to pamiętam!). Oboje byliśmy (przyznajmy szczerze – nadal jesteśmy) maniakalnymi fanami Simsów (każdej z części) choć Anita zawsze miała nowszą wersję. Pamiętam też jak miała pierwszego chłopaka i później wielu innych (tak, to oazowiczce wydaje się nie przystoi, ale Anita nie mogła być nigdy sama 😀 <- dobra już widzę jak mnie za to zabija; głównie chodzi mi o dziecięce lata, dosyć wcześnie z tymi związkami zaczęła :v).

Ach i gdyby można było zliczyć te nocne wypady na Skołoszów, te kilometry spacerów… 🙂

Dzierzgo zawsze była druga w kolejności najmądrzejszych osób w klasie, ja zwykle plasowałem się gorzej, jakoś w pierwszej piątce. Niebanalna polonistka, dziś aspiruje na grafika. Taka tam statystyczna oazowiczka w glanach (no choć ona to raczej w trampkach całe życie). BOŻE JAK ONA POWOLI UBIERA BUTY. Anita to ta osoba, która podejmuje decyzję jakie mam mieć zdjęcie profilowe i które ze zdjęć dodać na instagrama.

Do rockmana mi daleko ale ona prawie mnie nim uczyniła. Zawsze lubiła ciężkie brzmienia. Zabierała mnie na festiwale rockowe, później stałem się na krótki czas w swoim życiu uzależniony od pogo i niesienia na fali przez tłum (próbowałem te praktyki przekładać na chrześcijańskie koncerty, ale to ciągle nie to). Szaleliśmy. Raz łapała mnie w Cieszanowie policja jak tłum zrzucił mnie z rąk.

Jakbyśmy to z Anitą pewnie powiedzieli – szkoda strzępić ryja. I tak nie wytłumaczymy tych lat, tych chwil, które tak prozaiczne, nieraz dawały nam siłę aby żyć. Jedyny temat tabu między nami to polityka. Anita musi jeszcze po prostu zmądrzeć… 😛

I przede wszystkim – jest to osoba, której też jestem ogromnie wdzięczny – zaciągnęło mnie to dziecko nie wiem jakim sposobem na oazę. To tam wszystko się zaczęło. To ta Mysza pomogła mi w poznaniu Chrystusa. Potem namówiła na pierwsze rekolekcje wakacyjne. I jak zaczęliśmy, tak jeździliśmy – praktycznie zawsze nierozłączni. Nasza przyjaźń to też pewna łączność w podejmowaniu decyzji – o tym, żeby zrobić coś głupiego, o tym żeby zradykalizować się w wierze – byliśmy zgodni a w trudniejszych chwilach się ogarnialiśmy lub wspieraliśmy. I choć poszliśmy w swoje strony to ciągle trzymamy sztamę, świetnie się dogadujemy, możemy nie widzieć się tygodniami a zawsze jest o czym gadać. A jeśli nie to fajnie razem się milczy :). Dzierzgo nie jest doskonała. Mogłaby nie narzekać na swoje niewygodne siodełko w rowerze. Poza tym jest naprawdę ok 😀 .

Niech Ci się szczęści Myszo!

ps. Niektórzy nazywają nas niedoszłym małżeństwem. Nikomu z nas jednak przez myśl nigdy kazirodztwo nie przeszło 😉 . Czujemy się jakbyśmy wyszli z jednego łona!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

życie Panamy (cz. I)

Przykro trochę brać się za opis trzytygodniowej przygody (jak do tej pory przygody życia) mając świadomość, że nawet bezlik słów nie odda tego co chciałbym wyrazić. No a do tego pasuje, żeby wcale to nie był bezlik, tylko zwięzły opis. Adekwatne opisanie? Misja niemożliwa.

Trzy tygodnie przebywania w innym kraju to naprawdę wystarczająco, by poczuć się tam swojsko i uznać, że można byłoby tam spędzić całe życie.

Ale zacznijmy od początku. Wyjazd do Panamy zaplanowałem przed trzema laty, kiedy ogłoszono ten kraj organizatorem kolejnych Światowych Dni Młodzieży. Rok temu znalazła się sposobność żeby realnie się tam być dzięki inicjatywie Rejsu Niepodległości (i przy pomocy wszystkich Was!). Można powiedzieć, że od stycznia’18 miałem wyjazd na widelcu i nie zakładałem opcji żeby coś mogło pójść nie tak. Do nocy z 6 na 7 stycznia tego roku kiedy to postanowiłem się z grubsza spakować (bo wylot był 12 stycznia o 6 rano) i przy tym odkryłem, że utraciłem paszport. Do tej pory nie wiem co się z nim stało, wcale nie jestem przekonany, że go zgubiłem. Od 1,5 miesiąca odkąd wróciłem z Azji codziennie patrzyłem się na niego z myślą o Panamie. Tuż przed wylotem się rozpłynął. Była groza – mnóstwo płaczu, strasznych myśli, pojawiały się nawet irracjonalne argumenty w głowie, które miały doszukiwać się jakichkolwiek zalet tego, że zostanę w Polsce (m.in. „przynajmniej normalnie zdasz sesję”). Poruszałem niebo i ziemię żeby coś w tej sprawie się zadziało – postawiłem wszystko na jedną kartę i zacząłem wyrabiać nowy paszport (ustawowy termin to 30 dni, a ja miałem 4 do wylotu). Nawet gdyby znalazł się stary, nie byłby już ważny, a nie miałem żadnej pewności, że paszport do piątku się wyrobi. Wtedy zobaczyłem, że nadziei naprawdę warto wierzyć a nie się jej bać. Był piątek, godz. 13, za 2,5h zamykali urząd a mój paszport nadal ze statusem „w realizacji”. Nadal ufałem, że się uda. Po raz kolejny uklęknąłem wtedy do modlitwy w tej intencji. Na koniec przyszła taka myśl – „pokaż mu, że Mu wierzysz, że dasz się prowadzić po wodzie”. Chciałem pokazać mu to jak najradykalniej, ale nie przychodził mi do głowy żaden pomysł. Było trochę ponad 12h do wylotu. Sytuacja patowa. Pokaż Mu! Zacznij się pakować! Wyciągnąłem plecak, spakowałem trzy koszulki ze łzami na twarzy ciągle powtarzając „po co mi to robisz?!”. Ale wierzyłem. I zadzwonił telefon.”Proszę do godziny stawić się w urzędzie po odbiór paszportu”.

Ktoś pomyśli – może Bóg tak chciał? Może byłem potrzebny w Polsce? Są jednak kwestie, o których z Bogiem dobrze wiecie – co jest potrzebne na ten czas, jak się „umawialiście”, jaka jest treść waszego przymierza.

Wiedziałem, że nic co tam się wydarzy, nawet mi się nie należy, dlatego wszystko przyjmę takim jakie będzie. Choć pojawiały się takie myśli „Panie Boże, ale w sumie gdybyś dał nocleg w jakimś gospodarstwie domowym na prowincji z niedługą drogą do plaży nad Pacyfikiem to bym nie narzekał”. Kiedy było rozdzielanie noclegów razem z Kubą (kolegą z kubryka Daru Młodzieży) liczyliśmy na kochaną babcię, która porządnie będzie nas karmiła. Odebrał nas jakiś pan, który rozłożył nam namiot i wskazał, że mamy tam spać na werandzie. Nagle różowy obraz pobytu w Panamie prysnął. Ale tak jak to z Bogiem…załatwi wszystko, nawet jeśli Go się o to nie prosi. Okazało się, że mieszkamy niedaleko oceanu, nasza miejscowość jest bardzo panamska i prowincjonalna (tak jak chciałem) a już o poranku przywitała nas żona tego gospodarza, która okazała się jedną z cieplejszych osób jakie znam! Nie sposób nie wspomnieć o przywitaniu naszej grupy przez tamtejszą ludność. Z racji tego, że byliśmy pierwszą (albo jedną z pierwszych grup) w Panamie, flagi i okrzyki na naszą cześć pojawiały się od samego wylądowania. Kiedy dojeżdżaliśmy do Anton (przecudownej miejscowości, w której mieszkaliśmy przez pierwsze osiem dni) zaczęła eskortować nas policja, ludzie z domów powychodzili, mnóstwo ludzi na koniach zaczęło odprowadzać nas do kościoła. A tam wielka wrzawa na naszą cześć – pierwszy raz widziałem tyle babć i dziadków tańczących i klaszczących w kościele. Inna kultura, duchowość, inny świat.

_DSC4439

Przywitanie polskiej grupy w antonskiej parafii fot. Dawid Zdrojewski

 

Sam budynek kościoła zawsze otwarty – nawet zamiast drzwi mają bramę przez, którą zawsze można zajrzeć. Duchowość panamska jest dosyć specyficzna. Widać ten ich radykalizm, chęć pokazania tego, że wierzą w Chrystusa, nieobce jest też im mówienie o Nim. Myślę też, że ze wszystkich krajów Ameryki Środkowej i Południowej, Panama jest najmniej „rozwydrzona” 😀 . Czasami dało się zauważyć ciszę, tak bliską naszej północnej duchowości. Aczkolwiek sygnaturka dzwoniąca w rytm kankana była, jak i sporo innych wyróżników ich kultury w modlitwie. Były też inne dziwne rzeczy jak np. trzymanie się sznurka w czasie modlitwy przed krucyfiksem Christusa Escipulasa. Czy to zapewnienie o tym, że modlitwa zadziała?

51503759_1764781490290423_1717319295798607872_n

Nie mają też problemów z tym żeby wziąć sobie krzesło, usiąść sobie przed Panem Jezusem, pomodlić się, nie patrząc na to co pomyślą sobie inni.

51497632_383405205778153_8995303814533742592_n

Niestety czasami poczucie wyższości faktycznie brało nad nami górę i traktowaliśmy Panamczyków jak „młodszych braci, którzy od nas dostali wiarę i od nas powinni się jej uczyć”. Całe szczęście, że mieliśmy okazję boleśnie przekonać się o tym, że nie mamy racji. Tak jak wspomniałem pokrótce wyżej – ich zaangażowanie i radykalizm nas onieśmielał. Tamtejszy ksiądz proboszcz razem z jednym wikariuszem mają 52 placówki do „obsługi sakramentalnej”. Więc siłą rzeczy Sobór Watykański II jest wprowadzony dobrze, czyli wierni zaangażowani. I tak powinno być – ksiądz ma być od gromadzenia wiernych wokół ołtarza, a nie od wszystkiego. Dlatego świetnie zagrała od strony parafialnej cała organizacja ŚDM. Oprócz tego – widać wielkie przeżywanie odpustów, to co w Europie niestety już umarło, a tak dobrze funkcjonowało kilkaset lat temu. Na odpuście Christusa Escipulasa (którego część korpusu widać na zdjęciu powyżej) pojawiło się pewno z 30 tysięcy ludzi, przyjeżdżali nawet z sąsiednich krajów, a same obchody trwały w Anton 12 dni. Antonczycy na kulminacyjny dzień przygotowali mnóstwo jedzenia żeby wykarmić wszystkich pielgrzymów, którzy przyjadą świętować. Rzecz jasna za darmo, a nie tak jak u nas, że z wielkiego odpustu robi się rekreację i sposób na zarobek. Nawet moi gospodarze ugotowali trzy ogromne garnki zupy dla pielgrzymów. Niezależnie od wieku nie widzieliśmy ani jednego Panamczyka w kościele w krótkich spodniach. W główny dzień uroczystości odpustowych wokół głównych ulic (może jakieś 1,5 km łącznie) przechodziła pokutna procesja. Trwała jakoś 4h, przy tak krótkim dystansie. Bez rozważań, bez różańca, bez śpiewów. Ciszy towarzyszył tylko mantryczny bębenek idący na przodzie. A za nim te 30 tysięcy ludzi, idących tiptopami. Czasami stało się przez kwadrans albo dwa, potem wykonywało się dwa kroki i kolejny kwadrans czekania. Szkoła życia dla zniecierpliwionych, klaustrofobików i  ludzi z ADHD.

DSC05614

Procesja, fot. Dawid Zdrojewski

 

Rzecz jasna nie było to tylko 12 dni odpustowej ascezy. Coroczna tradycja przychodzi tu z pomocą i oferuje w Anton atrakcje – na każdy dzień inna. Oczywiście przez cały ten okres był szeroki wachlarz straganów, które faktycznie przypominały te polskie w czasie odpustów. Tylko tutaj były stacjonarne, przez 12 dni w zasadzie 24h na dobę; do kupienia burgery, różańce, chorizo, losy – wszystko. A z tych konkretnych działań przewidzianych na obchody to z ciekawszych było m.in. rodeo. W klatce rozjuszano najpierw byka, ten nie miał pola do jakiegokolwiek ruchu, sadzano na nim człowieka i nagle otwierała się bramka przez, którą byk jak z procy wyskakiwał na arenę, z całej siły ruszając tyłkiem by zrzucić usadzonego na nim człeka. I takich byków czekało chyba z 10. Ogólnie dziki zachód z domieszką hiszpańskich klimatów. Tyle koni na raz każdego dnia nie widziałem jeszcze nigdy.

Najciekawszym, a z pewnością najbardziej obfitującą w przypływ adrenaliny była zabawa z bykiem na ulicy. Swoją drogą chyba też najgłupszym a na pewno najniebezpieczniejszym wydarzeniem przeżytym w Anton. Zacznę od początku. Był poranek, modlitwa poranna w kościele, na koniec ksiądz mówi:

– uważajcie na byki na ulicach dzisiaj;

*wybuchła salwa śmiechu*

–  mówię poważnie, antonczycy mówili, że co roku tego dnia wypuszczają byki na ulice.

Popołudniu byliśmy na wycieczce w lesie deszczowym, która kosztowała nas dosyć energii. Wysiedliśmy z busa w centrum Anton i oczywiście jak to Panamczycy z bzikiem na punkcie Polaków, zaczęli grać, wiwatować, tańczyć i zapraszać nas do zabawy (setki ludzi na ulicy prawie, że drugie tyle na koniach, jeżdżących na nich jak na hulajnodze). Chwilę potem znaleźliśmy się na ciężarówce, na której grała orkiestra i zaprosiła nas na pakę. I tak sobie jechaliśmy główną ulicą wiwatując i śpiewając. Nagle podjechaliśmy pod budynek i wóz się zatrzymał. Za moment ukazał się grasujący po chodniku biały, ciężki, agresywny byk, który „zaczepiał” kogokolwiek, kto mu się napatoczył po drodze. Wszyscy przed nim uciekali, byk wytrwale biegał. Jednak nawet kiedy już się zmęczył, podbiegali śmiałkowie, którzy albo dźgali go jakimś kijem w brzuch, albo ciągnęli za jego ogon. Ogólnie było średnio bezpiecznie, byk wyrwał rogiem kutą bramę, momentami się wywracał, chwilkę leżąc odpoczywał po czym z całym impetem znowu ruszał. Do tego staliśmy w jakieś 20 osób na tym wozie, który był raczej lichym pojazdem. Gdyby byk wbiegł nas nie od strony zderzaka, a od strony drzwi myślę, że pomyślnie by nas przewrócił. Rozrywka fajna na pierwszy kwadrans, ale nie kiedy trwa to kolejną dobrą godzinę, a Ty jesteś głodny i spragniony po kolejnym dniu pobytu w strefie równikowej. 15 metrów od mojego wozu był sklep. Kiedy byk oddalił się na „bezpieczny” dystans, wbiegłem do sklepu po puszkę oranżady. Szczęście w nieszczęściu –  kiedy zauważyliśmy, że byk biegnie w naszą stronę, zabarykadowaliśmy się kratą. Byk tylko osunął się o nią, przeszedł obok. Kiedy znowuż się oddalił, prędko wróciłem na pakę ciężarówki. Minęło dosłownie kilka minut, ja obstawiam, że jakieś 4, jak byk pędząc w naszą stronę, wdarł się do sklepu, w którym przed momentem byłem. Zdemolował sklep, jak gdyby celowo strącając towar pyskiem i zadem. A osób było tam sporo, w końcu pomieszczenie – bezpieczne miejsce na oglądanie wariacji byka. No i proszę, przy takich rozrywkach niczego nie można być pewnym. Był jeden moment kiedy byk rozpędzony w naszym kierunku, chciał „zaryć” w wóz. Szczęśliwie jednak niektórzy z antonczyków ingerowali w tę zabawę i wodzili byka lassem, próbując narzucić mu kierunek biegu. Tak też mogli wydrzeć go ze sklepu (normalka, nie? że kilku gości wbija na koniach do sklepu żeby wyciągnąć byka).

51294617_767710473608039_8093859675969159168_n
Byk demoluje miasto, fot. Paweł Solecki

Stała się rzecz, która przeraziła samych antonczyków. Byk wziął na rogi jednego faceta, przerzucił go za sobą. Ja tego osobiście nie widziałem, ale działo się to z tym samym bykiem, w tym samym czasie. Obejrzałem potem nagranie. Ponoć później byk rozpruł rogiem konia i „poskakał” po tym człowieku, czego nie zarejestrowała już telefoniczna kamera. Koń uciekł z wnętrznościami na wierzchu. Później wypuszczono drugiego byka, z ostrzejszymi, pewno z dwa razy dłuższymi rogami, dużo masywniejszego, ciemnego a nie białego jak poprzedni. Nie zastanawiałem się, pobiegłem do swojego domu, bo po trzeciej godzinie patrzenia na to wszystko, myślę, że wydzieliło mi się już wystarczająco adrenaliny. A ten byk miał jeszcze realną szansę na zabicie człowieka niż poprzedni, a jak już wiemy – „tej sztuki” dokonał już nawet jego poprzednik, biały byk.

_DSC5991
Kiedy grasuje byk, fot. Dawid Zdrojewski

Wydawać się może nieskromne mówienie o naszym narodzie, że był traktowany wyjątkowo. Stając w prawdzie trzeba powiedzieć, że faktycznie tak było. Zacznę od tego co było zastosowane do wszystkich pielgrzymów, a wobec białych jakoś trzykrotnie rzetelniej. Przykładowo – pojechaliśmy na plażę. Zatrzymała nas policja. Do samej plaży eskortowała nas a potem siedziała z nami na plaży, pilnując by nic nam się nie stało.  Kolejnym razem jak byliśmy na plaży, cały czas przy nas stało dwóch wojskowych – myśleliśmy, że patrolują tam tak teren. Kiedy sobie stamtąd poszliśmy, oni też opuścili to miejsce.

51412575_240996756829191_354088622984527872_n

Inna sytuacja – wychodzimy (skądkolwiek dokądkolwiek – np. ze szkoły do sklepu) i po kilkunastu sekundach widzimy, że mamy 5 metrów za sobą jakiegoś szpiega. To panamski wolontariusz, który teraz ma wakacje, idzie w śmiesznej białej czapce z logiem ŚDM za nami i pilnuje by nic nam się nie stało. I tak w zasadzie krok w krok mieliśmy jakiś „cień”, który nie wiadomo skąd się brał. Co gorsza, nie można z nimi było nawet porozmawiać, bo nie mówili po angielsku. Bywało niezręcznie 🙂 . W Anton pielgrzymami byli Polacy, Gwatemalczycy i Brazylijczycy. Łatwo spostrzec, że robiliśmy największą furorę. Na początku to, że ludzie wychodzili z domu, bo zobaczyli Polaka i chcieli zrobić sobie z nim zdjęcie było zabawne, potem już przywykliśmy. Choć zdarzały się sytuacje, które nie przestawały być śmieszne jak np. to, że ktoś stawał przede mną na mszy i z zaskoczenia robił sobie „z białym” zdjęcie. Wydawać, by się mogło, że to dlatego, bo byliśmy najbardziej orientalni. Ale kiedy na Mszę otwarcia do Anton przyjechali też Francuzi, Szwajcarzy czy Amerykanie to czy sam biskup, czy tamtejsi wierni cały czas jako oczko w głowie mieli Polaków – bo to im trzeba było szczególnie podziękować, ich obraz Matki Bożej powiesimy w naszym kościele, tylko na ich język przetłumaczmy kazanie. Nigdzie nie poczułem się tak dumny z bycia Polakiem jak właśnie podczas pobytu w Ameryce Środkowej. W każdym kościele, który odwiedziłem, w widocznym miejscu znajdował się wizerunek Chrystusa Miłosiernego – co więcej pod hiszpańskim tłumaczeniem słów „Jezu ufam Tobie” zawsze znajdował się tekst w języku polskim. Nierzadko też można było znaleźć wizerunek św. Faustyny czy jak wiadomo – św. Jana Pawła II.


51144464_379749056161010_3913857856935297024_n

Nie sposób nie wspomnieć o znajomościach. Było ich wiele ale zaznaczę tylko dwie. Pewnego popołudnia w zasadzie na chodniku poznaliśmy gościa w średnim wieku – chcieliśmy spytać jak wynająć auto. Kilku z nas łamanym hiszpańskim próbowało się z nim dogadać. Rezultat był całkiem niezły, bo ten pan (a na imię mu było Carlos Fernandez) zabrał naszą piątkę swoim samochodem za darmo. I takich wycieczek mieliśmy dwa dni. Okazało się, że to niezła szycha – jest przedsiębiorcą aspirującym na lokalnego polityka (wybory 1 maja). Być może miał też w tym swój interes, bo jeździliśmy od domu do domu, on otwierał okna w samochodzie, pipczał żeby ludzie wyjrzeli ze swoich domów i krzyczał – „wiozę pielgrzymów, wiozę pielgrzymów!”. Poniżej Carlos Fernandez 🙂 .

51105768_689537288109887_7255910044691070976_n.jpg

Zabrał nas do swojego przedsiębiorstwa czyli do restauracji, do piekarni, na plantację bananów i do manufaktury krówek. Wszędzie rzecz jasna częstując, czymkolwiek się tylko dało. Tym oto sposobem spróbowaliśmy mondongo, o którym jeśli wspominaliśmy potem komuś, to za każdym razem ta osoba łapała się za głowę. A to nic innego jak flaki podane nie w formie zupy (jak w Polsce) tylko podawane z makaronem spaghetti na talerzu 🙂 .

Najbardziej inspirującym miejscem, które pokazał nam Carlos Fernandez była wioska (trochę prześmiewczo nazwana) Rio Colorado. Jechało się do niej przez dżunglę, potem przekraczało się rzekę i gdzieś, gdzieś daleko były domy, bardzo też od siebie oddalone. Carlos mówił „pojedziemy do biednych dzieci dać im chleb i sok”. I mijaliśmy smutne obrazy, zatrzymywaliśmy się i dawaliśmy to co dla nich przygotowaliśmy (co było dla ich niedostatku i tak śmiesznie małą pomocą, prawie żadną). Udało mi się zrobić zdjęcie, które wyraża więcej niż tysiąc słów.

51240426_1984638311840091_4273385635093413888_n.jpg

51225960_2076275709154583_1614981211661271040_n51066359_1210390979124343_3114973826547449856_n

Odwiedziliśmy kilka domów, kilka rodzin, które pokazały nam, że naprawdę Polska należy do krajów pierwszego świata. Tamci ludzie zdani tylko na siebie, momentami zawstydzeni swoją biedą zapraszali nas do siebie. Jedna z rodzin dopiero się buduje. Samodzielnie stawia dom od podstaw (rodzina liczyła chyba 5 osób, w tym trójka dzieci), cały czas są na etapie fundamentów. A póki co muszą mieszkać w blaszanym „czymś”. Inne gospodarstwo domowe zamieszkałe przez starszą babcię, która choć też uboga, organizuje na swoim podwórzu co jakiś czas animacje dla dzieci. Z kolei jedna z rodzin, wielodzietna (na tyle, że nie doliczyłem się ile jest tam dzieci, bo ciągle wychodziło jakieś kolejne dziecko) miała chorą córkę, która widać jak traktowana jest przez nich z miłością. I nikt nie patrzy na to, że nie przyda im się do pracy na gospodarstwie.

51925950_2057397954295481_7171232286254301184_n50866877_310380753167441_7866843149404995584_n

Na koniec Carlos zabrał nas do swojej mamy. Uronił łzę, widać, że z matką jakichś zażyłych relacji nie ma. Byliśmy tam chwilkę, było dosyć niezręcznie cicho. Wsiedliśmy do auta, nalał sobie trochę wina (w czasie drogi z nami wypił dwie butelki), ze wzruszeniem powiedział, że sam pochodzi z tej biednej klasy.

Pięknym doświadczeniem było też nawiązanie relacji z rodziną Ortegów – czyli naszych gospodarzy. W ciągu naszego ośmiodniowego pobytu przewinęła się cała rodzina, sami już nie wiedzieliśmy kto jest kim. Przyjechały córki z dziećmi, sporo rozmawialiśmy. Szczególnie kochana była nasza mama Grizella. Mając chorego na porażenie mózgowe 22-letniego syna (to dlatego spaliśmy w namiocie, bo w domu nie było już miejsca), normalnie chodziła do pracy a przy tym zajmowała się nowymi, dwoma synami czyli mną i Kubą, przygarniając dwójkę pielgrzymów z Polski. Wstawała przed nami, w zasadzie zawsze czekało na nas śniadanie z kawą. Kiedy wracaliśmy wieczorem, jeśli nie jedliśmy na mieście to była przygotowana dla nas kolacja tak obfita, że spało nam się po niej naprawdę dobrze! I były długie rozmowy (cały czas przez google translator), choć my zmęczeni, a ona tym bardziej (bo nazajutrz wstawała do pracy), to zawsze rytualnie zasiadaliśmy na tarasie, zaczynaliśmy rozmowę od tego jak minął nasz dzień i tematy nasuwały się same…o emeryturach, o naszych kulturach, o jedzeniu, zaczynało się oglądanie zdjęć naszych rodzin i opowiadanie o nich. Były wieczory, że schodziło nam do 1 w nocy. Grizella nigdy nie narzekała, ale podejrzewam, że niejednokrotnie czekała na słowa Kuby „dobra, idziemy spać”, który zawsze dawał koniec naszym posiadówkom.

51541517_2286094915049670_7330509563583528960_n

od prawej – ja, Kevin (wnuk Grizelli, który był tak wygadany, że głowa mała – powiedziałem mu, że chyba powinien pójść na księdza, a jemu w tym momencie spoważniała mina i odpowiedział – „postaram się”), Grizella i Kuba.

Chciałem aby każde napisane tutaj słowo było słowem podziwu w stronę Panamczyków. Urzekli mnie! Tak jak tego wieczoru, kiedy wracaliśmy do domu, ktoś nam napisał, że u muzyków (czyli u dyrygentów, którzy przygotowywali nas do koncertu, o którym także w kolejnym wpisie) rozkręca się imprezka. A tam dwójka z nich dawała dla swoich gospodarzy na podwórzu koncert polskich piosenek. Ot, takie wieczorne granie przy stoliku. Nagle, spontanicznie zaczęło zbierać się sąsiedztwo. Po godzinie było tam jakieś 60 osób. Większość ze swoimi krzesłami. Czy my w Polsce wyobrażamy sobie taką sytuację? Wbić się bez pytania do kogoś na podwórze żeby zobaczyć co tam się u nich dzieje. Do tego zabrać swoje krzesło z domu i czuć się jak u siebie. Normalna sprawa, nieobciążająca w ogóle gospodarza podwórza, a u nas to byłoby takie…niekulturalne. Niestety, zaszyliśmy się w ramach dziwnych zwyczajów, polskie sąsiedztwo wymiera już nawet na wsiach, w imię czego? Kompleksów, stereotypów. Umiera coś pięknego, co w Panamie cały czas kwitnie. I tyle osób mogło przeżyć piękny wieczór dzięki tej otwartości i prostocie!

51150456_239426390269315_5431975229515628544_n

Dzięki za cierpliwość. W kolejnych dniach pojawi się druga część – już nie będzie prowincjonalnie, ani tak sielsko. Opiszę Panama City, wydarzenia centralne ŚDM, czyli w skrócie – jak mieszkało się koło Leonardo DiCaprio czy Antoniego Banderasa, dlaczego muzułmanie rozdawali nam wodę i jaki jest najprostszy sposób na skumplowanie się z biskupami :). Do zobaczenia!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

życie Azji

Rzecz jasna nie dane było mi poznać dogłębnie azjatyckiego życia; kilka dni spędzonych w każdym z krajów dało mi pewien subiektywny obraz. I nim właśnie chciałbym się z Wami podzielić. Przejdziemy przez trzy miasta, od tego, w którym byłem na początku i podobało mi się najmniej, do tego, które odwiedziłem na końcu, a spodobało mi się najbardziej i gdzie wydarzyło się najwięcej.

Rejs zacząłem w Singapurze. Jest to miasto-państwo, najinteligentniejsze na świecie. Posiada stuletni plan rozwoju. Absolutnie wszystko tam musi być pod kontrolą, za żucie gumy kara grzywny wynosi 1000 $S. Sprzedaż narkotyków jest karana śmiercią, a powszechną karą jest  wykonywanie na skazanym chłosty. Bardzo niepasujące do tego modernistycznego miasta? Ano, bo jak Singapurczycy sobie postanowią to tak ma być. I czego nie wymyślą – to ma to zaistnieć i funkcjonować.

Dosyć mocno dał zauważyć się brak singapurskiej kultury ; etnicznie jest mieszanką anglojęzycznych Chińczyków , Hindusów, Filipińczyków. Ta niesamowita dynamika rozwoju Singapuru, która doprowadziła do tego, że po kilkudziesięciu latach z wioski zrobiło się małe, choć dosyć znaczące państwo nie przewidziała jednak procesu, którego nie da się przyspieszyć, a w narodach trwa przez setki lat – poczucia tożsamości narodowej.  W sumie mówią po angielsku, jedzą chińskie jedzenie, a wyróżniają się tym, że są NAJ, NAJ, NAJ. Momentami można było się zastanawiać czy nie mają jakiegoś kompleksu w tym ciągłym jaraniu się sobą.

W Singapurze zatrzymała nas ściana wilgotnego, równikowego powietrza. Co ciekawe, codziennie, o tej samej porze, przez podobny czas padał deszcz – tak jakby zupełnie można go było wpisać w kalendarz na kolejne dni. Sytuacja zapewne już jest inna w czasie pory deszczowej. Nie bardzo widzę sens w opisywaniu obiektów, które tam zobaczyłem – polecam Wam po prostu zwiedzić te miejsca :). Co ciekawe mają tyle forsy (z resztą w Hong Kongu i Osace także), że jak brakuje im miejsca to po prostu usypują wyspę.

Chyba najlepiej zapamiętałem z Singapuru wsypę Santosę – jest to najbardziej wysunięta na południe wyspa Azji. Totalny szał – jest tam piaszczysta plaża z widokiem na lazurową wodę Morza Południowochińskiego. Ale zanim się tam dotarło, mijało się mnóstwo dziwnych, pięknych rzeczy jak np. wielkiego piaskowcowego lwa albo ciągnącą się, długą fontannę zrobioną z kolorowych kafelków. Wszystko wydaje się, że nie trzyma się kupy, a jednak efekt daje bajeczny.

Sam pomysł na Singapur był taki żeby nie robić parków w mieście, a zrobić miasto w parku. Absolutnie wszędzie ciągną się pasy trawiastej zieleni.

Mieliśmy takie szczęście, że w każdym z miast, które odwiedziliśmy, spotkaliśmy i nawiązaliśmy kontakt z bardzo ciekawymi ludźmi. W Singapurze była to Elicia, która przyszła obejrzeć z mężem pewnego popołudnia nasz statek. Po dobrej godzinie rozmowy o wszystkim, Elicia zabrała mnie i trójkę znajomych do ogrodów By the Bay – niesamowitego roślinnego dzieła, które w połączeniu z muzyką i światłami daje absolutny cud świata. Elicia niestety z racji bolącego kolana nie mogła wybrać się tam z nami, ale dowiozła nas na tę stację metra, użyczyła nam nawet swoje karty żeby poruszać się komunikacją miejską. My poszliśmy do ogrodów na widowisko, a kiedy wróciliśmy do metra, tam Elicia czekała już z całą swoją rodziną, którą zwołała, bo uznała, że muszą nas poznać! 😀 Już mamy zaproszenie na kolejną wizytę do Singapuru z azjatyckim jedzeniem i osobistym przewodnikiem, którym ma być Elicia.

IMG_20181010_162908.jpg

IMG_20181011_112726.jpg

Nie przeszkadza im też zupełnie to, żeby do najważniejszych obiektów miasta przechodziło się przez skałę.

IMG_20181011_112611.jpg

IMG_20181011_191745_HHT.jpg

Magiczna droga na Sentosę.

IMG_20181011_114621.jpg

IMG_20181011_115948.jpg

IMG_20181011_123036_HDR.jpg

Wiecie – do Singapuru przylecieliśmy samolotem. Cały czas nie wiedziałem jak to jest w ogóle pływać żaglowcem. W drodze powrotnej z Sentosy postanowiliśmy jednak wrócić „Cable Car”, czyli takimi wagonikami zawieszonymi nad miastem. Co ciekawe, trasa była na tyle długa, że spokojnie można poruszać się tym jak komunikacją miejską. Wsiedliśmy, a ja mam lęk wysokości. Coraz to bardziej zaczęliśmy wzbijać się ku górze, robiło się mniej stabilnie – ktokolwiek z naszej czwórki się poruszył, powodował telepanie wagonikiem. Nawet nie wiem jaka to mogła być wysokość. Wszyscy mieli ubaw tylko ja kazałem wszystkim siadać, przestać robić zdjęcia i w końcu złapać stabilność. Chciałem zrobić zdjęcie, ale z racji, że się bałem to wyszło jak wyszło.

IMG_20181011_151239.jpg

IMG_20181011_151707.jpg

I pomyśleć, że potem trzeba było wychodzić na maszt :).

A tutaj ta zieleń.

IMG_20181010_133956.jpg

IMG_20181010_134032.jpg

I Gardens By the Bay

IMG_20181010_132728.jpg

IMG_20181011_195938_HHT.jpg

Elicia

IMG_20181011_183638_1.jpg

img_0464


Po Singapurze przyszły trzy tygodnie na morzu non-stop a kolejnym portem miał być Szanghaj. Ale z racji targów Expo i wizyty Sekretarza Chin, powiedzieli, że nas nie wpuszczą. No i klops. Na ostatnią chwilę udało się nam jednak zacumować do Hong Kongu – miasta dużo bardziej „londyńskiego” od Szanghaju, z bardzo dużą autonomią od Chin. Historia podobna jak w Singapurze – postkolonia brytyjska, na której wpływy rozszerzać próbują Chiny.

Tuż po wpłynięciu zobaczyliśmy bezlik drapaczy chmur. Wyglądało to spektakularnie ale przy bliższym spojrzeniu zobaczyliśmy, że często są to po prostu slumsy ulokowane w wysokich wieżowcach.

Doświadczyliśmy tam niesamowitych spotkań z Polonią – przyszła na statek tylko żeby posłuchać polskiego, niektórzy spędzili tam dobrych kilka godzin. Specjalnie brali wolne, żeby pomachać nam kiedy mieliśmy odpływać.

W Hong Kongu udało się naprawdę sporo zobaczyć! Dwa miejsca były dla mnie topowe – bo najbardziej chińskie, najbardziej mi obce. Pierwsze to dzielnica „Mong Kong” – absolutny przesyt sklepowo-neonowy. Człowiek po godzinie wymiękał od hałasu, jarzących w oczy świateł i wszędobyslkich produktów, które nie wiadomo do czego służyły a i tak chciało się je kupić. Nawet nie wiem jak to opisać. Najpierw był sznur gastronomii, gdzie w witrynach postawiane były akwaria z krabami, rybami, ślimakami i wszystkimi innymi…rzeczami? Przychodzisz do takiej restauracji, pokazujesz, który okaz ci się podoba, pani to wyjmuje, robi „ciach” i za kilka minut masz to na talerzu.

W Chinach obkupiłem się w herbatę oczywiście, a i tak szczędzę jej jak nie wiadomo co! I wiele innych rzeczy, m.in. zmielonego, sprasowanego kraba, który się klei, jest obrzydliwy a szkoda mi go wyrzucić. Na Mongkongu jest też nocny market z dziwnymi, chińskimi rzeczami do kupienia. Zupełnie moje miejsce i moje klimaty. Co takiego było? Słuchawki z lego, kimono, szlafroki wszelkiej maści, termosy – cały bezlik pierdół. Tylko pocztówek ani jedno stoisko nie miało. Był to taki bazar, na którym nie dało się nie targować chyba, że było się Amerykaninem.

Niech przykładem będzie przeprowadzony przeze mnie dialog (pani na straganie, która znała kilka słów po angielsku na krzyż ale głównie posługiwała się kalkulatorem, na którym pokazywała ceny).

„- Ile kosztują te długopisy?

-180 $

– a to dziękuję

-a ile pan da?

-20$

-*śmiech pani sprzedającej* daj pan coś zarobić. 160$

-20$

-120$

Widziałem, że to ciągle za drogo (chodziło o taki zestaw długopisów) więc bez kontynuowania rozmowy odwróciłem się i zacząłem iść dalej. Nie zdążyłem zrobić kilku kroków, jak poczułem, że ktoś łapię mnie za rękę. To ta kobieta, która nagle mówi:

-60$

ja odpowiadam:

– 20$

Znowu mnie wyśmiała, więc zacząłem iść dalej, zdążyłem zrobić już tym razem trochę więcej kroków, ale dalej ktoś mnie zatrzymał. Była to ta sama kobieta, już z zestawem długopisów, która kazała sobie za nie zapłacić 20 baksów.

A tutaj jedzenie na Mongkongu nocą.

DSC07856.JPG

GOPR3684.JPG

IMG_20181026_191232.jpg

img_20181027_193300

IMG_20181026_132248.jpg

IMG_20181026_173142_HDR.jpg

IMG_20181027_164357.jpg

IMG_20181027_192034.jpg

IMG_20181027_195602.jpg

IMG_20181027_191534.jpg

IMG_20181026_151513.jpg

bIMG_20181026_152138.jpg

Drugim miejscem był monaster Wielkiego Buddhy. Tam naprawdę dało poczuć się Azję! Mieliśmy trochę taki głód ujrzenia innego świata (cały Singapur i większa część Hong Kongu to jednak przetransponowana Europa).

A tam? Naprawdę wielki Wielki Buddha, ważący 250 ton. Największy na świecie. Może to trochę obrazoburcze dla mojego wyznania, ale w tym miejscu naprawdę chciało się modlić – położone poza miastem, miejsce kultu umiejscowione na jednej z wielu gór. U podnóża Buddhy – kompleks klasztorny, ciągle zamieszkiwany przez buddyjskich mnichów. Ach ta magia kolorów, innego świata i wiary!

GOPR1098.JPG

świętych krów sztuk dwie

IMG_20181028_154547_1.jpg

chcę być mnichem!

img_20181028_160912

img_20181028_160651img_20181028_165257

Nie sposób nie wspomnieć o odwiedzeniu także naszego miejsca kultu, czyli katolickiej katedry w Hong Kongu. Przeciekawe doświadczenie uczestniczenia w liturgii z osobami, które ze względu na wiarę są prześladowane.

IMG_20181028_115655.jpg

Niedziela to także jedyny dzień wolnego dla filipińskich opiekunek, które wyemigrowały do Hong Kongu. Widać przykrą skalę tego problemu. Na co dzień, mieszkają z rodzinami, u których pracują. Ciągle muszą być przy dziecku. W niedzielę natomiast dzieckiem zajmują się rodzice, więc te opiekunki są wolne, „mogą pójść na miasto”. I idą. Setkami przesiadując na dworcach, trawnikach, chodnikach. Absolutnie wszędzie. Szereg pań na kartonach po prawej stronie, to właśnie one.

IMG_20181028_125648.jpg

Ale jeszcze słowo o ostatnim hongkońskim miejscu. Miałem kaprys zobaczenia buddyjskiego mnicha (kto mnie lepiej zna, wie jak jaram się monastycyzmem, zakonnictwem itd). A tego, że znajoma miała zdjęcie z kilkoma mnichami to już w ogóle było dla mnie nie do przeżycia :D. Zaprowadziła nas do miejsca, w którym to zdjęcie zrobiła. Było to Chi Lin Nunnery – park założony i prowadzony przez buddyjskich mnichów, położony niemal w centrum miasta. Wydawać by się mogło, że zgiełk będzie nieunikniony. Ale kiedy weszliśmy przez bramę, dało poczuć się to coś. Przyćmiona wieczorem zieleń tego parku, w atmosferze buddyjskiej muzyki sprawiła, że każdy z nas (bo poszliśmy tam grupą) spontanicznie odłączył się od reszty. Nie spotkałem do tej pory w życiu lepszego miejsca na spacer z samym sobą.

Wejście

IMG_20181028_191811_HHT.jpg

IMG_20181028_192257_HDR.jpg

Można było wypić herbatkę w tea room za jedyne (jak dobrze pamiętam) 400$HK. Nie powiem – kusiło xD.

IMG_20181028_193253_HDR.jpg

Absolutna arkadia.

IMG_20181028_193853_HDR.jpg

Razem z Anią wybraliśmy się w miasto, kiedy dostaliśmy we dwoję przepustkę ze swojej wachty służbowej (w porcie na statku też się pracuje). Chcieliśmy zjeść coś chińskiego u „lokalsów”. Poszliśmy do takiej knajpy na obrzeżach miasta, gdzie starsi panowie grali w nieznane mi gry, było mnóstwo Chińczyków, a turysta budził od razu zdziwienie. Małym druczkiem ale na karcie posiłki opisane były także po angielsku. Ania miała chęć na bitki wołowe. Zaznaczyliśmy swoje preferencje (ja wybrałem coś co wyglądało jak najmniej podejrzanego). W ostatniej chwili mówię do Ani – „Ania…ale tak mi się przypomniało, że beef balls nie znaczy tyle co bitki wołowe a raczej bawole jądra”. Ania mało nie puściła pawia, ale zdążyła zmienić zamówienie. Koniec końców, mój przysmak okazał się zmielonymi chrząstakmi mięsa owiniętego w kapustę, a Ania dostała kurze stopy do takiego gryzienia sobie. Jakże miło :). Zamówiliśmy też „deser” – w końcu nie wiemy czy to była tylko dziwna galaretka czy zastygły tłuszcz.  Nie polecam chińskiego żarcia absolutnie xD. Na najlepszym jedzeniu na jakim byliśmy w Hong Kongu to koreańska knajpa.

IMG_20181027_154041.jpg

Przy całym moim szczęściu do spotykania ekstra ludzi, stojąc na przystanku podszedł do nas takich chłopak. Maciek miał na imię. Usłyszeliśmy tylko – „wow, Polacy! Gdziekolwiek jedziecie, jadę z Wami, chcę po polsku sobie pogadać”. I tak spędziliśmy cały dzień 😀 . Maciek jest z Warszawy, obecnie studiuje w Tajwanie, nie było go w Polsce już dobre kilka miesięcy.


Przyszedł czas na Japonię. Przed wyjazdem najwięcej osób zazdrościło mi właśnie tego kraju, a ja tak się dziwiłem. Koniec końców sam się zakochałem. Singapur i Honk Kong były wstępem do pobytu w Osace! A raczej w Osace, Kioto i Narze – bo te miasta udało mi się zwiedzić. Już na początku pobytu w Japonii, na statek przyszła Iza – Polka, która od 23 lat mieszka w Osace. Wcześniej nie podróżowała jakoś dużo, ale jako nastolatka postanowiła, że wybierze się do Japonii. I tam została. Niesamowita kobieta i jej historia! Założyła rodzinę, pracuje, zna japoński co wcale nie jest takie oczywiste. Iza już tego samego wieczora jak się poznaliśmy (a raczej jak poznała się z Anią, a Ania poznała mnie i dwóch kolegów z Izą) zabrała nas na Nambę – trochę taki odpowiednik Mongkongu w Japonii, tylko dużo bardziej schludny. Później poszliśmy na prom z prześmieszną przewodniczką – pewnie po 70tce, ale miała tyle werwy, że do tej pory boki zrywam. Potem oczywiście, jak to ja – musiałem podejść i zagadać. Okazało się, że owa pani bywa w Polsce – przylatuje do Torunia, do przyjaciela, który pracuje w bibliotece. Swoją drogą – też zabawne, że od razu jak zeszliśmy ze statku, poszliśmy na prom po miejskiej rzece.

Z Izą naprawdę przez trzy dni zdążyliśmy się po prostu zaprzyjaźnić! Każdego wieczora zabierała nas na sushi do takich rodzinnych knajp, gdzie…wybaczcie, jedliśmy sushi, zupełnie nieporównywalnie lepszego do tego serwowanego w Polsce! Nie dość, że było dużo tańsze, bardziej wydziwiane, to 14x smaczniejsze. Iza specjalnie wzięła wolne w pracy. Po tym jak zwiedziliśmy już dobrze Osakę, zabrała nas swoim autem do Kioto i Nary – dawnych stolic Japonii.

A sama Japonia? Zawsze świetnie ubrana, nowoczesna, choć starzejąca się. I przyjazna przede wszystkim! Tam człowiek nawet będąc w dużym mieście, czuje się przytulnie. I tam azjatyckie żarcie bezsprzecznie wygrało. Z Izą ciężko było nam się rozstać. Poznaliśmy jej historie, a ona nasze. Spotkaliśmy się z jej rodziną, psem. Tyle co mogliśmy jej ofiarować za ten niesamowity czas to polski chleb, za którym tak tęskniła :). A teraz czekamy na Izę w Polsce!

img_20181113_155436

gofry z nadzieniem budyniowym, fasolowym i zielonej herbaty XD

img_20181112_140640

japońskie lekcje 🙂

img_20181112_121716

img_20181112_150702

img_20181112_132752

sushi-żercy

img_20181113_202012

img_20181113_151040

Co ciekawe, to nie żadni przebierańce. Mnóstwo Japończyków ubiera narodowe stroje w takich publicznych miejscach.

img_20181113_120204img_20181113_120258

A tutaj największa na świecie budowla z drewna.

img_20181113_161808

img_20181112_132426

img_20181112_151522

IMG_20181113_121144.jpg

wróż na telefonie 🙂

img_20181113_135656

Ciekawą kwestią było to, że często my, Europejczycy byliśmy dla nich niesamowitą atrakcją i sami chcieli się z nami fotografować.

46055160_346928456042631_5808862449440391168_n

img_20181114_221704_hht

Powyżej prezent od Izy na pożegnanie.

Udało mi się także zwiedzić (podobno) największe akwarium na świecie. Niesamowite!

img_20181114_153926

img_20181114_160411

img_20181114_161150

img_20181114_163344

Morał tego wszystkiego taki, że mimo różnic, które niestety tak szybko już się zacierają, mimo różnych ziem, z których pochodzimy – wszyscy ulepieni jesteśmy z jednej gliny. Za przykład niech posłużą ostatnie fotki, które do złudzenia przypominają nasz kult. Całe szczęście, udało zobaczyć się jeszcze jakieś ostatki kulturowości. Globalizacja jest jednak przykra. Choć zwiedzanie tych miejsc jeszcze 50 lat temu, wyglądałoby na pewno jeszcze inaczej.

img_20181028_164654

img_20181028_161851

img_20181112_151837

święta głupota

17 cze 2017

Dzisiaj o tym, że nie powinniśmy bagatelizować bagateli w naszym życiu.

Hm. Kim jest chrześcijanin? Kim jesteśmy? Co robić?

Są pewne podstawowe wartości, których „należy” przestrzegać – z tym oczywiście nie ma dyskusji. Ale czy to wszystko? Czy to wystarczy?

I to jest prawdziwy sprawdzian! W jakich sprawach jesteśmy chrześcijanami. Bo tak naprawdę, chrześcijanin powinien dać zrobić się czasem „w bambuko”. Jezus nie był pragmatykiem. Choć Mateusz faktycznie podkreśla, że „po owocach ich poznacie”, to mamy tutaj inny kontekst i nie uważam by była to jakakolwiek nadinterpretacja.

Zostawmy X przykazań i wszystkie inne normy, które dobrze znamy. Ograniczając się tylko do nich, wyszłoby na to, że jesteśmy wyznawcami Chrystusa przy specjalnych zadaniach, w konkretnych momentach życiowych. A tak nie jest. Bo kiedy w sklepie jest dłuuuga kolejka, a pani właśnie idzie otwierać kasę, nie pędź – nie musisz być pierwszy; będąc na początku, inni poczekają dłużej. Kiedy ktoś potrzebuje pieniędzy, odrzuć pragmatyzm i nie myśl co naprawdę z tą kasą się stanie – zrób swoje, pomóż (oczywiście tu dochodzi kwestia tego, czy nie przyczynisz się czasem do rozwoju zła w czyimś życiu, co jest innym tematem) i bądź dobry. Kiedy niemal cały rocznik ściąga na egzaminie, nie rób tego – daj się wyprzedzić – po prostu będziesz miał gorszą ocenę (a i to niekonieczne). Kiedy kolejny raz wziąłeś w sklepie coś niepotrzebnego – odłóż to skąd wziąłeś – odwal robotę za pracownika, który dostaje za to hajs.

No i co z tego? Od razu powiem – nie chciałbym być odebrany jako zwolennik (1) spychania na bok ludzi, którzy nie dość, że są (2) łatwowierni to i (3)głupi. Ale na dobrą sprawę – tej głupoty właśnie nam trochę potrzeba.

Oczywiście można mówić piękne zdania „w naszym życiu, tego czego nie widzimy, widzi Bóg” – racja, tak jest, ale nie jestem mistykiem, żeby mi to nagle ułatwiło całą sprawę. Jednak, kiedy czynimy coś na pierwszy rzut oka – bezowocnego, coś jakby niewidzialnego, a głębię widzimy tylko my – czy to nie jest jakiś piękny, duchowy level up? Na pozór banał – ale zobaczcie jakie to trudne! Wow, naprawdę trzeba być wyczulonym i baczyć na to żeby znaleźć swoją okazję do popełnienia „głupoty” – to może nas zbawić. Głupota rozumiana oczywiście przez kogoś obok – tak czynić, de facto jest mądrością.

Od kilkuset lat rządzi ludzkością kapitalizm, który rzeczywiście może poszerzać godność człowieka. Jednak spirala jest już tak nakręcona, że inne podejście do życia wydaje się absurdalne i niepraktyczne. Czas się tego oduczyć. Nie idźmy na łatwiznę, oceniając siebie przez naszej pracy.

Ulec głupocie. Nie patrzeć na korzyści. Patrzeć na to co robię teraz i na co mam wpływ – bez wypatrywania w dal naszych cudotwórczych pomysłów. Nie bądź pragmatykiem. Daj się zrobić w balona.

 

ks. Szydło

27 maja 2017

ksieza-koloratka

Jest czas święceń kapłańskich. Dzieje się coś mistycznego – dotychczas zwykli faceci stają się naznaczeni, chcą nieść światu prawdziwego, wcielonego Jezusa.

Ręczę, odważę się nawet napisać – że za wszystkich neoprezbiterów, że właśnie tli się w nich dzisiaj nieopisana idea, ten dzień zmieni w ich życiu niemal wszystko, w końcu dostąpią tego czego od tak długiego czasu pragnęli.

Jednak zaistniał w Polsce mały wyjątek – księdzem został syn Beaty Szydło. I co z tego?

Abstrahując od komentarzy typu „ale jeśli będzie takim głupim, jak głupia jest jego matka, to współczuję” aż po te „no to teraz mamy jasną deklarację, że rządzących mamy wspaniałych, bo ich dzieci zostają księżmi”. W dniu święceń tego człowieka, jednocześnie zaszła narodziła się jego tragedia.

Tutaj kumulują się dwie tendencje, które nad wyraz  występują w Polsce – deifikacja władzy; Polacy poszliby w ogień za swoimi poglądami politycznymi, odmiana prawicowa wyznaje nierozłączną więź tronu z ołtarzem. Druga z tendencji – polscy księża są, jak chyba nigdzie indziej, na świeczniku; choć co prawda nadal dominuje trend pozytywny wobec kleru – księża to Ci, których głaskanie przybliży nam zbawienie oraz ci, którym nosi się kwiatki w Wielki Czwartek.

Co z tym biednym synem Pani Premier? 27 maja, 2017 r. nikomu, tak bardzo nie współczułem jak jemu. Patrząc zupełnie obiektywnie – zauważmy w jak tragicznej sytuacji się znalazł. Pójdzie ten Tymoteusz na jakąś parafię pod Oświęcimiem i zostanie od razu zaszufladkowany – część, bez niczego będzie go ubóstwiała, uznawała za tego wybrańca spośród wybranych, będzie gloryfikowała każdy gest a nie zbaczała na błędy. Druga część – równie skutecznie go zaszufladkuje, tylko przeciwstawnie – oczywistą sprawą będzie to, że nie pójdą do niego do spowiedzi, oni już wiedzą, że jest zły, wszelkie starania tego młodego księdza będą jak psu na budę. Dlaczego? To jak dani ludzie go zaszufladkują, będzie zdeterminowane ich poglądami politycznymi. Kto za PiSem – święty ksiądz! Kto przeciw – wiadomo, że łajdak.

Zamiast się podniecać, że syn głowy rządu po raz pierwszy został duchownym a także zamiast biadolić, że Kościół to teraz jeszcze bardziej jest upolityczniony, a ekipa rządząca czapkuje klerowi – spójrzmy na dramat tego jednego człowieka. Przecież on tego nie chce. On chce być traktowany normalnie, chce wcielać swoje motywacje kapłańskie jak jego koledzy. Ma świadczyć pokorną postawą, a widnieje na wszystkich portalach. Odpuśćmy. Dajmy mu się wyłączyć na Sens. Polityki naprawdę nie da się wepchnąć wszędzie. A to naprawdę może zrobić krzywdę temu człowiekowi. Trzeba odpuścić.