Między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem zeszłego roku, dowiedziałem się o konkursie organizowanym przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Akademię Morską w Gdyni. Do zgarnięcia był udział w Rejsie Niepodległości oraz uczestnictwo w Światowych Dniach Młodzieży w Panamie. Nie oszukujmy się – wśród wszystkich moich zainteresowań, na pewno nie mógłbym wymienić żeglarstwa.

Na ŚDM w Krakowie obiecałem sobie, że gdziekolwiek by nie było kolejne Spotkanie Młodych to muszę tam być. No i klops. „Panama. Przecież to koniec świata. Nie dostanę się tam”. Mimo to, obietnica dla samego siebie ciągle obowiązywała. Powyższy konkurs był moją ostatnią deską ratunku. Najpierw trzeba było zdobyć głosy pod zdjęciem swojej małej ojczyzny. Zdobyłem pierwsze miejsce. Drugim etapem był test wiedzy. Zdobyłem maksymalną ilość punktów. Tak więc zostałem pierwszym laureatem konkursu Rejsu Niepodległości. Choć i tak główną nagrodę zgarniało 400 osób z całej Polski, to udowodniłem sobie, że chcieć to móc.
Później przyszedł moment wyboru odcinka. O ironio, jak myślę o tym czym się kierowałem. O Afryce marzyłem od dzieciństwa, więc pomyślałem, że mój zapał i tak w najbliższym czasie mnie tam zaniesie. Ameryka Północna? Mam tam przyjaciół, a poza tym to epicentrum globalizacji – co w tym fajnego? Została Azja, o której ani nie marzyłem, ani nie planowałem. „No to dobra. Niech będzie Singapur-Hongkong-Osaka”. I tak się stało.
Przez cały czas przygotowań do Rejsu, żyłem w błogiej nieświadomości, że będzie to podróż życia, przedłużenie wakacji, relaks. Wszyscy mówili, że bycie załogantem statku wcale tak nie wygląda, ale ja wiedziałem swoje. Po drodze z okazji Rejsu odbyłem spotkanie z Papieżem Franciszkiem i szkolenie w Szczecinie, które pozwalało w ogóle wypłynąć w głębokie morze. Przyszedł wrzesień, czas zakupów i pakowanie. A nie… przepraszam. Pakowanie zacząłem niecałą dobę przed wylotem. No tak, jakbym nie znał siebie. Jeszcze zanim o tym co na statku, chcę bardzo dosadnie podkreślić – nie miałem absolutnie żadnego doświadczenia z żeglarstwem, z pływaniem po morzu ani nic podobnego.
Przylecieliśmy do Singapuru. Zatrzymała mnie ściana wilgotnego i gorącego powietrza, z czym nie spotkałem się dotąd nigdy wcześniej. Tuż po tym jak wysiedliśmy z autobusu, który przewiózł nas z lotniska pod statek, usłyszeliśmy gromkie „WTAMY W AUSCHWITZ, KU*WA!”. Byli to praktykanci, których przylecieliśmy zamienić na pokładzie „Daru Młodzieży”. Pierwsze przerażenie. Na drugie nie trzeba było czekać aż tak długo. Kiedy dotarliśmy na keję (miejsce zacumowania statku), okazało się, że nie możemy wejść na pokład, ponieważ trwa bankiet. I tak, siedząc na walizkach, głodni, spoceni, po kilkunastu godzinach podróży, musieliśmy czekać na bruku. Okazało się, że nie ma dla nas posiłku. Po zakończonym bankiecie rzuciliśmy się na pozostałości szwedzkiego stołu. Przerażenie brało mnie coraz bardziej widząc wychodzącą z nas zwierzęcość, o której to słyszałem, że na statku się potęguje. „Przetrwają najsilniejsi” żartowaliśmy między sobą. Pierwszy posiłek na mesie (stołówka) pamiętam, że zjadłem na kawałku kartonu po wodzie, bo nie było czystych naczyń. Wszystko wróciło do porządku kiedy wypłynęliśmy z Singapuru. Wtedy załoga mogła się za nas zabrać i przywrócić „Darowi” określony rytm i reguły.
Życie na statku nie zatrzymuje się nigdy. Od północy do 4 i od południa do 16 pracuje wachta I, od 4 do 8 i od 16 do 20 pracuje wachta II, a od 8 do południa i od 20 do północy pracuje wachta III. Dostałem przydział do wachty II. Według mnie, do tej, która wymagała najwięcej heroizmu, z racji godzin pracy i bosmana. Żeby było jasne – czasami mieliśmy tzw. „stand by”, czyli musieliśmy przebywać na pokładzie w gotowości, nie świadcząc pracy. Były zwykle od godziny 4 do 6 rano, ja przyznam szczerze, że na sen spożytkowałem stand by-ów może z 4-5, czyli niedużo. Temperatura, dźwięk silnika czy wentylatora i świadomość, że buja (więc niewykluczone, że przy większym przechyle mogę wypaść) na pójście spać mi nie pozwalało. I pamiętam tę złość, kiedy musiałem szorować wyszorowany pokład jeszcze przed wschodem Słońca, irracjonalnie polerować mosiądz, który w ciągu doby zaśniedzieje ponownie, szorować drewno papierem ściernym, który był już tak wytarty, że raczej przypominał atłas – a to wszystko w imię snu. Uwierzcie, marzyłem tam o pracy żeby na przykład wyczyścić podłogę szczoteczką do zębów. I to wcale nie dlatego, że mam elektryczną. Przy takiej robocie widziałbym przynajmniej efekty pracy.
Co trzy dni przychodziła szansa na przełamanie rutyny. Bowiem każda wachta pełniła służbę zwaną „dobówką” – a że wacht było trzy, tak więc te zadania się rozkładały w takim trzydniowym systemie. Funkcji było dużo – kuchnia, pentra, maszynownia, WC itd. W maszynowni czułem się jakbym to ja korbką zasilał silnik, było tak gorąco. Na pentrze miałem „fuksa” – w przerwach od pracy akurat ogłaszano alarm do żagli, tak więc na odpoczynek nie mogłem liczyć żaden. Bywały dni gdzie byłem w pracy ciągiem przez 18h, z półgodzinną przerwą na przebranie się. Trzeba też dodać – na statku nie ma urlopów ani dnia wolnego. Nie mogłem pomyśleć sobie „wyśpię się jutro”, tylko myślałem „wyśpię się za 35 dni” czyli po powrocie do domu. Los dodatkowo chciał, że w kubryku (czyli w pokoju, w kajucie) było nas 10 chłopa, a wśród nas byli przedstawiciele wszystkich wacht. Dlatego sen był szarpany – bo ktoś wracał o północy z wachty, ktoś na nią szedł i tak w koło Macieju co 4h.
Oprócz takich oczywistych kwestii hartujących charakter, o których powyżej, dochodziły też inne. Między innymi podporządkowania się. Statek to pierwsze miejsce, na którym swoje wieczne „hej do przodu!” musiałem głęboko schować. Dużo chętniej ustawiałem się teraz jako ostatni w szeregu. Podczas jednego z oprowadzań turystów po pokładzie, jeden pan zadał mi pytanie czy mamy też majtków. Odpowiedziałem – „tak, ja nim jestem”. Tutaj też uwierzyłem, że równouprawnienie jednak istnieje. Już pierwszego dnia kiedy dokonywaliśmy załadunku 8 ton wody butelkowej stojąc w rzędzie i podając paczki systemem „podaj cegłę”, kartony musiał dźwigać każdy – chłopaki i dziewczyny. Przeraziłem się przy podaniu pierwszej paczki Oli, kiedy zaskoczona wagą nie uniosła jej i ją opuściła, a czekało na nas co najmniej kilkadziesiąt, lub kilkaset takich. Przez pierwsze 10 paczek narzekała, potem już była cicho. Nie było wyjścia.
Wiem, że 3/4 populacji uważa, że ma lęk wysokości. Jednak czym innym jest normalna obawa przed niecodzienną wysokością a czym innym paraliżujący lęk, który w pewnym momencie blokuje tak, że nie jesteśmy w stanie zrobić nic. Wiedziałem, że na statku trzeba wchodzić na maszty, ale to była kwestia, o której nie mogłem myśleć w czasie starań o wygraną w konkursie, bo to skutecznie odcięłoby cały dopływ motywacji. I tak oto przyszedł dzień szkolenia z wchodzenia na maszt. Maszt ma 54 metry. Oczywiście nie wchodziłem na sam czubek, pierwszego razu pokonaliśmy 20 metrów. Na otwartym morzu, gdzie buja, wieje wiatr, o statek uderzają fale, mam się wdrapać na 20 metrów? Przecież to już całkiem niemały budynek. Aha, no i nie wspomniałem – prawie całą drogę ku górze pokonuje się bez zabezpieczenia. Są dwa momenty zapięcia – kiedy wchodzi się na reje (z racji tego, że po wejściu na reje bardzo często ma się pod sobą już samą wodę, no i stoi się tylko na lince, głównie utrzymując równowagę rękami) oraz kiedy wspina się na platformę – z drabinek trzeba wejść na taki podest – niebagatelna sprawa, bo robi się to za pomocą metalowych uchwytów, po których można się wspiąć podciągając się (leży się plecami do morza, wtedy polega się głównie na swoich rękach).
Te małe ludziki to kadeci, czyli my. Po co tak wchodzić? A bo przymocowany do reji żagiel trzeba jakoś rozwinąć 🙂 . Ja do końca nie poszalałem z wchodzeniem na maszty – przy alarmach do żagli (kiedy to trzeba było wchodzić szybko na górę, żeby zająć się żaglem) zawsze wolałem na pokładzie ciągnąć liny. Jednak największy podziw mnie brał, kiedy było już po zmroku, nie było oświetlenia poza tym statkowym, morze było bardzo niespokojne, a niektórzy wbiegali na bombram, czyli na wysokość 50 metrów. Chapeau bas.

Pamiętam pierwsze wejście na maszt. Mówię do bosmana, że no niezbyt chciałbym tam wchodzić, bo mam lęk wysokości. Rzecz jasna, zmusić mnie nie mógł. Jak się później okazało komendant też podkreślał, żeby nie katować się psychicznie i odpuścić. Ale kto bosmana Brylanta zna, ten wie, że z nim nie ma dyplomacji ani rozczuleń. Zjechał mnie wzrokiem i powiedział „zapie**alaj chłopczyku, nawet nic nie mów”. No to zacząłem wchodzić. Na wysokości kilku metrów, bosman, nie wiedzieć skąd znał wtedy moje imię, krzyknął „Przemysław, ci*o, zapie**alaj!”. Doszedłem do pierwszej platformy, tam czekał na nas Janek i Marysia, którzy tłumaczyli nam jak się na ten podest wspiąć. I pamiętam ten moment, między wantami a platformą, kiedy to tak mocno złapałem się oburącz jednego uchwytu, że nie mogłem go puścić. „Marysia, proszę, mów jak do debila co mam robić”. Ale na nic to nie dało, bo mój mózg nie przyjmował do wykonania żadnego z poleceń. Po prostu nie mogłem się tego puścić, bo byłem przekonany, że z tych 20 metrów wpadnę zaraz do morza. Marysia zobaczyła, że mózg się nie słucha, i sama, palec po palcu, zaczęła ściągać moje ręce z tego uchwytu. Całkowity paraliż. Ręka w końcu odpuściła i złapała się want.
Dzień przed dopłynięciem do Osaki, zdecydowałem się przełamać swoją barierę i wspiąć się jeszcze wyżej, na wysokość jakichś 40 metrów. Chyba ze trzy razy próbowałem zaatakować wantę, żeby wspiąć się wyżej ale psychika nie pozwalała. Na górze czekała już Ania. W końcu się przełamałem i zacząłem, stopień po stopniu iść do góry. W połowie drogi, Ania krzyknęła do mnie z góry, widząc moją niepewność: – „Przemek ale jesteś pewien?”. Na co ja bez zastanowienia, ale przerażony odpowiedziałem: – „Ania, ku**a, nie w takim momencie takie pytania!#%#@!!”. Jak już wszedłem to z euforii zaśpiewałem kilka piosenek a potem zacząłem zastanawiać się jak stamtąd zejść.

Tak ciężko pisze się o pływaniu. Tam każda godzina jest inna od tej na lądzie. Faktycznie można poopalać się na pokładzie, ale jeśli już po pierwszym dniu jesteś oparzony tropikalnym Słońcem, to potem wolisz schodzić do klimatyzowanego kubryku i tam odpoczywać. Można tam zgłupieć i pozagryzać się – stąd jest cała ta praca. Tworząc hermetyczne miasto, gdzie jest się odciętym od rozrywkowych dobrodziejstw, które daje ląd, człowiek szuka jakiegokolwiek ujścia dla swoich potrzeb. Takim ukojeniem była dla nas Msza święta. Choć uczestniczyło w niej w porywach do kilkunastu osób ze 170 na pokładzie, to coś w tym było. Trudności było bardzo dużo. Trwoga o to, że wiatr porwie zaraz jakieś naczynie liturgiczne, brak skupienia, bo owad, który pierwszy raz w życiu widzę usiadł księdzu na albie, przeszkoda w przeżywaniu, bo wiatr zagłusza wszystko to co właśnie na Mszy powiedziano – to wszystko tam było. Nie ukrywam, że to nie był jakiś czas rekolekcji, medytacji ze Słowem Bożym – brakowało albo czasu albo sił. Ale mimo to, człowiek w całym tym trudzie szukał cały czas tego samego, w tym samym – w Bogu.
Były też inne rzeczy – szkoła gry w brydża, dwa razy zorganizowaliśmy dyskotekę, był Dyskusyjny Klub Filmowy raz w tygodniu, Komendant zorganizował Międzyoceaniczne Zawody w Podciąganiu na Drążku. Było też śpiewanie szant, piosenek religijnych, były wielogodzinne rozgrywki karciane, nie zabrakło wychodzenia na kisielek, które na statku można by porównać do wizyty w restauracji Gordona Ramseya. Za czym będę tęsknił najbardziej? Ano za tą wspólnotowością – w powrocie do domu obawiałem się najbardziej tego, że w końcu przyjdzie taki czas, że trzeba będzie zjeść posiłek bez towarzystwa, wręcz – w samotności. Po raz kolejny uświadomiłem sobie jakim jestem socjalnym zwierzęciem.

Bardzo cieszę się z mojej kubrykowej kompanii – mieliśmy cały zestaw ludzi; informatyka, fizjoterapeutę, dwóch prawników, dwóch ekonomistów, polonistę, Belga, oceanotechnika i inżyniera. Dobrze się dogadywaliśmy, jeszcze lepiej wkurzaliśmy 😀 . Nasz kubryk był traktowany przez innych jako ten z typu „robimy imprezę? chodźmy do nich”. Co też ciekawe, gdyby przyszedł ktoś z zewnątrz, pewnie pomyślałby, że jesteśmy bandą nierobów (choć jak się okazało potem, faktycznie kilku takich mieliśmy 😛 ), ponieważ zawsze ktoś u nas spał. A było to spowodowane oczywistą sprawą – każdy kiedy indziej zaczynał dzień. Dla jednych dzień zaczynał się o 23.30, bo wtedy budzili się do pracy, dla innych o 6.45 – wstawali wówczas na zaprawę poranną, choć mieli jeszcze ponad godzinę do wachty. Na statku życie nigdy nie umiera. Cały czas ktoś śpi, cały czas ktoś pracuje. Pływające miasto z miesięcznymi zapasami dla 170 osób, które ma swojego kapelana, szpital z lekarzem i pielęgniarzem, zużywa 8 ton paliwa dziennie, a jego żywot nie zależy od nastrojów jego mieszkańców (bo i tak zawsze muszą być tak samo wydajni), a tylko od czynników zewnętrznych – od natury.
A ta dała się nam dobrze poznać w czasie pobytu na statku. Rzeczy, której nie są w stanie opisać żadne słowa ani odtworzyć żadna pamięć to widoki, które dzień po dniu serwowało nam morze. Pierwsze tygodnie, wyłączając pierwsze dni Rejsu, należały do bardzo spokojnych, w zasadzie długi czas płynęliśmy na flaucie. Były dni praktycznie bez fal, w lustrze wody można było oglądać odbicie „Daru”. Podziwialiśmy wtedy w oddali skaczące delfiny, nocą obserwowaliśmy świecący plankton w wodzie a przez cały miesiąc wynurzały się latające ryby. Moja wachta pracując w specyficznych godzinach miała przywilej pracy przy wschodzie i zachodzie Słońca. A te były każdego dnia tak różne! Raz z nutą fioletu, innym razem zupełnie czerwone, czasem pomarańczowe, zdarzało się, że Słońce tańczyło wespół z Księżycem. Niezliczone kombinacje i spektakl piękna stworzenia. Pamiętam też, że był piękny moment, kiedy nocą przepływaliśmy blisko wyspy Okinawa. Tak jak tygodniami nic nie pojawiało się na horyzoncie, tak wtedy mogliśmy zobaczyć paletę różnych świateł, które docierały do nas z tamtejszych miejscowości. Tak jak mówię – pamiętam, że był taki moment, samego obrazu nie jestem w stanie odtworzyć, z resztą jak chyba nikt. Będąc wówczas tego świadomy, przeżywałem niesamowite uczucie – „PATRZ, PATRZ, TO JEST NIESAMOWITE – TEGO JUŻ NIE BĘDZIE, TEGO NIE OPISZESZ, TEN OBRAZ NIE BĘDZIE W STANIE ZAPISAĆ SIĘ W TWOICH SZARYCH KOMÓRKACH. PATRZ!”. W konkursie na najpiękniejsze widoki wygrało niebo ze swoimi gwiazdami. Uwielbiałem wieczorami, po zmroku, wybrać się na dziób statku, pośpiewać coś sobie pod nosem i pokontemplować feerię tych żaróweczek, które są przymocowane gdzieś tam we wszechświecie. A widok ten cieszył mnie zawsze dwa razy – przed zaśnięciem i po przebudzeniu. Kiedy zaczynałem wachtę o 4, zachwycony całym bezlikiem gwiazd, od razu rozbudzałem się na myśl jak bardzo kocha mnie Bóg, że to stworzył!
W pewnym momencie samo bujanie zaczęło być dla mnie tak przyjemne. Kolega Łukasz trafnie powiedział, że czuje się na „Darze” jak w kołysce mamy w niemowlęcych latach. Pewnego dnia, podczas projekcji filmowej, oglądaliśmy dokument ze zdobywania przez naszą „łajbę” przylądka Horn jakieś 30 lat temu. Oglądając to robiłem takie WOW, jak oni tam płynął, co oni robią. Musiało minąć naprawdę kilka dobrych chwil kiedy uświadomiłem sobie, że jestem na tym samym pokładzie i robię właśnie to samo co oni wtedy – płynę.
Po wizycie w Hongkongu zaatakował nas tajfun. Sztorm zaczyna się już przy 8 stopniach w skali Beauforta, my mieliśmy ich 12 (maksymalny wskaźnik). Czyli huragan. Całe szczęście, że nie było deszczu, bo nie wiem jak wtedy wyglądałaby rzeczywistość, ale ogólnie i tak było mokro. Bywały fale, które przykrywały nadbudówki statku, czyli około 12-metrowe. Komendant, znając pogodę z prognoz, ostrzegał „przygotujcie się na pacyficzny rock’&’roll”. Jednych ścinała choroba morska z nóg tak, że byli przyspawani do miski, albo – kogo zaskoczyła bardziej znienacka, wiła delikwenta po korytarzach, zmuszając do niekontrolowanych haftów. Choroba morska to nie tylko wymiotowanie, ale też bardzo duże otumanienie, zmęczenie – w ten sposób doświadczyła właśnie mnie. Przyznam, że dosyć szczęśliwie.
Tajfun? Jak się później dowiedzieliśmy, załoga zawodowa bardzo mocno to przeżyła, obawiali się faktycznie o nasz statek, jednak mam wrażenie, że dla nas – dla kadetów, był to czas naprawdę dobrej zabawy. Kiedy podskakiwaliśmy po uderzeniu fali w statek, nagle lądowaliśmy w innym miejscu. Samo chodzenie po korytarzu było całkiem zabawne, kiedy najpierw niekontrolowanie się biegło, a potem nagle zatrzymywało. Bywały też sytuacje, że budziłem się bez kołdry, bo któraś z fal mi ją porwała. Jeśli nie pozamykało się szafek na klucz, to też można było liczyć na niespodzianki w postaci pustej szafy.
Mniej śmiesznie było, kiedy dostałem dyżur na pentrze w czasie tak dużego sztormu. Nie dało się nałożyć obiadu, zmyć talerza, wyrzucić resztek – wszystko latało. Po powrocie z przerwy mieliśmy naprawdę niemałe zaskoczenie. Pobite naczynia, cała reszta nie na swoim miejscu. Gary z herbatą i zupą były miotane po stołówce tak tylko jak chciała tego nadchodząca fala. Żeby spokojnie zjeść, trzeba było podkładać pod talerz widelec, żeby wyrównał przechył. Nigdy nie zapomnę, kiedy na śniadanie jadłem kanapkę z dżemem a w statek uderzyła spora fala – kanapka została w ręce, ale dżem z kanapki jak z procy wystrzelił na podłogę. Podczas nocy, w czasie, której zanotowaliśmy 12-tkę Beauforta, wiatr powyrywał kilka desek, złamał uchwyty do trzymania lin, porwał same liny i żagle. Takiej siły jaką potrafił nam sprezentować wiatr, nie miałby nawet rosły koń. Sytuacją, którą ciągle mam przed oczami jest jeden z alarmów do żagli. Cała wachta została rozdzielona na dwie grupy – jedna miała ciągnąć fał, a druga szot żagla. Pierwszy raz zdarzyło się nam tak, że nie mogliśmy poradzić sobie z liną. Dwadzieścia kilka osób nie było w stanie jej pociągnąć. Walczyliśmy z wiatrem. Jednak zaczęło dziać się coś bardziej niepokojącego. Lina do ustawiania żagla zaczynała nas wciągać. Kiedy my pociągnęliśmy jakieś 10 cm liny, ona zaraz zabierała nam jej 15 cm. I tutaj nie chodziło wcale o ciężar pracy, ale o niebezpieczeństwo. Bartek, który jako pierwszy wciągał linę, był bliski od poświęcenia swoich rąk. Dłonie co moment, zamiast oddalać się, przybliżały się do metalowego bloczka, który mógł zaraz mu je wciągnąć. Wyjścia były dwa – albo linę puścić a ona pewnie oddałaby nam z wielką siłą, do tego podarłby się maszt, albo ciągnąć w zaparte, nie wiedząc co zaraz się stanie – czy ręce Bartka nie wylądują w środku bloczka. I to przerażenie bosmana i oficera, którzy zobaczyli co się dzieje a do czego może jeszcze za moment dojść. Na statku rozległy się krzyki dziewcząt, rzucano stekiem przekleństw, nikt nie wiedział jaka sytuacja jest na przodzie, bo zasłaniał nam ją wianuszek ludzi ustawionych do ciągnięcia liny. Żadne rozczulanie ani przerażenie wtedy nie mogły pomóc. Wiedzieliśmy, że moc mamy tylko w rękach i tylko nimi możemy pomóc. To trwało sekundy, a lina zamiast być przez nas wciągana, wciągała nas. W końcu oficer wrzasnął „wszyscy z pokładu do szota!”. I tak w 45 osób w końcu wybraliśmy tę linę, Bartka ręce choć bliskie tragedii, zostały uratowane.
A żagiel, który z taką trudnością wciągnęliśmy, zaraz i tak się porwał.
Bywały kryzysy – i fizyczne i psychiczne. Pamiętam jak zostało 4 dni do końca Rejsu. Ja ze swoim instruktorem miałem bardzo poważną kosę, pracy im bliżej portu tym było więcej, nie ukrywam też, że po miesiącu czasu był przesyt niektórych rzeczy czy osób. I wiecie? Nie myślałem wtedy „jeszcze 4 dni i będzie spokój” tylko mówiłem sobie „nie, nie wytrzymam tych 4 dni, chcę wrócić teraz!”. Ale statek to miejsce gdzie człowiek nie ma nawet możliwości się poddać.
Właśnie w całej tej trudności życia na statku, w tym zaskoczeniu, próbie charakteru, w tym zdeptaniu swojego życiowego komfortu – w tym jest piękno tego co tam przeżyłem. Oczywiście, że wybrałbym się jeszcze raz! To była przygoda na całe życie, a zwykle w czasie przygód nie jest łatwo. Codzienne pokonywanie siebie, swoich przyzwyczajeń, codzienne odnajdywanie się w odszczepionej od realiów rzeczywistości. W czasie Rejsu myślałem, że na pewno nie zatęsknię za „Darem”, ale kiedy spakowany schodziłem z pokładu, to faktycznie uroniłem łzę.
Świat niderholerów, szotów, halsów, flaut, sztormów i Starego tak zupełnie mi wcześniej nieznany stał się dla mnie normalnością. Świat morza – sprawił, że mniej znanym stało się na moment dla mnie to co otaczało mnie od zawsze. Sprawił, że w rzeczywistości, którą przez 22 lata sam tworzyłem – poczułem się jak alien.
