już się nie dziwię

24 kwi 2017

Przestało dziwić mnie to dlaczego ateiści czy agnostycy  nie wierzą, dlaczego wierzący niepraktykujący nie łączą swojego życia z wiarą, dlaczego tradycyjni, niedzieleni katolicy nie widzą w tym głębszego sensu.

Dziwiłem się nie raz, zadając sobie pytanie – jak oni mogą myśleć inaczej, skoro w grze jest życie wieczne, przecież wierząc, ludzie są szczęśliwsi, no i przecież wie się wtedy po co żyje. I nagle BANG. Przecież ja im się nie dziwię.

Chrześcijaństwo, a szczególnie katolicyzm mają ogromną otoczkę. Ona potrafi być naprawdę piękna, lecz zwykle jest przerażająca. To nie jest tak, że żeby zostać chrześcijaninem trzeba zacząć od tego by przestać mieszkać z chłopakiem, to nie jest tak, że musisz chodzić do kościoła, to nie jest tak, że musisz głosować według sumienia (abstrahuję tu od stereotypu powinności głosowania na PiS), że musisz szukać zawsze okazji do uczynienia jakiegoś dobra, że nie możesz robić przeróżnych rzeczy, bez których może nie wyobrażasz sobie życia. To nie jest tak, że chrześcijaństwo stawia przed Tobą wymagania na zasadzie – robisz to albo Cię nie ma. Też nie uwierzyłbym w coś takiego.

To wszystko rzeczywiście powinno być realizowane przez chrześcijanina, ale nie jest czymś warunkującym. Warunkuje Chrystus.

Niejednokrotnie, a wręcz bardzo często moi znajomi, przyjaciele pytali, po co to wszystko. Po co ustawiać sobie swoje życie pod jakąś jedną z różnych filozofii. Faktycznie uważam, że to bez sensu. Choć istnieje wiele ludzi, którym po prostu podoba się takie życie według tych wszystkich zasad, samo w sobie. I to też wydaje mi się słabe.

Sens przychodzi w Chrystusie. Zawsze, kiedy pytano mnie o to, odpowiadałem – Ty nie musisz przestawać robić czegokolwiek – brać narkotyków, uprawiać seksu czy innych rzeczy, żeby spotkać Boga. Zawsze, absolutnie zawsze w tym ma być początek – w poznaniu, w nawiązaniu z Nim relacji.

Jeśli odnajdujesz siebie w tym, to gwarantuję, że kiedy poznasz Boga – ale nie w takim wymiarze, jakiejś mocy, kogoś niedookreślonego, niezidentyfikowanego, kogoś kto gdzieś jest – tylko w osobowym wymiarze Jezusa Chrystusa, który się urodził, został ukrzyżowany i powstał z martwych, to naprawdę cała reszta przyjdzie sama . Znając Go – zechcesz czytać Jego Słowo, które do ciebie skierował. Zechcesz żyć według tego. Twoje życie rzeczywiście się wywróci; spokojnie, nie będziesz osobą nawiedzoną, to przyjdzie stopniowo. Ale nie będziesz czuł się do czegoś zmuszony. Będziesz pragnął zmieniać to dla Niego.

Nie dziwię się właśnie dlatego wszystkim tym, którzy nie rozumieją życia chrześcijańskiego; bo to nie jest czymś samym w sobie – to jest tylko droga. Pamiętajmy – zawsze zaczynajmy od Chrystusa :).

Tak bardzo brakuje w świecie chrystocentryzmu. Wszędzie. W Kościele też i to mocno widać – tam powinien Chrystus aż razić, a wiele kwestii jest rozwiązywanych inaczej. Uwierzmy w Chrystusa, osadzajmy Go zawsze za sterem. Z Nim naprawdę wiele przyjdzie samo, łatwiej, lepiej.

dobrze, znaczy ekstremalnie

28 mar 2017

Moje opowieści na przestrzeni lat o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, można byłoby już ubrać w jakiś schemat. Dlatego tym razem będzie (chyba) inaczej i może uda się zwięźlej.

Wiedziałem, że w tym roku muszę pójść na EDK z Radymna – jakoś ta pierwotna droga krzyżowa, przyjmująca formę pielgrzymki bardziej mi leżała niż warszawski survival. Rok temu (kiedy szedłem z Warszawy) było przygodowo, brudniej i straszniej. Ale nijak miało się do mojej EDK sprzed dwóch lat (tej z Radymna na Kalwarię) pod względem bólu, wycieńczenia i cierpienia.

Pomimo tego, że do domu wracałem specjalnie po to, żeby pójść na ekstremalną, przyznam szczerze, że im bliżej niej było, tym byłem mniej chętny. W piątek, w dzień wyjścia nie byłem świadomy, że to już ten dzień. Do ostatniej chwili pojawiały się myśli czy warto wyruszyć . A jeśli tak to może nie na Kalwarię a tylko do Przemyśla (dystans dwa razy krótszy – całość ok. 55 km, do Przemyśla 25km). Ale kiedy poszedłem do biedronki na zakupy po prowiant, wiedziałem co się święci. „Chyba pójdę”. Bóg działa nawet w biedrze.

I poszedłem.

W tym roku był jakiś odlot – wyśrubowaliśmy tempo wychodząc już z kościoła. Zawsze byłem zwolennikiem trzymania się zasady milczenia podczas drogi – jednak przy około dwunastogodzinnym marszu, jest to bardzo ciężkie. Kiedy tylko wyszliśmy, od razu rozentuzjazmowałem się, gawędząc z każdym po kolei (no bo przecież dawno się widzieliśmy). Chyba z połowa ekipy – cisza. No dobra… Ale już od Przemyśla aż do końca zapadła totalna cisza. I to było super. Oprócz postojów, które przecież też symboliczne – bo krótkie i rzadkie, nie odzywaliśmy się. Przed samym końcem, grupa nam się trochę rozczłonkowała, no i może pojawiały się jakieś słowa i stęki, ale ja już szedłem sam.

Dwa dni przed tegoroczną EDK, wróciłem do moich postów o Ekstremalnej z zeszłych lat. Stwierdziłem, że niemal totalnie nie udało mi się opisać tej rzeczywistości jaką się wtedy przeżywa. Przechodząc do klu, na pewno można wyróżnić przeżycia w czasie tej wędrówki. Ja nazwałbym je „liryczno-tragiczne”.

Idąc na EDK, po 20 latach na nowo poznaję świat. Budzę się razem z przyrodą, jaram się różowością nieba, które zaczarowane zostało przez wschodzące słońce. Towarzyszę ptakom w ich porannej modlitwie, widzę opuszczone psy, które w nocy nadal nie śpią, aż w końcu nie jest mi obcy widok wiewiórek, które właśnie zdążają do kopulacji. Tak wiele tracimy śpiąc.

Jednak nie bez powodu EDK, ma w nazwie ekstremalność. I tutaj proszę się wysilcie – bo to nie wybrzmiało ani rok, ani dwa lata temu. Ekstremalna Droga Krzyżowa to nie jest odcisk, obtarcie czy pęcherz na stopie. Idąc w tym roku (wiem, to jakieś filozoficzne dno) ale uświadomiłem sobie, że oprócz całego ciała, nie boli mnie tylko głowa – „pewnie dlatego, że myślę o Jezusie” . Ale różne, dziwne rzeczy pojawiają się w głowie, kiedy za sobą masz cały dzień, a o godz. 21 ruszasz na taki „spacer”. Po 15 km „odczuwasz”, że już chwilę idziesz, ale to jeszcze za wcześnie, by dopuścić do siebie myśl, że pojawił się jakiś „dyskomfort”. Tego roku, w połowie trasy, kiedy ból pojawił się, nazwałbym to – w stopniu cholernym, mówiłem do siebie tylko, że „dopiero będzie bolało”. Nie sam dystans, nie sama pora ale i rytm w jakim się idzie, sprawia, że jest naprawdę ekstremalnie. Czasem się zastanawiałem czy to nie jest już trucht – przyzwyczajony do „iścia” przed wszystkimi, sam też przecież chodzę na co dzień szybko, w tym roku Marcin z Michałem byli non stop 3 metry przede mną. W pewnym momencie zacząłem się do siebie śmiać – „nie to nie jest możliwe, żeby iść tak szybko po prawie 40 km i jeszcze przyspieszać”. I te moje zrywy, żeby ich doścignąć. Co roku widzę siebie jako tą goniącą Justynę Kowalczyk. W pewnym momencie Karol spytał – „czy tylko mi się wydaje, że idziemy trochę za szybko?”. Padło – „tak, tylko Tobie’’.

Każdego bolało co innego. Mnie na nieszczęście stopy rozbolały nierównomiernie – lewa trochę bardziej. No to starałem się zbaczać na prawą stronę drogi, żeby ta prawa była trochę bardziej obciążona i rozbolała do podobnego stopnia. Kiedy nogi bolą równo, to bolą mniej, choćby w rzeczywistości bolały jeszcze mocniej. Jeszcze co do asfaltu – naprawdę najgładszy i najrównomierniej położony asfalt nie jest dla EDKowicza równy.

Co jeszcze z przyjemnych rzeczy? Zmęczenie. Bo kiedy się odpoczywa? Ogólnie to wygląda tak – odmawia się rozważania stacji drogi krzyżowej – z urzędu jest jakby 14 stacji, które jednak trwają koło 2 minut; jest więc niewiele czasu na wyjęcie sobie jakiejś kanapki z plecaka – no bo tylko wtedy jest czas. O jakimś odpoczynku nie ma wtedy mowy. Nie wiem jak inne grupy – my mamy 3 postoje; pierwszy po 25 km, drugi po 30 km, trzeci po jakichś 40. Postoje trwają do 15 minut, jednak sieją spustoszenie – pierwszy kilometr po odpoczynku jest zawsze najboleśniejszy – mięśnie i ścięgna zaczęły odpoczywać, a przecież im nie wolno! Zawsze mam kryzys właśnie po 30 km. Wtedy jest jakaś 2 nocy, tak bardzo sennie, tak bardzo zimno, tak bardzo boli. I zawsze tę godzinę 2, gdzie jesteśmy wtedy w Pikulicach (tam jest taka cudowna górka) wspominam najnamiętniej.

Ale przychodzi ta piąta rano i nawet dla niewierzących, ten wysiłek w nogach jest warty jednego – wschodu słońca. Możesz obserwować jego górowanie nieustannie, bez żadnego limitu. W końcu i tak nie masz nic innego do roboty.

W tym roku idąc, dopadła mnie rozkmina, jak bardzo EDK przypomina to nasze życie. Zdążamy do świątyni, tak o tym marzymy, ciągle motywacją jest wyobrażenie jak tam będzie dobrze, jacy będziemy zadowoleni, jak warto teraz iść. Droga też, jak i nasze życie, do łatwych nie należy, ciągle coś dolega, czasem ma się dość. I ten moment, kiedy wychodząc na górę Kalwarii, widzisz klasztor i przechodzą Cię ciary. Oby każdy z nas tego doświadczył, ale już w tej najważniejszej sprawie, dla której żyjemy.

Tak myślałem; a gdyby tak żyć? Nieustannie dążąc do celu, odpoczywać nieznacznie, osiągać cel przez ból.

Szczerze mówiąc, w tym roku, kiedy dotarliśmy, nie mogłem się doczekać aż opuszczę już kościół . Msza św. odprawiana przez oo. Franciszkanów, na którą corocznie udaje nam się zdążyć, była integralną częścią drogi krzyżowej – normalnie nie dało się wytrzymać. Doświadczyłem, że na wymioty może się zbierać nawet ze zmęczenia.

Jakie są statystki? Dystans – podobno około 55 km ale ja obstawiam, że jest z 60! Czas – doszliśmy na 7:36, więc to daje jakieś 10h i 15 min wędrówki. Wyszła nas 11stka, doszła połowa. Przeżycia? Myślę, że nieocenione, nie tylko dla mnie.

Może to brzmi trochę jak jakiś start w zawodach – a bo czas pobity kolejny raz, a bo tak przyjemnie się kogoś wyprzedza i w końcu dochodzi się pierwszym. Ale w czasie drogi naszło mnie – że skoro idziemy dla Pana Jezusa, a rzeczywiście tak jest i cała otoczka przygodowa nie jest żadnym determinantem, to co złego w tym, żeby zrobić dla Niego coś jak najlepiej, jak najstaranniej i jak najszybciej ? Jezu, to dla Ciebie i dzięki Tobie!

Chwała Panu, Amen.

Proszę, nie przypisujcie niczego komukolwiek kto tam szedł – po pierwsze; niepotrzebny do wyruszenia jest jakiś nadzwyczajny heroizm , po drugie; wszystko dzięki Niemu! Serio

widzieć w każdym, kogoś

6 mar 2017

Zatracamy się w świecie. Nas samych. To nie jest problem tylko nasz – tak dzieje się od wieków, jednak eskalacja tego zjawiska w dzisiejszych czasach jest wyjątkowo smutna.

Jest środek średniowiecza. Większość terenów, na których istnieje dzisiaj cywilizacja, w tamtym czasie jest zalesiona. Tylko od czasu do czasu, las nawiedzany jest przez człowieka, żeby zapolować na dziczyznę. Jednak istnieją osady, zamieszkane przez chłopstwo, nad którym władzę sprawuje ich pan. Są przez niego niezwykle uciskani, zgodnie z zasadą – ten chroni ich i zapewnia im „spokojny” byt. Kwintesencja feudalizmu. Wieśniacy są szarą, pracującą masą, której problemy powierzone są samej sobie. Nikt nie wie ile jest tego chłopstwa – wiadomo jedynie ile dokładnie mają oddać swemu panu rocznych zbiorów – na każde gospodarstwo ustalona jest konkretna pańszczyzna do oddania; dla usprawnienia wiadomo ile w osadzie jest gospodarstw, tak żeby było wiadomo ile powinno być uzbieranych datków (nota bene nadal to się ostało – we wsiach nie mówi się ile jest mieszkańców, tylko ile numerów domów). Niewykształceni, spracowani chłopi, na pytanie, do którego kraju należą, potrafią odpowiedzieć tylko, że „są tutejsi”;

vs

Jest środek średniowiecza. Większość terenów, na których istnieje dzisiaj cywilizacja, w tamtym czasie jest zalesiona. Tylko od czasu do czasu, las nawiedzany jest przez człowieka, żeby zapolować na dziczyznę. Wczoraj właśnie tłustą sarnę upolował Sławko z Podlasia. Sławko ma 40 wiosen, żonę Helenę, córkę na wydaniu – Anuśkę i dwóch synów – Witka i Leszka; niesforni ale może być spokojny o przyszłość swojego gospodarstwa. Sławko, po całym dniu w spiekocie słońca, wieczorem udaje się do karczmy, gdzie spotyka swoich sąsiadów. Nie omieszkają między sobą ponarzekać na ich los – że pańszczyzna za duża, a ich pan ma żołądek taki jak i oni. Wojny nie było dawno, więc na nic im jego obrona, której pewnie i tak nie mógłby zapewnić. We wsi znają się wszyscy, ciężko tam o jakiś sekret, a nowinki nie rozchodzą się wcale wolniej niż w dobie najdrapieżniejszej globalizacji.

6.03.2017;

vs

6 marca 2017 roku, 65 dzień roku, 300 dni do jego końca. Imieniny obchodzi Róża, Wiktor, Agnieszka, Będzimysł, Cymbarka, Cyryl, Eugenia, Frydolin, Jordan, Jordana, Koleta, Konon. Wschód słońca 6:07, zachód – 17:26.

Kolejny brudas na ulicy, który jest nieporadny życiowo;

vs

To już kolejna biedna, samotna, osoba, z trudną, niezwykle skomplikowaną przeszłością, która tak brutalnie rzutuje na jego codzienność.

Widzicie o co mi chodzi? To jest ZUPEŁNIE to samo. Nie mówię tutaj o tym, że jedną rzeczywistość można rozpatrywać na wiele sposobów. Rzecz w tym, że inaczej pojmujemy świat patrząc na osobę jako zindywidualizowany  niż na „ludzia”, takiego jednego, wyrwanego masy. Jakże inaczej wyglądałby świat gdyby wszyscy zauważali, że jest on zbudowany z jednostek a nie jakiegoś ogółu.

Stalin miał rację, mówiąc, że śmierć jednego człowieka to tragedia, a śmierć miliona to tylko statystyka.

Pierwszy raz głębiej zacząłem się nad tym zastanawiać po pooglądaniu filmu „Testament młodości„, gdzie wszystko sprowadza się do historii tylko jednej rodziny – jak ona przeżywa wojnę. Co roku, nad grobem nieznanego żołnierza, myślimy o tym, jakby wyglądałaby nasza wolność bez ich przelanej krwi, ilu ludzi poległo na tej wojnie, jaka to była tragedia i ogromny krok wstecz w dorobku kulturowym. A co, gdyby kosztem tych myśli, które przemykają wszystkim i za każdym razem są do siebie bardzo podobne, raz pomyśleć tylko o tym jednym poległym, który leży centralnie pod zapalonym przez Ciebie zniczem? Jak wyglądała jego śmierć? Jaką rodzinę mógł tworzyć? Jakie poglądy mógł wyznawać? Jak bardzo mógł być podobny do Ciebie i jak niewiele Was różni – bo to tylko aspekt czasowy. Jego życie jest warte tak samo jak Twoje. #patos ale #prawda

Z indywidualizacją nas samych mamy dwa główne problemy. Pierwszy – analogiczny do tego powyżej – widzimy się tylko przez pryzmat masy, którą tworzymy. Dusimy się w ramach, które narzuca nam świat, bo każdy w nie jest włożony i nawet nie ma dyskusji, że nie. Możemy jedynie modyfikować ich rozmiary albo pójść na całość i się z nich zupełnie wyrwać (chociaż przepraszam Was, jeśli kogoś uraziłem- nie znam osobiście takiej osoby). Tkwiąc w brutalnie ciasnych schematach, staliśmy się trybikami. Dla mnie wyrwać się ze schematu to wyruszyć z buta na Alaskę; polecam zgłębienie przypadku Christopher’a McCandless’a, który zapowiadał się facetem ze świetlaną przyszłością, a pierwszą czynnością po zakończeniu koledżu, było przelanie przez niego wszystkich swoich oszczędności na cele charytatywne. Z pustym plecakiem, nie żegnając się z rodziną, wyruszył na Alaskę, ot tak. No bo miał taki kaprys (film „Wszystko za życie„).
A to on (miał ze sobą aparat – i jeszcze taka dygresja; nigdy rzecz jasna nie wrócił ale nie będę spoilerował):

Drugi problem – trochę nam kontrastuje. Przyznam szczerze, że od momentu urodzenia musiało minąć parę dobrych lat zanim to pojąłem, choć wiem, że chyba nadal zostało mi to we krwi; myślimy, że tylko my jesteśmy wyodrębnieni. Czujemy się jak odtwórcy „Truman Show” (ale dzisiaj filmowo), gdzie ludzie, którzy nas otaczają są zatrudnieni
po to, by współtworzyć nam (a nie z nami) rzeczywistość. Naprawdę, ale naprawdę, nie potrafiłem pojąć, że inni czują, myślą tak jak ja. Chore rozkminy towarzyszyły mi od urodzenia. „No ale dlaczego nie mogę nazywać się pępkiem świata?” – autentycznie zadawałem sobie to pytanie, uwierzcie. Myślałem, że Bóg stworzył tylko mnie,
a reszta jest dla mnie subsydiarna. Może nie w tak mocnej formie, ale ta idea przejawia się też coraz częściej. Ludzie myślą – no bo MI musi być dobrze, JA muszę osiągnąć sukces. Nawet żeby po trupach do celu. A wokół, otacza nas siedem miliardów takich jak ja, Ty.

Everyman nie istnieje. Po prostu indywidualności na świecie jest takie gro.

Patrząc na ulotkę, zrozum, że ta pani, która tam pozuje, naprawdę istnieje. Patrząc na półkę w sklepie – zobacz,
że większość z tych produktów trafi do różnych domów i zjedzą je różne osoby. Idąc przez ulicę, zauważ, że komuś może być tak samo zimno jak Tobie. Oglądając kolejny, nudnawy reportaż o uchodźcach, zrozum, że na tej łódce mógłbyś siedzieć Ty. Uczmy się, zauważajmy…

Dla mnie, obok Trójcy Świętej, to jedna z większych tajemnic – jak Bóg ogarnia, to że każdy jest taki ważny, że on zna myśli każdego, że z każdym Jemu ciągle chce się siedzieć.

Czuję niedosyt, bo nie wiem czy się doraźnie wyraziłem . Trzymaj się! Tak, właśnie Ty – żeby już trzymać się indywidualizacji, którą mamy wcielać :).

ps. Jeśli kogoś denerwują słowa jedno- lub dwuznakowe na końcu wiersza, uwierzcie – mnie najbardziej. WordPress jest słaby wybacz

codziennie kochane codziennie

23 sty 2017

Czy mogło być inaczej, że Przemo zabiera się za bloga w sesji :)?

No właśnie. Mamy sesję, maturę, PIT-y i nie wiadomo co. Stres, perspektywa, w której ciągle mamy coś do zrobienia, nieogar. A co gdyby tak się w tym zakochać?

Narzekając, nie unikniemy niczego. Rzeczywistość jest taka jaka nas zastaje – albo i gorzej – jaką my ją zastajemy. Nadal narzekam na studia, nie ukrywam. Aczkolwiek w moim podejściu, w ciągu ostatniego roku, już zauważam ogromny progres. Wśród studentów, szczególnie różnych kierunków podczas rozmowy, następuje typowa licytacja – „kto ma gorzej?”. No normalnie żałosne to jest . Chyba jeszcze bardziej żałosne jest to, że tak często sam daje się w to wciągać.

Moment kiedy człowiek musi pozbyć się pokładów lenistwa, jest trudny. Przez okres świąteczny, z tyłu głowy, była myśl – „jej, trzeba będzie wrócić i się uczyć”. No i wróciłem. Choć ciężko było spiąć poślady, a moje przygotowania pozostawiały wiele do życzenia, uznałem, że to jest bez sensu. Ograniczyłem narzekanie, pokornie wpisując w kalendarz kolejne zaliczenia. Ciężar zarzutu przerzuciłem z rzeczywistości na siebie. Ja jej nie zmienię (przynajmniej nie w jakimś znaczącym stopniu), ale ona może zmienić mnie. I tutaj nie chodzi o konformizm – tutaj jest właśnie walka o charakter.

Jak zwykle naokoło, przepraszam. A więc do brzegu;

Każdy z nas mógłby wymarzyć sobie lepsze życie, łatwiejsze obowiązki i przyjemniejszy czas. Wymarzy, ale nie wymaże. Też nie do końca satysfakcjonująca jest akceptacja naszej codzienności – to ciągle za mało. Trzeba ją pokochać, podjąć z nią współpracę i trochę ujarzmić .

Zaczynam nawet zastanawiać się nad wyjazdami, urlopami – w sensie fizjologicznym to ma sens. Ale opieranie się na takim „resetowaniu się”, jest słabe. Człowiek tylko wraca zażenowany, porównując czas beztroski do tego przeklętego słowa „codziennie”, które kolejnego dnia ma go ponownie zastać. Bardzo często, jako dziecko czy nastolatek, czekałem na wyjazd na oazę – „będzie fajnie, poznam ludzi, poprawię relację z Bogiem”. I co z tego? Życie nie jest czymś „od urlopu, do urlopu”, „od rekolekcji, do rekolekcji”. Ma być fajnie, tu i teraz. Poznawanie ludzi codziennie jest lepsze od jednorazowych eventów. A relacji z Bogiem nie zaklepiesz w dwa tygodnie.

Narzekanie dołuje tylko nas – nie nasze problemy.

Zamiast użalać się nad sobą przed innymi pokaż, że jesteś wart swojej rzeczywistości. Obowiązkom nie zdezerterujesz. A gdyby tak wstać rano z łóżka i zawojować ten dzień, z którym masz się zmierzyć? Nie lubię takich emocjonalnych podrygów – ale czy nie mam racji? Jedyna możliwość do lepszej rzeczywistości, to zmiana sposobu patrzenia na nią. Każdy, kiedyś osiągnie to do czego codziennie dąży – to perspektywa dnia albo trzydziestu lat – obojętne. Ważne jest to, żebyśmy już teraz potrafili przewidzieć metę. Przecież przyjemniej jest być dumnym z siebie nim nie być  .

A więc –

studenci do skryptów

maturzyści do delty

pracownicy do roboty

a ludzie do życia!

coaching of the catholic Church

7 gru 2016

Kochani,

ostatnio było o tym jaki flegmatyzm potrafi się wkraść w nasz exist. Ale basta . Koniec usprawiedliwiania. Według mnie, najgorszym miesiącem w roku jest listopad. Ludzie dostają szoku, wydaje im się, że Słońce gaśnie, że z dnia na dzień będzie zimniej, retorycznie pytając – „ale jak może być jeszcze zimniej?”. Jednak listopad za nami .

Na początku – proszę nie zrażajcie się tymi kościelnymi nawiązaniami, kiedy przez to przejdziemy, dojdziemy do ważnej według mnie konkluzji.

Nie powiem, że te wszystkie światełka, łańcuchy, choinki mnie irytują – cywilizacja potrafiła okropną szarugę przemienić w kolorową rzeczywistość, doceniajmy to. Ale nie zabrałem się dzisiaj za bloga, tylko po to, żeby pisać o tak prozaicznych rzeczach, albo mieć pretekst, żeby posiedzieć opartym o swój grzejnik (jest cudowny!).

Nie chcę zbytnio rozwodzić się nad kalendarzem liturgicznym Kościoła katolickiego, który jest po prostu majstersztkiem (kiedyś coś o tym machnę), ale tylko zaznaczę – to jest naprawdę rzecz szalenie dobrze zaplanowana/ułożona/przewidziana. Popatrzcie – powinniśmy zapaść teraz w zimowy sen, nieco powyżej bioder powinna rosnąć oponka,  a oprócz pracownicznych/uczelnianych/szkolnych obowiązków, pozostawałoby nam oglądanie „M jak miłość” z letnią herbatą. A tutaj nasza Matka, Kościół wychodzi naprzeciw i mówi – „do roboty”. Nie tak jakoś nazbyt stanowczo, czasy pokutniczej ascezy się skończyły, ale wyraźnie zaznacza – „ogarnij się TERAZ”. Szaruga trwa już od tygodni, ale kalendarzowej zimy cały czas nie mamy. Tymczasem pojawia się na horyzoncie Adwent.

I choć jest zimniej, śniegu od kilku lat wcale już nie ma tak dużo więcej, a światełka nie nadrobią wszystkiego, to grudzień jest już inną rzeczywistością. Lepszą.

W internetach pełno vlogów i artykułów o tym jak przeżywać Adwent – Szustak, Kramer, jakieś siostry też do akcji wkraczają. Wszyscy mówią – „nie rezygnuj ze słodyczy, postanów, że nawiążesz lepszy kontakt z Bogiem czy coś tam innego duchowego zrobisz”. Może i mają rację, ale ja się z nimi nie zgadzam . I o ile bardzo istotne jest to rozwijanie duchowości w Czasie Oczekiwania (może coś dorzucić do modlitwy? może roraty? – polecam), to jednak ta rezygnacja ze słodyczy, z alkoholu, wybranie się na siłownie itd. – nie jest tak całkiem głupia. Jesteś ty i Bóg – co jest między Wami? Relacja. Po prostu relacja, jaką mają ze sobą ludzie. Gdyby ktoś, z czegoś dla Ciebie rezygnował, poświęciłby się – nie byłoby Ci miło? I nie chodzi tutaj o sprawianie przyjemności Panu Bogu, bo nawet wątpliwe czy On rzeczywiście z tych rzeczy ma. Ale to coś NAM uświadamia. Że żyjemy dla NIEGO, że ON jest dla nas ważny, że zależny NAM na NIM, że JEMU warto oddawać to nasze życie. Sprawa ta jest bezdyskusyjna i załóżmy, że każdy o tym wie.

Spoko, już lądujemy.

POSTANOWIENIE. Czym jest? Tak dużo a takie nic. Nie chodzi o to, że przychodzi nam ono łatwo tylko o to, że samo postanowienie nic (a na pewno niewiele) nie zmienia. Kto mnie zna wie, że jestem bardzo pomysłowym człowiekiem – mam sporo myśli w jednej chwili, wszystkie idee chciałbym realizować, nie chciałbym żeby cokolwiek mnie ominęło, a co gorsza – żeby uciekał mi czas. Jestem mistrzem postanowień. No i co z tego? Z niewypełnionych postanowień pozostaje tylko rozczarowanie. Nie użalam się nad sobą, straszny po prostu ze mnie leń, nad czym całe szczęście pracuję.

Zróbmy takie równanie:

działanie = efekt

postanowienie + działanie = podwójny efekt + samozadowolenie

Tak bym to w swojej teorii ujął. Postanowienia mogą wiele w naszym życiu zrodzić. Nie zrobić. Właśnie zrodzić. Jednak niczym postanowienie bez działania. „Dobrymi chęciami, piekło jest wybrukowane” czasem się słyszy. Czym jest działanie? W działaniu właśnie jest to sedno. Ogarniasz się, bierzesz się do roboty, w garść. A skąd bierze się działanie? Z decyzji. TYLKO Z TWOJEJ DECYZJI.

Taki przykład – wstajesz rano. Wcześnie. Nie wiem gdzie, ale musisz wstać. Jesteś mega niewyspany. Masz trzy wyjścia;

Zostać w łóżku, zawalić to co miałeś zrobić,

Nastawić drzemkę, cudem podnieść się z łóżka, obijać się o ściany i przez najbliższe trzy kwadranse narzekać, że jesteś niewyspany (albo co gorsza – cały dzień),

Aż w końcu możesz się obudzić, czując się równie niewyspanym jak powyżej, ale wstajesz, ogarniasz się. Paciorek, siusiu, ochlapać twarz – i do działania.

To co zrobisz, zależy tylko od Ciebie, od Twojej decyzji, której Ty jesteś protoplastem.

Ostatnia rzecz co do równania – działanie bez postanowienia, nie jest jednak tak słodkie jak wespół z nim. Ono wzbudza w Tobie motywację, przez co możesz więcej, a na mecie, patrząc za siebie, możesz się docenić, bo masz punkt odniesienia, w którym coś postanowiłeś.

Taki choaching robi nam właśnie Church. Adwent to nie tylko czas pracy nad sobą. Nie marginalizujmy tak strasznie naszego zachow(yw)ania. Częścią nas jest też nasz charakter. Niech będzie tak, że potrafimy go ujarzmić.

Teraz taki moment, że możesz postanowić przykładowo (wcale nic nie sugeruję) – wstać jutro na roraty . I nie ciesz się – niczego, totalnie niczego nie osiągnąłeś przez to, że tak postanawiasz. Ale weź telefon do ręki i nastaw budzik. Tutaj już rodzi się sztos. I uwierz, jak szczęśliwym będziesz jeśli jutro wstaniesz, PODEJMIESZ DECYZJĘ żeby rzeczywiście się ogarniać, a nie przedłużać to o kolejne sekundy. I ten moment, kiedy wracasz z rorat – już nie czując niewyspania, mając w perspektywie dłuższy dzień, doceniasz siebie, że byłeś wierny swojemu postanowieniu. Nabierz sobie tych różnych postanowień, przekutych w działanie. I tak cały Adwent – przez cały rok wspomniałem jak szczęśliwy był to dla mnie wtedy czas. Nie ma co bać się postanowień adwentowych, podjętych nie na początku. Pozwól zrodzić w sobie postanowienie i pomóż mu się urzeczywistnić.

Skorzystaj z Adwentu (na swój sposób – to nie muszą być roraty). Dla Boga .

w ostateczności warto poczekać

16 lis 2016

Słuchajcie,

jest listopad.

Nie łammy się :).

Mieszkamy prawdopodobnie w najbardziej feralnej strefie klimatycznej jeśli chodzi o ludzkie samopoczucie – a nauka śmie nazywać ją „umiarkowaną”. „Sory, taki mamy klimat”. Często pisałem i podkreślałem to, że nie jesteśmy zwierzętami. ALE! Pamiętajcie, że jesteśmy przyodziani w tę upośledzoną formę jaką jest nasze ciało. Jesteśmy wrażliwi na zmysły, na atmosferę. Wiem, to jest słabe – nasze przeżycia często w jakiejś mierze są uwarunkowane temperaturą, ciśnieniem. Nie zważajmy na to. Nie bądźmy wobec życia bierni, nie dajmy się poddać tej aurze. Możemy nasze „przeżywanie życia” uśpić w zimowy sen – ale po co? Co prawda nie jestem typem człowieka, który teraz zechcę zmienić świat – spokojnie, poczekam z tym do lata :). Jeśli w ten mrok, zimno dochodzą jeszcze jakieś sytuacje, które nas rozczarowują, no to słabo się dzieje – a to, że takie są to jak wiemy standard.

Dlatego:

  1. Miejmy świadomość, że to jest normalne;
  2. Nie wymagajmy od siebie zbyt dużo.

Róbmy co mamy robić, jak macie siłę to odkryjcie Amerykę teraz, a jeśli nie – poczekajcie na wyprawę na Marsa jeszcze trochę . Teraz jest czas kiedy w wolnym czasie robisz sobie mocną earl grey, bierzesz na raz paseczek czekolady i opierasz się o ciepły kaloryfer. O. Tak właśnie zastępuję sobie te hektary kwitnącego rzepaku i ciepły, wczesny poranek. Dobranoc.

Minął rok, minęło kolejnych dwadzieścia lat. I minął dzień.

22 czerwca 2016

O godzinie 16.20, 21 czerwca 1996 roku na świat przyszedł Przemysław Marek Puzio (miał być Wawrzyniec).

No właśnie? I co z tego życia?

Ponoć urodziłem się z jakimiś czarnymi kropkami, byłem jeszcze brzydszy od tych wszystkich brzydkich dzieci, które się rodzą. Z lat dzieciństwa pamiętam, jak droczyłem się z „trującym kwiatkiem” w przedpokoju, którego ciągle dotykałem. Wymyślałem dzieciom w przedszkolu zabawy – „babiniec” był największym hiciorem. Przy zabawie w dom zawsze wszystkie dziewczęta chciały mnie na ojca.9

Przyszła podstawówka. Pamiętam zakończenie 3 klasy; jeździliśmy rowerami do sąsiedniej miejscowości, do naszej Pani Wychowawczyni, z której właśnie zostaliśmy osieroceni – naprawdę, pierwsza życiowa depresja.

Podstawówka 4-6? Pamiętam jak pierwszy raz doświadczałem wtedy samotności. Samotność dziecka jest tragiczna. Był nowy dom, niby był też najlepszy kumpel i kumpela ale „inne dzieci miały lepiej”. Modliłem się wtedy do Pana Boga – żeby tylko kiedyś nadszedł taki czas, że ja będę miał mnóstwo znajomych a inni będą mi tego zazdrościli.

 

Wtedy też poznałem ważnego Towarzysza, o którym już wiecie. I choć już w przedszkolu pamiętam jak dostałem od taty kredki i rysowałem dwunastu apostołów, to chyba prawdziwa relacja z Jezusem nawiązała się na pierwszej oazie, kiedy byłem w podstawówce. Byłem szczęściarzem, że się tam pojawiłem! Moi rodzice, kiedy przyjechali w odwiedziny i zobaczyli (za przeproszeniem) istny syf wśród dzieciarni, która przecież przyjechała odpoczywać – nieco się przerazili. Ale to wyznaczyło jeden z torów mojego życia, który pewnie nie jeden raz mnie przy nim trzymał.

Gimnazjum? Megamroczny dla mnie czas. Poza rzeczami, które robiłem w niezwykle i nadzwyczajny głupi sposób, to bywało różnie. Rozkręciłem się trochę towarzysko. Miałem niesamowitą klasę! Myślę, że sporą większość mogłem na tamten czas nazwać moimi przyjaciółmi, a niektórzy pozostali nimi po dziś dzień . Co jeszcze dobrego? Ddużo bardziej zakręciłem się przy MOKu. Zawsze wiedziałem, że aktorem ani piosenkarzem nie zostanę, ale sprawiało mi to naprawdę mnóstwo frajdy i samorealizacji. Co było ciężkie? Trądzik. Kto zobaczyłby mnie w 2 klasie gimnazjum, pewnie wysłałby mnie na Madagaskar. I tutaj ogrooomny stempel pojawił się, który trwa do dziś i pozostanie.  W gimnazjum pojawiła się też pierwsza moja miłość – Madzia . Chodziliśmy nawet ze sobą, ale chyba nieco ponad kwadrans . Wtedy też doznałem pierwszego zwycięstwa i porażki życiowej – zostałem przewodniczącym szkoły, a po jakimś czasie dyrektor mnie „ściągnął” – Przemo też jak jego koledzy miał być zawieszony w prawach ucznia. I choć wiele osób sprawiło, że ten czas bardzo dobrze wspominam, to jednak pozostawię tę szkołę, jako szkołę samą w sobie bez komentarza. Kończąc gimnazjum – myślałem – jeszcze będę tu wisiał w Waszej gablotce – osiągnę coś! I już wiem, że osiągnąłem . Ale na gablotkę jeszcze przyjdzie czas .

Kolejny czas rozstań z przyjaciółmi = kolejny czas nawiązania nowych przyjaźni. Kurczę. Ciężko skwitować liceum. Przez cały okres zadawałem sobie pytanie – „jejku to naprawdę mija ten najlepszy czas? naprawdę to o tym okresie opowiadali moi wujkowie?”. Teraz mogę powiedzieć – oooo tak, zdecydowanie to był ten czas! Naprawdę fajne chwile, w pełnym tego słowa znaczeniu. Wtedy jakoś uwierzyłem w swoje możliwości intelektualne, wtedy uwierzyłem, że ludzie naprawdę są super, ja też mogę być trochę fajny, a ograniczenia jakie stawia mi świat, to ograniczenia stawiane przeze mnie. Aż wstyd mi, że napiszę o nich tak mało, ale to jest na pewno jak do tej pory mój „they made my life”. Połową klasy poszliśmy do Warszawy i choć może to nie jest wymarzona kontynuacja naszej znajomości, to mam jakąś pewność, że pozostanie ona na dłużej – a z niektórymi na zawsze!

Przyszedł czas studiów. O Chryste, co się działo przy przeprowadzce. Serce rozczłonkowane. Było ciężko, początek był masakrą. Studia w ogóle mi nie leżały. Musiała przyjść sesja żebym zobaczył jakich superowych rzeczy mam się uczyć (mówię to tylko dlatego, że jestem już po – pół roku temu byłem jeszcze tego wszystkiego hejterem). No i w międzyczasie poznałem niesamowitych, kolejnych już „ziomków”. I choć na pewno ciągle się jeszcze docieramy, to mogę stwierdzić, że to chyba moja kolejna ekipa na życie .

 

Niektórych rzeczy nie sposób obrać w czas. MOK – moje miejsce samorealizacji, jakiejś wiary w siebie. I choć zawsze widziałem kogoś lepszego, kogo w zasadzie nie dało się doścignąć, to myślałem o sobie – jest w porzo, trochę nie wychodzi ale nie jesteś najsłabszy. Może były trochę śmieszne, ale kolejne bariery jakie przychodziło mi pokonywać były dla mnie naprawdę znaczące i owocne po dziś.

Oaza? O mój Boże. Jak dobrze, że się tam znalazłem! Podstawówka i gimnazjum to ciągłe lawiranctwo. Pamiętam jak raz jedyny, w pierwszą niedzielę miesiąca, wyszedłem z kościoła na adoracji na koniec Mszy św. Mama wtedy powiedziała mi – „żeby to mi było ostatni raz!”. I jak dobrze, że nigdy nie musiała pilnować tego czy byłem w kościele, bo Mądrość przyszła. I do teraz patrzę z troską na tych moich oazowiczów. Wiem, że nigdzie nie nauczyłbym się takich rzeczy jak tam – organizacji „wesela” dla prawie 100 osób – gastronomia, animacja zabawy, kosztorys, porządek (rzecz jasna nie robiłem tego sam – choć pewnie byłyby chwile, gdzie się do tego za bardzo poczuwałem ). Teraz baardzo mi ich brakuje. A przede wszystkim budowałem tam relację z Jezusem!

Wszyscy moi przyjaciele – a trochę ich się nazbierało. Będę okrutny i powiem jednak, że czasami mam wątpliwość czy niektórzy rzeczywiście na ten tytuł zasługują – ale to jest przecież standard. Nie wiem dlaczego, nie wiem skąd ci wszyscy dziwni ludzie wkoło mnie się gromadzą. Czasami mam jednak wrażenie, że wszystkie osoby jakie znam to ta śmietanka całego globu . Tutaj naprawdę powinienem wymienić watahę ludzi. Ale wymieniam Was moi drodzy przyjaciele – od tych, z którymi teraz jestem w ciągłym kontakcie, aż po tych, którzy w życiu mi pomogli – Wy też na zawsze pozostaniecie w Przema serduchu.

Rodzina? Czasami się zastanawiam czy rzeczywiście jestem krewnym tych wszystkich osób z mojej rodziny. Są super, szaleni, zabawni i dobrzy. Dochodząc do końca – muszę wspomnieć o mojej siostrze. Do końca życia będziemy dla siebie nauczycielami. Do końca życia będziemy sprowadzać się na ziemię. A to wszystko z miłości, z potrzeby serca i dla naszego dobra! Dobrze ją mieć. Na sam koniec, powiem o tych, którzy patrzą teraz z mojej ściany, ze zdjęcia. Ela i Marek. Moi rodzice. Kocham nad życie, jak i moją siostrę! Ale już z nimi nie mieszkam. Będę brutalny ale powiem – i dobrze, że już nie! Bo choć bardzo mi ich brakuje, to odczułem po czasie, że ta potrzeba dorosłości rzeczywiście była. Rodziców nie mam idealnych, ale na pewno wymarzonych! Czyli takich najlepszych jakich można było sobie wymyślić .

I już na sam koniec chciałbym podzielić się tym koniuszkiem mojego życia – dniem wczorajszym i dzisiejszym. Wczoraj, moje urodziny – obudziłem się rano taki załamany, zacząłem myśleć o życiu i jakoś tak nie napawało mnie to optymizmem. Później oczywiście się rozkręciło. Ale ten MÓJ dzień jest właśnie dzisiaj. Zrobiłem sobie prezent (no i oczywiście ojciec spowiadający mnie i odpuszczający grzechy, rzecz jasna Jezus) – umówiłem się na spowiedź generalną. Jestem jedną kilkunastokilogramową emocją – ale prosiłem Boga- „chociaż w momencie rozgrzeszenia chcę czuć się święty, ale nie 3 metry nad ziemią”. Wyszedłem taki normalny. „Wiem co robić. Więcej dobra, rób więcej dobra”. Zobaczymy co wyjdzie, ale ma być dobrze! Najlepszy prezent ever. Módlcie się za mnie proszę, choć przez moment, w tej właśnie chwili.

Dzięki!

I taka rozkmina mnie jeszcze naszła. To pragnienie śmierci, które w jakiejś tam mierze (niedużej co prawda) we mnie jest to wcale nic tragicznego. Gdybym bał się śmierci to by było bardziej niebezpieczne. Tu nie chodzi o to, że mam jakąś pewność nieba, bo tak nie jest. Ale ja po prostu o tej śmierci pamiętam. A pamiętając o śmierci nie można być nieszczęśliwym ani ciągle uwsteczniającym się człowiekiem. To choćby dla tych powodów warto krzyczeć – o śmierci, ty wcale nie jesteś taka zła!

Dzięki Ci Jezu, że mogłem Cię poznać. Za to wszystko co na górze wypisałem i jeszcze więcej. Pytanie – dlaczego ja?! DZIĘKUJĘ. A życzę sobie, żeby moje życie było psalmem – słuchać jak Chrystus, Oblubieniec, musi używać tych ułomnych słów, które nie potrafią wyrazić Jego Miłości, a ja będę próbował odpowiadać, coraz to szczytniejszymi zwrotami, które choć czuję, to nie zawsze potrafię wyrazić ich w moim czynie względem Niego.

A to taki Nasz pslam (ale rzeczywiście posłuchajcie i ogarnijcie fenomen tej piosenki – kobieta (w sensie głos tej co śpiewa) ; człowiek, Oblubienica, Kościół, ja – facet – Oblubieniec, Jezus). No jest moc!

Varsovie

2 paź 2016

Właśnie 2 tygodnie temu minął rok odkąd jestem w Warszawie.

A wiecie co? To ciekawe. Kiedy jestem w Radymnie, wydaje mi się jakbym nigdy nie opuścił rodzinnego domu – w Warszawie natomiast na odwrót; jak tu sobie siedzę, mam poczucie jakbym był tutaj już od bardzo dawna. Tak samo jest z powrotami. Wiadomo – niesamowicie wraca się do Rodziców. Ale kiedy wracam po dłuższej przerwie do Warszawy – też jest miło  .

Jakie jest to miasto? Nieodkryte i nie do odkrycia. Mnóstwo możliwości, więcej perspektyw. Kto tutaj chwile pomieszka naprawdę widzi różnice. Jestem dumny, że nasz kraj ma tak prężną stolicę. Zaczynając od tego, że tutaj praca szuka człowieka (na moim Podkarpaciu ludzie braliby w ciemno niektóre z ofert, które w Warszawie są skazane na wakat). Niesamowite miasto wspaniałych miejsc i wydarzeń. Na plaży siedzi się tutaj lepiej niż nad morzem. Wieczór spędzasz tak jak zechcesz. Filharmonia? Opera? Kino? Teatr? Jak się postarasz, masz nawet za friko. Może jedzenie o 22? Jest nocny market – stary dworzec przerobiony na otwarty klub z muzyką i wielorakimi stoiskami z orientalnym jedzeniem. Czynny tylko nocą . Niedawne odkrycie ale jest super. I tak można odkrywać i odkrywać… No i moja ulubiona miejscówka – pawilony. Rzadko kiedy ktoś lubi to miejsce (przynajmniej w takim stopniu jak ja) – idziesz sobie do obskurnego pubu, możesz zejść do piwnicy urządzonej nadniszczonym wyposażeniem i siedzisz sobie. Jak chcesz. Kocham też jeździć metrem. . No i absolutnie coś, bez czego bym tutaj nie przetrwał – freta. To taka ulica, na której jest mój ukochany kościół oo. Dominikanów. Jeszcze zanim się tu wprowadziłem, wyszukałem sobie ten kościół w necie i wiedziałem, że to będzie to! Nie napastuje jakoś tego miejsca tak strasznie często, czasem chodzę do innych kościołów. Choć nie porwała mnie wizualnie ta świątynia, to zawsze widzę to miejsce jako moje spotkanie z Bogiem. Słuchajcie, jakie czasami trudne momenty się tam przeżywało – choć to tylko rok. I to jest piękne – to tam zostawiałem te rzeczy między mną a Bogiem, za tym białym murem. No i to też taka fajna perspektywa miasta, która pozytywnie się wyróżnia. Kiedy tylko zapragniesz – wiesz, że znajdziesz tutaj spowiedź, Mszę, cokolwiek dobrego.

Ale są też ciemne strony naszej stolicy. Jak to się mówi – miasto grzechu. Nie trudno dostrzec jaki hedonizm cechuje tutaj tak wielu ludzi. W większości liczą się tutaj dwie rzeczy – jak najefektywniejsza praca i jak najefektowniejszy wypoczynek; po to, żeby ta praca potem dalej mogła być tak efektywna. Często widzę te szare twarze, wracających z pracy osób, które się nie szanują. Nie szanują pod względem poczucia swojej odrębności. Tutaj ludzie pragną być szarą masą – przyjmować standardy narzucane przez te setki tysiące osób. Tak czasem mam ochotę jakoś docenić jedną napotkaną osobę – niech poczuje się wyjątkowo. Ale jak? Nie wiem. Z resztą – sam się na tym łapie, że w to popadam. Praca powinna pozwalać na tworzenie swojego życia, a nie życie powinno pozwalać na pracę. Nasz (zabrzmi patetycznie) żywot nie może być niewolnikiem obowiązku. Hedonizm, szarość, egzystencjalizm, rutyna, myślące mięso – myślę, że to są słowa klucze.

To tutaj jest epicentrum łączenia się sacrum i profanum. Dzisiaj w kościele (nota bene jestem teraz przy parafii św. Franciszka z Asyżu ❤ ) stałem koło młodego małżeństwa – może lekko po trzydziestce, dwójka dzieci, trzecie widziałem w drodze. Jak fajnie i głośno mi się koło nich śpiewało! Pani skromnie ubrana, Pan zajęty synem, ale wczuwający się w modlitwę. Kocham to miasto za takich ludzi. Oprócz tego, że mówi się, jak bardzo laickie jest to miasto – to ja właśnie oczekuję, że tak w przyszłości będzie wyglądał nasz Kościół. Żeby chrześcijan było widać z daleka. Niech nie idą wszyscy hurtem do kościoła w niedzielę, z tradycji. Niech idą ludzie wiary, którzy płyną pod prąd, a na komunii ławki niech będą puste! Tak tu jest. Choć w niedzielę, może nie widać takiego przejęcia wśród wiernych, ale kiedy jestem na Mszy św. w niedzielę – no to po prostu, mógłbym chodzić tylko po to żeby ludzi oglądać! Też chciałbym być kiedyś takim człowiekiem jak ci ludzie. Jeszcze wtrącę – żeby nie było, że chciałbym Kościoła, do którego grzesznicy nie mieliby wstępu. No nie, sam nim jestem, a nawet i ci ludzie też. Jednak wymagałbym zaangażowania, a to może dać każdy. Najbardziej lubię stare miasto w południe. Wtedy Warszawa jest takim Rzymem, gdzie widać różnokolorowe zakonnice, które akurat wychodzą ze Mszy św.

Co u mnie w tej Warszawce? Łatwo mnie tu dopada marazm. Skutki ciężkiego psychicznie początku zeszłego roku akademickiego, odczuwam do teraz, choć wszystko dobrze się skończyło. Ale głowa człowieka chłonie doświadczenia jak gąbka. Ciężko mi się nawet o tym myśli . Ale jest mi tu dobrze. Poznałem tutaj świetnych ludzi, mogę nazywać ich już przyjaciółmi i chciałbym żeby tak pozostało na zawsze. Dodatkowo, dobrzy ludzie z moich stron też tu są i staramy nadal trzymać się bardziej! Z niektórymi to nawet i bardziej zawiązała się ta znajomość.

Tu naprawdę może być dobrze . Tylko jest trochę trudniej, ale jak to w dorosłym życiu. Często słyszę – „nie żałujesz, że poszedłeś do Warszawy?”.  Szczerze odpowiadam – nie.

wiem, że umieram

13 maj 2016

Chyba pójdę za to do piekła… albo po prostu nie zdam sesji

Muszę się uczyć, ale już od jakiegoś czasu nachodziło mnie żeby coś tu skrobnąć.

Żyć można na dwa sposoby – żyć albo rzyć.

Zacznę od drugiego. Wiem, że to jest oklepane, ale życie nie polega na oddychaniu, jedzeniu, piciu, spaniu, chodzeniu i innych przyjemnych rzeczach.. A dam uciąć sobie rękę, że tak żyje przynajmniej 90% ludzi – ja bardzo często też, pewnie sporą większość mojego życia. Ale to jest takie słabe – jemy, po to żeby to nam potem „wyleciało”, rozkoszujemy się jedzeniem, chcemy, żeby było jak najlepsze. Po co? A dla mnie to tylko przeżycie, a nawet przeżucie. To jest jak z książką – nie kupujesz jej po to, żeby potrzymać papier – zwykle chcesz ją przeczytać, dowiedzieć się jej treści, co tam w sobie skrywa. Tak jest z życiem. Nie urodziłeś się, żeby załatwiać swoje czynności fizjologiczne – owszem, bez tego długo nie pociągniesz, ale to jest psu na budę! Zaraz powiem o co mi głębiej chodzi, bo zaraz wyjdzie na to, że prowadzę bojkot przeciwko lodówce i WC.

Przytoczony wyżej wątek fizjologii to trochę taka metafora. Żyjemy po to żeby żyć. A tego nie można nazwać życiem – stąd „rzycie”. Powiem tak – gdyby nie obrany cel w życiu, jakiś wyznacznik, JAKIŚ SENS, to nie byłoby mnie tutaj, no myślę, że już z jakieś 3 lata. Dziwię się wszystkim zwierzętom – po co im się tak cały czas chce? No to jest pytanie. Bo my, jako ludzie naprawdę mamy sens życia. To jest nasz egzamin.

Życie. Coś trudnego, okazującego się banałem. Coś krótkiego, okazującego się być czymś jeszcze krótszym. Coś jednocześnie super i słabego, co może okazać się albo tylko super, albo tylko czymś słabym. To wszystko okaże się u kresu naszych dni. Łooo. Jak patetycznie.

Podziwiam ludzi, którzy ciągle zachwycaliby się życiem – jednocześnie nie mogę ich zrozumieć – przecież szału ciągle nie ma . Ale jeszcze bardziej nie ogarniam ludzi, którzy na życie ciągle narzekają – ludzie, dlaczego jesteście takimi pesymistami? Przecież to nie będzie trwało wiecznie .

Żyć to wstać i wiedzieć po co się wstało. Żyć to patrzeć przed siebie i widzieć coś WIĘCEJ niż się widzi. Patrzmy przynajmniej sekundę dalej niż sięga nasz najdalszy cel. Bądź ideą, a nie zlepkiem białka. Niech widzą, że nie jesteś ograniczony tylko do myślenia w aspekcie „rzycia” – a przede wszystkim, żebyś sam w sobie nosił ten pierwiastek metafizyczny, sięgający w przód, który będzie promieniował na całego „TY”.

Wiecie jaki jest na to łatwy i skuteczny sposób? Powiem nawet, że to nie musi być wiara w Boga. Wystarczy uwierzyć w śmierć, wyobrazić ją sobie. Żeby poczuć, że się żyje, trzeba najpierw poczuć, że się umiera. Żeby żyć, trzeba umierać! I tak jak każdego dnia, nie będziesz dla siebie tylko chodzącym mięsem, będziesz patrzył szerzej i głębiej, to będzie to możliwe dzięki temu, że wiesz, że to mięcho, które trzeba karmić, kiedyś się rozłoży. Ale Ty, Twoja materia duszy- nie.

Wyobraź sobie jak budzisz się i myślisz, co zjesz na śniadanie?

Wyobraź sobie jak budzisz się i myślisz, że Twoje życie, jest już o jedną noc krótsze. Wyobraź sobie to, że wstałeś żeby umierać, żeby ten proces trwał, żebyś to jakoś przeciągnął. Prawdopodobnie nie będzie Ci się chciało jeść tego samego śniadania co rutynowo jadłeś też wczoraj i wcześniej. To będzie coś superekstramegazaczepistego!

Wkraczam w taki czas, że moje ciało nie będzie już się rozwijać. W końcu ten proces się zatrzyma i organizm wrzuci na „wsteczny”. Może przekwitanie to jeszcze nie będzie, ale z każdym dniem ten proces umierania jakoś się rozwija, nabiera tempa. I to jest wielki powód do radości. Nie dlatego, że świat jest okrutny. Ale jeśli będziesz z tyłu głowy pamiętał, że umrzesz – będziesz naprawdę szczęśliwszy, bardziej zorganizowany, będziesz miał lepsze serce, więcej Ci w życiu wyjdzie, bo będzie Ci bardziej zależało!

Pytanie – to po co to życie przeciągać? Załóżmy, że czeka nas życie WIECZNE. Więc fajnie byłoby żyć jak najdłużej. W końcu 20  lat życia na ziemi + życie wieczne, to nie tyle samo co 100 lat + życie wieczne .

Uwielbiam patrzeć na siostry zakonne – szczególnie kiedy idę sobie na Mszę w samo południe – ludzi jest wtedy garstka, a wyłaniają się właśnie zakonnice, różnokolorowe, starsze, młodsze. Ile razy nie popatrzyłbym na twarz, otuloną tym welonem, przesiąkniętą jakimś takim spokojem, radością i zgryzotą jednocześnie – widzę sens w jej życiu. Widzę, że ta kobieta, kiedyś pewnie (a może i teraz też) pełna ideałów, chciała żyć (i umrzeć) dla Jezusa – to jest konkretny, życiowy cel, który ona sukcesywnie realizuje. Naprawdę za każdym razem mnie to wzrusza.

Cel na dziś – wyobrazić sobie swoją śmierć. Ale tak pozytywnie. Nie umieramy, dlatego, że świat jest okrutny! Świat jest spoko. Umieramy, bo musi być jakiś deadline, bo to nadaje życiu sens, wyznacza rytm. Zrób ze śmierci motywację, a z życia – hollywodzki scenariusz z happy endem

życie morza

Między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem zeszłego roku, dowiedziałem się o konkursie organizowanym przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Akademię Morską w Gdyni. Do zgarnięcia był udział w Rejsie Niepodległości oraz uczestnictwo w Światowych Dniach Młodzieży w Panamie. Nie oszukujmy się – wśród wszystkich moich zainteresowań, na pewno nie mógłbym wymienić żeglarstwa.

Na ŚDM w Krakowie obiecałem sobie, że gdziekolwiek by nie było kolejne Spotkanie Młodych to muszę tam być. No i klops. „Panama. Przecież to koniec świata. Nie dostanę się tam”. Mimo to, obietnica dla samego siebie ciągle obowiązywała. Powyższy konkurs był moją ostatnią deską ratunku. Najpierw trzeba było zdobyć głosy pod zdjęciem swojej małej ojczyzny. Zdobyłem pierwsze miejsce. Drugim etapem był test wiedzy. Zdobyłem maksymalną ilość punktów. Tak więc zostałem pierwszym laureatem konkursu Rejsu Niepodległości. Choć i tak główną nagrodę zgarniało 400 osób z całej Polski, to udowodniłem sobie, że chcieć to móc.

Później przyszedł moment wyboru odcinka. O ironio, jak myślę o tym czym się kierowałem. O Afryce marzyłem od dzieciństwa, więc pomyślałem, że mój zapał i tak w najbliższym czasie mnie tam zaniesie. Ameryka Północna? Mam tam przyjaciół, a poza tym to epicentrum globalizacji – co w tym fajnego? Została Azja, o której ani nie marzyłem, ani nie planowałem. „No to dobra. Niech będzie Singapur-Hongkong-Osaka”. I tak się stało.

Przez cały czas przygotowań do Rejsu, żyłem w błogiej nieświadomości, że będzie to podróż życia, przedłużenie wakacji, relaks. Wszyscy mówili, że bycie załogantem statku wcale tak nie wygląda, ale ja wiedziałem swoje. Po drodze z okazji Rejsu odbyłem spotkanie z Papieżem Franciszkiem i szkolenie w Szczecinie, które pozwalało w ogóle wypłynąć w głębokie morze. Przyszedł wrzesień, czas zakupów i pakowanie. A nie… przepraszam. Pakowanie zacząłem niecałą dobę przed wylotem. No tak, jakbym nie znał siebie. Jeszcze zanim o tym co na statku, chcę bardzo dosadnie podkreślić – nie miałem absolutnie żadnego doświadczenia z żeglarstwem, z pływaniem po morzu ani nic podobnego.

Przylecieliśmy do Singapuru. Zatrzymała mnie ściana wilgotnego i gorącego powietrza, z czym nie spotkałem się dotąd nigdy wcześniej. Tuż po tym jak wysiedliśmy z autobusu, który przewiózł nas z lotniska pod statek, usłyszeliśmy gromkie „WTAMY W AUSCHWITZ, KU*WA!”. Byli to praktykanci, których przylecieliśmy zamienić na pokładzie „Daru Młodzieży”. Pierwsze przerażenie. Na drugie nie trzeba było czekać aż tak długo. Kiedy dotarliśmy na keję (miejsce zacumowania statku), okazało się, że nie możemy wejść na pokład, ponieważ trwa bankiet. I tak, siedząc na walizkach, głodni, spoceni, po kilkunastu godzinach podróży, musieliśmy czekać na bruku. Okazało się, że nie ma dla nas posiłku. Po zakończonym bankiecie rzuciliśmy się na pozostałości szwedzkiego stołu. Przerażenie brało mnie coraz bardziej widząc wychodzącą z nas zwierzęcość, o której to słyszałem, że na statku się potęguje. „Przetrwają najsilniejsi” żartowaliśmy między sobą. Pierwszy posiłek na mesie (stołówka) pamiętam, że zjadłem na kawałku kartonu po wodzie, bo nie było czystych naczyń. Wszystko wróciło do porządku kiedy wypłynęliśmy z Singapuru. Wtedy załoga mogła się za nas zabrać i przywrócić „Darowi” określony rytm i reguły.

Życie na statku nie zatrzymuje się nigdy. Od północy do 4 i od południa do 16 pracuje wachta I, od 4 do 8 i od 16 do 20 pracuje wachta II, a od 8 do południa i od 20 do północy pracuje wachta III.  Dostałem przydział do wachty II. Według mnie, do tej, która wymagała najwięcej heroizmu, z racji godzin pracy i bosmana. Żeby było jasne – czasami mieliśmy tzw. „stand by”, czyli musieliśmy przebywać na pokładzie w gotowości, nie świadcząc pracy. Były zwykle od godziny 4 do 6 rano, ja przyznam szczerze, że na sen spożytkowałem stand by-ów może z 4-5, czyli niedużo. Temperatura, dźwięk silnika czy wentylatora i świadomość, że buja (więc niewykluczone, że przy większym przechyle mogę wypaść) na pójście spać mi nie pozwalało. I pamiętam tę złość, kiedy musiałem szorować wyszorowany pokład jeszcze przed wschodem Słońca, irracjonalnie polerować mosiądz, który w ciągu doby zaśniedzieje ponownie, szorować drewno papierem ściernym, który był już tak wytarty, że raczej przypominał atłas – a to wszystko w imię snu. Uwierzcie, marzyłem tam o pracy żeby na przykład wyczyścić podłogę szczoteczką do zębów. I to wcale nie dlatego, że mam elektryczną. Przy takiej robocie widziałbym przynajmniej efekty pracy.

Co trzy dni przychodziła szansa na przełamanie rutyny. Bowiem każda wachta pełniła służbę zwaną „dobówką” – a że wacht było trzy, tak więc te zadania się rozkładały w takim trzydniowym systemie. Funkcji było dużo – kuchnia, pentra, maszynownia, WC itd. W maszynowni czułem się jakbym to ja korbką zasilał silnik, było tak gorąco. Na pentrze miałem „fuksa” – w przerwach od pracy akurat ogłaszano alarm do żagli, tak więc na odpoczynek nie mogłem liczyć żaden. Bywały dni gdzie byłem w pracy ciągiem przez 18h, z półgodzinną przerwą na przebranie się. Trzeba też dodać – na statku nie ma urlopów ani dnia wolnego. Nie mogłem pomyśleć sobie „wyśpię się jutro”, tylko myślałem „wyśpię się za 35 dni” czyli po powrocie do domu. Los dodatkowo chciał, że w kubryku (czyli w pokoju, w kajucie) było nas 10 chłopa, a wśród nas byli przedstawiciele wszystkich wacht. Dlatego sen był szarpany – bo ktoś wracał o północy z wachty, ktoś na nią szedł i tak w koło Macieju co 4h.

Oprócz takich oczywistych kwestii hartujących charakter, o których powyżej, dochodziły też inne. Między innymi podporządkowania się. Statek to pierwsze miejsce, na którym swoje wieczne „hej do przodu!” musiałem głęboko schować. Dużo chętniej ustawiałem się teraz jako ostatni w szeregu. Podczas jednego z oprowadzań turystów po pokładzie, jeden pan zadał mi pytanie czy mamy też majtków. Odpowiedziałem – „tak, ja nim jestem”. Tutaj też uwierzyłem, że równouprawnienie jednak istnieje. Już pierwszego dnia kiedy dokonywaliśmy załadunku 8 ton wody butelkowej stojąc w rzędzie i podając paczki systemem „podaj cegłę”, kartony musiał dźwigać każdy – chłopaki i dziewczyny. Przeraziłem się przy podaniu pierwszej paczki Oli, kiedy zaskoczona wagą nie uniosła jej i ją opuściła, a czekało na nas co najmniej kilkadziesiąt, lub kilkaset takich. Przez pierwsze 10 paczek narzekała, potem już była cicho. Nie było wyjścia.

Wiem, że 3/4 populacji uważa, że ma lęk wysokości. Jednak czym innym jest normalna obawa przed niecodzienną wysokością a czym innym paraliżujący lęk, który w pewnym momencie blokuje tak, że nie jesteśmy w stanie zrobić nic. Wiedziałem, że na statku trzeba wchodzić na maszty, ale to była kwestia, o której nie mogłem myśleć w czasie starań o wygraną w konkursie, bo to skutecznie odcięłoby cały dopływ motywacji. I tak oto przyszedł dzień szkolenia z wchodzenia na maszt. Maszt ma 54 metry. Oczywiście nie wchodziłem na sam czubek, pierwszego razu pokonaliśmy 20 metrów. Na otwartym morzu, gdzie buja, wieje wiatr, o statek uderzają fale, mam się wdrapać na 20 metrów? Przecież to już całkiem niemały budynek. Aha, no i nie wspomniałem – prawie całą drogę ku górze pokonuje się bez zabezpieczenia. Są dwa momenty zapięcia – kiedy wchodzi się na reje (z racji tego, że po wejściu na reje bardzo często ma się pod sobą już samą wodę, no i stoi się tylko na lince, głównie utrzymując równowagę rękami) oraz kiedy wspina się na platformę – z drabinek trzeba wejść na taki podest – niebagatelna sprawa, bo robi się to za pomocą metalowych uchwytów, po których można się wspiąć podciągając się (leży się plecami do morza, wtedy polega się głównie na swoich rękach).

                   

Te małe ludziki to kadeci, czyli my. Po co tak wchodzić? A bo przymocowany do reji żagiel trzeba jakoś rozwinąć 🙂 . Ja do końca nie poszalałem z wchodzeniem na maszty – przy alarmach do żagli (kiedy to trzeba było wchodzić szybko na górę, żeby zająć się żaglem) zawsze wolałem na pokładzie ciągnąć liny. Jednak największy podziw mnie brał, kiedy było już po zmroku, nie było oświetlenia poza tym statkowym, morze było bardzo niespokojne, a niektórzy wbiegali na bombram, czyli na wysokość 50 metrów. Chapeau bas.

                  

Pamiętam pierwsze wejście na maszt. Mówię do bosmana, że no niezbyt chciałbym tam wchodzić, bo mam lęk wysokości. Rzecz jasna, zmusić mnie nie mógł. Jak się później okazało komendant też podkreślał, żeby nie katować się psychicznie i odpuścić. Ale kto bosmana Brylanta zna, ten wie, że z nim nie ma dyplomacji ani rozczuleń. Zjechał mnie wzrokiem i powiedział „zapie**alaj chłopczyku, nawet nic nie mów”. No to zacząłem wchodzić. Na wysokości kilku metrów, bosman, nie wiedzieć skąd znał wtedy moje imię, krzyknął „Przemysław, ci*o, zapie**alaj!”. Doszedłem do pierwszej platformy, tam czekał na nas Janek i Marysia, którzy tłumaczyli nam jak się na ten podest wspiąć. I pamiętam ten moment, między wantami a platformą, kiedy to tak mocno złapałem się oburącz jednego uchwytu, że nie mogłem go puścić. „Marysia, proszę, mów jak do debila co mam robić”. Ale na nic to nie dało, bo mój mózg nie przyjmował do wykonania żadnego z poleceń. Po prostu nie mogłem się tego puścić, bo byłem przekonany, że z tych 20 metrów wpadnę zaraz do morza. Marysia zobaczyła, że mózg się nie słucha, i sama, palec po palcu, zaczęła ściągać moje ręce z tego uchwytu. Całkowity paraliż. Ręka w końcu odpuściła i złapała się want.

Dzień przed dopłynięciem do Osaki, zdecydowałem się przełamać swoją barierę i wspiąć się jeszcze wyżej, na wysokość jakichś 40 metrów. Chyba ze trzy razy próbowałem zaatakować wantę, żeby wspiąć się wyżej ale psychika nie pozwalała. Na górze czekała już Ania. W końcu się przełamałem i zacząłem, stopień po stopniu iść do góry. W połowie drogi, Ania krzyknęła do mnie z góry, widząc moją niepewność: – „Przemek ale jesteś pewien?”. Na co ja bez zastanowienia, ale przerażony odpowiedziałem: – „Ania, ku**a, nie w takim momencie takie pytania!#%#@!!”. Jak już wszedłem to z euforii zaśpiewałem kilka piosenek a potem zacząłem zastanawiać się jak stamtąd zejść.

Tak ciężko pisze się o pływaniu. Tam każda godzina jest inna od tej na lądzie. Faktycznie można poopalać się na pokładzie, ale jeśli już po pierwszym dniu jesteś oparzony tropikalnym Słońcem, to potem wolisz schodzić do klimatyzowanego kubryku i tam odpoczywać. Można tam zgłupieć i pozagryzać się – stąd jest cała ta praca. Tworząc hermetyczne miasto, gdzie jest się odciętym od rozrywkowych dobrodziejstw, które daje ląd, człowiek szuka jakiegokolwiek ujścia dla swoich potrzeb. Takim ukojeniem była dla nas Msza święta. Choć uczestniczyło w niej w porywach do kilkunastu osób ze 170 na pokładzie, to coś w tym było. Trudności było bardzo dużo. Trwoga o to, że wiatr porwie zaraz jakieś naczynie liturgiczne, brak skupienia, bo owad, który pierwszy raz w życiu widzę usiadł księdzu na albie, przeszkoda w przeżywaniu, bo wiatr zagłusza wszystko to co właśnie na Mszy powiedziano – to wszystko tam było. Nie ukrywam, że to nie był jakiś czas rekolekcji, medytacji ze Słowem Bożym – brakowało albo czasu albo sił. Ale mimo to, człowiek w całym tym trudzie szukał cały czas tego samego, w tym samym – w Bogu.

Były też inne rzeczy – szkoła gry w brydża, dwa razy zorganizowaliśmy dyskotekę, był Dyskusyjny Klub Filmowy raz w tygodniu, Komendant zorganizował Międzyoceaniczne Zawody w Podciąganiu na Drążku. Było też śpiewanie szant, piosenek religijnych, były wielogodzinne rozgrywki karciane, nie zabrakło wychodzenia na kisielek, które na statku można by porównać do wizyty w restauracji Gordona Ramseya. Za czym będę tęsknił najbardziej? Ano za tą wspólnotowością – w powrocie do domu obawiałem się najbardziej tego, że w końcu przyjdzie taki czas, że trzeba będzie zjeść posiłek bez towarzystwa, wręcz – w samotności. Po raz kolejny uświadomiłem sobie jakim jestem socjalnym zwierzęciem.

Bardzo cieszę się z mojej kubrykowej kompanii – mieliśmy cały zestaw ludzi; informatyka, fizjoterapeutę, dwóch prawników, dwóch ekonomistów, polonistę, Belga, oceanotechnika i inżyniera. Dobrze się dogadywaliśmy, jeszcze lepiej wkurzaliśmy 😀 . Nasz kubryk był traktowany przez innych jako ten z typu „robimy imprezę? chodźmy do nich”. Co też ciekawe, gdyby przyszedł ktoś z zewnątrz, pewnie pomyślałby, że jesteśmy bandą nierobów (choć jak się okazało potem, faktycznie kilku takich mieliśmy 😛 ), ponieważ zawsze ktoś u nas spał. A było to spowodowane oczywistą sprawą – każdy kiedy indziej zaczynał dzień. Dla jednych dzień zaczynał się o 23.30, bo wtedy budzili się do pracy, dla innych o 6.45 – wstawali wówczas na zaprawę poranną, choć mieli jeszcze ponad godzinę do wachty. Na statku życie nigdy nie umiera. Cały czas ktoś śpi, cały czas ktoś pracuje. Pływające miasto z miesięcznymi zapasami dla 170 osób, które ma swojego kapelana, szpital z lekarzem i pielęgniarzem, zużywa 8 ton paliwa dziennie, a jego żywot nie zależy od nastrojów jego mieszkańców (bo i tak zawsze muszą być tak samo wydajni), a tylko od czynników zewnętrznych – od natury.

A ta dała się nam dobrze poznać w czasie pobytu na statku. Rzeczy, której nie są w stanie opisać żadne słowa ani odtworzyć żadna pamięć to widoki, które dzień po dniu serwowało nam morze. Pierwsze tygodnie, wyłączając pierwsze dni Rejsu, należały do bardzo spokojnych, w zasadzie długi czas płynęliśmy na flaucie. Były dni praktycznie bez fal, w lustrze wody można było oglądać odbicie „Daru”. Podziwialiśmy wtedy w oddali skaczące delfiny, nocą obserwowaliśmy świecący plankton w wodzie a przez cały miesiąc wynurzały się latające ryby. Moja wachta pracując w specyficznych godzinach miała przywilej pracy przy wschodzie i zachodzie Słońca. A te były każdego dnia tak różne! Raz z nutą fioletu, innym razem zupełnie czerwone, czasem pomarańczowe, zdarzało się, że Słońce tańczyło wespół z Księżycem. Niezliczone kombinacje i spektakl piękna stworzenia. Pamiętam też, że był piękny moment, kiedy nocą przepływaliśmy blisko wyspy Okinawa. Tak jak tygodniami nic nie pojawiało się na horyzoncie, tak wtedy mogliśmy zobaczyć paletę różnych świateł, które docierały do nas z tamtejszych miejscowości. Tak jak mówię – pamiętam, że był taki moment, samego obrazu nie jestem w stanie odtworzyć, z resztą jak chyba nikt. Będąc wówczas tego świadomy, przeżywałem niesamowite uczucie – „PATRZ, PATRZ, TO JEST NIESAMOWITE – TEGO JUŻ NIE BĘDZIE, TEGO NIE OPISZESZ, TEN OBRAZ NIE BĘDZIE W STANIE ZAPISAĆ SIĘ W TWOICH SZARYCH KOMÓRKACH. PATRZ!”. W konkursie na najpiękniejsze widoki wygrało niebo ze swoimi gwiazdami. Uwielbiałem wieczorami, po zmroku, wybrać się na dziób statku, pośpiewać coś sobie pod nosem i pokontemplować feerię tych żaróweczek, które są przymocowane gdzieś tam we wszechświecie. A widok ten cieszył mnie zawsze dwa razy – przed zaśnięciem i po przebudzeniu. Kiedy zaczynałem wachtę o 4, zachwycony całym bezlikiem gwiazd, od razu rozbudzałem się na myśl jak bardzo kocha mnie Bóg, że to stworzył!

W pewnym momencie samo bujanie zaczęło być dla mnie tak przyjemne. Kolega Łukasz trafnie powiedział, że czuje się na „Darze” jak w kołysce mamy w niemowlęcych latach. Pewnego dnia, podczas projekcji filmowej, oglądaliśmy dokument ze zdobywania przez naszą „łajbę” przylądka Horn jakieś 30 lat temu. Oglądając to robiłem takie WOW, jak oni tam płynął, co oni robią. Musiało minąć naprawdę kilka dobrych chwil kiedy uświadomiłem sobie, że jestem na tym samym pokładzie i robię właśnie to samo co oni wtedy – płynę.

Po wizycie w Hongkongu zaatakował nas tajfun. Sztorm zaczyna się już przy 8 stopniach w skali Beauforta, my mieliśmy ich 12 (maksymalny wskaźnik). Czyli huragan. Całe szczęście, że nie było deszczu, bo nie wiem jak wtedy wyglądałaby rzeczywistość, ale ogólnie i tak było mokro. Bywały fale, które przykrywały nadbudówki statku, czyli około 12-metrowe. Komendant, znając pogodę z prognoz, ostrzegał „przygotujcie się na pacyficzny rock’&’roll”. Jednych ścinała choroba morska z nóg tak, że byli przyspawani do miski, albo – kogo zaskoczyła bardziej znienacka, wiła delikwenta po korytarzach, zmuszając do niekontrolowanych haftów. Choroba morska to nie tylko wymiotowanie, ale też bardzo duże otumanienie, zmęczenie – w ten sposób doświadczyła właśnie mnie. Przyznam, że dosyć szczęśliwie.

Tajfun? Jak się później dowiedzieliśmy, załoga zawodowa bardzo mocno to przeżyła, obawiali się faktycznie o nasz statek, jednak mam wrażenie, że dla nas – dla kadetów, był to czas naprawdę dobrej zabawy. Kiedy podskakiwaliśmy po uderzeniu fali w statek, nagle lądowaliśmy w innym miejscu. Samo chodzenie po korytarzu było całkiem zabawne, kiedy najpierw niekontrolowanie się biegło, a potem nagle zatrzymywało. Bywały też sytuacje, że budziłem się bez kołdry, bo któraś z fal mi ją porwała. Jeśli nie pozamykało się szafek na klucz, to też można było liczyć na niespodzianki w postaci pustej szafy.

Mniej śmiesznie było, kiedy dostałem dyżur na pentrze w czasie tak dużego sztormu. Nie dało się nałożyć obiadu, zmyć talerza, wyrzucić resztek – wszystko latało. Po powrocie z przerwy mieliśmy naprawdę niemałe zaskoczenie. Pobite naczynia, cała reszta nie na swoim miejscu. Gary z herbatą i zupą były miotane po stołówce tak tylko jak chciała tego nadchodząca fala. Żeby spokojnie zjeść, trzeba było podkładać pod talerz widelec, żeby wyrównał przechył. Nigdy nie zapomnę, kiedy na śniadanie jadłem kanapkę z dżemem a w statek uderzyła spora fala – kanapka została w ręce, ale dżem z kanapki jak z procy wystrzelił na podłogę. Podczas nocy, w czasie, której zanotowaliśmy 12-tkę Beauforta, wiatr powyrywał kilka desek, złamał uchwyty do trzymania lin, porwał same liny i żagle. Takiej siły jaką potrafił nam sprezentować wiatr, nie miałby nawet rosły koń. Sytuacją, którą ciągle mam przed oczami jest jeden z alarmów do żagli. Cała wachta została rozdzielona na dwie grupy – jedna miała ciągnąć fał, a druga szot żagla. Pierwszy raz zdarzyło się nam tak, że nie mogliśmy poradzić sobie z liną. Dwadzieścia kilka osób nie było w stanie jej pociągnąć. Walczyliśmy z wiatrem. Jednak zaczęło dziać się coś bardziej niepokojącego. Lina do ustawiania żagla zaczynała nas wciągać. Kiedy my pociągnęliśmy jakieś 10 cm liny, ona zaraz zabierała nam jej 15 cm. I tutaj nie chodziło wcale o ciężar pracy, ale o niebezpieczeństwo. Bartek, który jako pierwszy wciągał linę, był bliski od poświęcenia swoich rąk. Dłonie co moment, zamiast oddalać się, przybliżały się do metalowego bloczka, który mógł zaraz mu je wciągnąć. Wyjścia były dwa – albo linę puścić a ona pewnie oddałaby nam z wielką siłą, do tego podarłby się maszt, albo ciągnąć w zaparte, nie wiedząc co zaraz się stanie – czy ręce Bartka nie wylądują w środku bloczka. I to przerażenie bosmana i oficera, którzy zobaczyli co się dzieje a do czego może jeszcze za moment dojść. Na statku rozległy się krzyki dziewcząt, rzucano stekiem przekleństw, nikt nie wiedział jaka sytuacja jest na przodzie, bo zasłaniał nam ją wianuszek ludzi ustawionych do ciągnięcia liny. Żadne rozczulanie ani przerażenie wtedy nie mogły pomóc. Wiedzieliśmy, że moc mamy tylko w rękach i tylko nimi możemy pomóc. To trwało sekundy, a lina zamiast być przez nas wciągana, wciągała nas. W końcu oficer wrzasnął „wszyscy z pokładu do szota!”. I tak w 45 osób w końcu wybraliśmy tę linę, Bartka ręce choć bliskie tragedii, zostały uratowane.

A żagiel, który z taką trudnością wciągnęliśmy, zaraz i tak się porwał.
  46154988_290854971761340_6026745951387910144_n.jpg
Bywały kryzysy – i fizyczne i psychiczne. Pamiętam jak zostało 4 dni do końca Rejsu. Ja ze swoim instruktorem miałem bardzo poważną kosę, pracy im bliżej portu tym było więcej, nie ukrywam też, że po miesiącu czasu był przesyt niektórych rzeczy czy osób. I wiecie? Nie myślałem wtedy „jeszcze 4 dni i będzie spokój” tylko mówiłem sobie „nie, nie wytrzymam tych 4 dni, chcę wrócić teraz!”. Ale statek to miejsce gdzie człowiek nie  ma nawet możliwości się poddać.

Właśnie w całej tej trudności życia na statku, w tym zaskoczeniu, próbie charakteru, w tym zdeptaniu swojego życiowego komfortu – w tym jest piękno tego co tam przeżyłem. Oczywiście, że wybrałbym się jeszcze raz! To była przygoda na całe życie, a zwykle w czasie przygód nie jest łatwo. Codzienne pokonywanie siebie, swoich przyzwyczajeń, codzienne odnajdywanie się w odszczepionej od realiów rzeczywistości. W czasie Rejsu myślałem, że na pewno nie zatęsknię za „Darem”, ale kiedy spakowany schodziłem z pokładu, to faktycznie uroniłem łzę.

Świat niderholerów, szotów, halsów, flaut, sztormów i Starego tak zupełnie mi wcześniej nieznany stał się dla mnie normalnością. Świat morza – sprawił, że mniej znanym stało się na moment dla mnie to co otaczało mnie od zawsze. Sprawił, że w rzeczywistości, którą przez 22 lata sam tworzyłem – poczułem się jak alien.

IMG_20181018_101113.jpg