Do wylotu zostało 90h. Piszę aby podzielić się tym co mnie czeka. Chcę też zostawić jakiś ślad sprzed misji, żeby mieć do czego powrócić po powrocie.

Pragnienie o wyjeździe zrodziło się tuż przed albo na początku studiów. W trakcie studiowania, choć mało kto o tym wie – przygotowywałem się już do wyjazdu. Wtedy jednak uległem rodzicom i nie odważyłem się wyjechać. Choć pragnienie pozostało.
Sam fakt, że wyjadę był dla mnie w jakimś stopniu oczywisty – wiedziałem, że skończę studia to zamieszkam gdzieś na jakiś rok, żeby pomagać. Byłem jednak już na piątym roku i cały czas brakowało tego kroku naprzód i poszukania organizacji, która mogłaby mnie wysłać. Na facebooku wyświetliły mi się Domy Serca. Później przypomniałem sobie, że przecież dwie znajome dziewczyny z parafii były na misji z Domami Serca. Zgłosiłem się na spotkanie informacyjne. Od razu mnie to ujęło. 4-5 osób z całego świata rozkręcająca dom w slumsach. W środku domu kaplica z Najświętszym Sakramentem. Odpowiadające mi apostolaty. Inkulturacja na maxa jak tylko to możliwe. Jedynym minusem było to, że tylko jeden Dom Serca jest w Afryce – w Senegalu, w którym to trzeba przyswoić sobie dwa obce języki a jednym z apostolatów jest przebywanie i pomoc osobom na śmietnisku w zbieraniu śmieci. Od zawsze marzyłem o Afryce, jednak reszta czynników nie napawała mnie motywacją.
Przyszła w przygotowaniu jednak taka myśl – przecież to może być nawet i Ukraina a będę w tym szczęśliwy! Dałem wówczas dyspozycję – wyślijcie mnie gdziekolwiek bylebym był w stanie nauczyć się kiedyś tego języka i dodałem, że bardzo chciałbym pracować w więzieniu. W myślach się śmiałem, że dostanę Ukrainę to do domu rodzinnego będę miał bliżej niż ze studiów. Padło na sam koniec świata. Chile, miasto – Valparaiso.
Fragment z mojego listu intencyjnego, w którym zobowiązałem się do podjęcia misji, przekazany na ręce Domów Serca:
„Oczywiście na mojej drodze pojawia się wiele pytań. Mam cudowną rodzinę, z którą rozłąka nawet na jeden rok byłaby sporą ofiarą. Bóg daje nam jednak odwagę poprzez Słowo («Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!» Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego» – Łk 9, 61-62). Czuję pokój w sercu i wiem, że Bóg chce mnie w tym miejscu. Daje mi także znaki – choćby to z jaką przychylnością moi rodzice przyjęli decyzje tym razem, po pięciu latach (!)„.
Inny młodzieniec, któremu Pan powiedział żeby rzucić wszystko i pójść za Nim, odszedł zasmucony (Mk 10, 17-22). Ja po prostu… nie chcę być smutny :).
Z Chile na początku byłem trochę pokłócony. Nigdzie nie funkcjonuję tak dobrze jak na równiku. Im bardziej upalna wilgoć, tym coraz bardziej czuję, że żyję. Chile z kolei to nie tropiki. W zimie śpi się pod kilkoma kocami, czasem nawet w wełnianej czapce, obowiązkowo termofor. Generalnie – bardzo zimno. Od równika daleko. A do tego – chociaż jest tam hiszpański, to jest w nim 3000 słów-chilenios, których nie jestem w stanie nauczyć się z żadnego polskiego słownika. Pomimo tego tak tam nawijają (mówią tak szybko), że jak tego słucham to absolutnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak z tej zbitki można wyłapać poszczególne słowa, nie wspominając o znalezieniu czasu na ich przetłumaczenie. Do tego najbardziej sejsmiczny kraj świata. I kiedy już tak tym wszystkim się podłamałem, doszło do mnie – dla kogo ty tam jedziesz? Dla siebie? No chyba nie.
Od tego momentu biorę Chile takim jakim jest i je kocham :). Nawet gdyby przyszłoby mi tam żyć w igloo i przez rok nie zrozumieć ani jednego zdania – biorę to takim jakie jest.
Podczas formacji, bardzo mocno kręciłem nosem na koronawirusa – „no Panie Boże, ja już tyle na tę misję się wybieram a jak już jadę to jestem skazany na taki połowiczny jej wymiar?”. Koronawirus trochę zamieszał – jest mniej wolontariuszy, niektóre sieci kontaktów z przyjaciółmi się urwały, większość apostolatów zawieszono. Nie jestem z tego zadowolony. Upatruję w tym jednak jakiegoś szczególnego zadania – bycia depozytem charyzmatu współczucia i pocieszenia właśnie w tym trudnym czasie. Carolina, która odpowiada za formację osób wyjeżdżających z Polski, kiedy mocno buntowałem się na pandemię oraz ograniczenia apostolatów powiedziała mi, że trzeba Bogu zaufać, bo nawet i globalne problemy potrafi odwrócić. Nie wierzyłem, było to absurdalne ale przecież pomyślałem – mój Bóg jest Bogiem rzeczy także niemożliwych i absurdalnych. I co? Wynaleziono szczepionkę. Widzimy koniec na horyzoncie. Oczywiście jak przylecę to apostolaty będą w dalszym ciągu zawieszone. Perspektywa jest jednak już inna.
Obecnie w slumsach mimo bardzo złych warunków, Internet jest. Dlatego na czas pandemii, aby nie stracić kontaktu z przyjaciółmi Domy Serca utrzymywały z nimi kontakt telefoniczny. Wobec tego obecnie jest jeszcze możliwe używanie telefonu częściej ale z upływem czasu będzie to ograniczane do możliwości skorzystania z Internetu tylko raz w tygodniu. Jestem społecznym zwierzęciem choć liczę na sporo pracy tam na miejscu. Chciałbym ponieść jakiegoś rodzaju „śmierć społeczną” w Polsce na te 14 miesięcy. Ufam, że to się uda choć moja pycha z pewnością będzie temu utrudniać. Teraz przynajmniej mam już wobec Was zobowiązanie!
Moja wspólnota też się trochę zmieniła od czasu kiedy o niej mówiłem. Dzień przed moim przyjazdem misję kończy Leo z Argentyny. Przywita mnie Delfi też z Argentyny, która jest rok oraz Valeria z Salwadoru, która jest od początku grudnia 2020 r. Dwa tygodnie po mnie ma przylecieć Emma z USA. Wspólnie będziemy starali się stworzyć bezpieczną przystań w dzielnicy Valparaiso. Chile boryka się z bardzo dużymi dysproporcjami ekonomicznymi w społeczeństwie; brak w zasadzie klasy średniej. Chile jednak nie jest aż tak biedne jak inne kraje Ameryki Południowej. Jednak taką biedę moralną jak tam – ciężko znaleźć gdzie indziej. Powszechnie w książkach pisze się, że Chile to kraj „pijaczków”. Narkotyki, alkohol, broń. To są problemy. Ponadto Delfi, która dobrze zna dzielnicę dosyć szybko musi nas wprowadzić w misję, bo wyjeżdża już w marcu.
Misja Domów Serca to przede wszystkim życie charyzmatem współczucia i pocieszenia. Współczucie to pewien bezpiecznik zamontowany w naszym sumieniu, który przestrzega nas przed egoizmem. Obecnie świat całość swojego współczucia albo chce się wyzbyć albo przelać na coś innego – np. na zwierzęta (choć żeby było jasne – sam bardzo je kocham!). Domy Serca jednak radzą – wysłuchaj tego co rodzi w Tobie współczucie. Z tego rodzi się antidotum – pocieszenie. Bez niego współczucie pozostałoby czystą dramą, ckliwością, sentymentem. Pocieszenie to odpowiedź, to zaradzenie złu w świecie, to przestawienie zwrotnicy myślenia o sobie na potrzeby innego człowieka. Nie znam tych ludzi, którzy tam żyją. Ale tak bardzo pragnę już je kochać.

5 dni temu przeżyłem swoją mszę posłania. Dziękuję za Waszą obecność i wsparcie modlitewne. Choć zabiegany nie miałem czasu na przygotowanie takie jakiego bym od siebie oczekiwał, od dzwonka sygnaturki dostałem jakąś łaskę spokoju i zrozumienia tego co się dzieje. Kto mnie zna ten wie jak potrafię być sentymentalny. Od mszy? Pożegnałem się już z jakąś 3/4 przyjaciół i obyło się bez nie wiadomo jakich sentymentów. „Przecież za 14 miesięcy wracam”. To jest dla mnie tak oczywiste – gdzie w innych sytuacjach wręcz „karmiłbym się” jakimś dramatem rozstania.
Bez wzruszenia się więc pakuję. Tyle przygotowań a cały czas czuję się nieprzygotowany w stopniu zupełnym. Ale chyba dobrze. Jezus musi mieć miejsce do działania. Jadę tylko z Bogiem. Jedyne czego od Niego oczekuję to tego aby mnie nie opuścił podczas pobytu czy raczej… życia w Chile.
Nie umiem gotować a będę miał na głowie tam do wykarmienia co 4 dni 4 osoby do (no chyba, że wieczorami przyjdą dodatkowe osoby w odwiedziny – to wtedy więcej). Nie umiem hiszpańskiego, chociaż miałem prawie pół roku na naukę. Nie było kiedy, really. Jedyne co to skończyłem studia, które zupełnie mi się tam nie przydadzą. Będę 13 047 km od domu. Średnio co dwa dni w Chile rusza się ziemia. Mógłbym się na tym skupić i przerazić. Wtedy zamykam oczy i wyobrażam sobie bezkresny ocean. Jestem nad nim bardzo wysoko i zaczynam do niego spadać. Jest obawa przed utonięciem. Ale tak naprawdę to ożywczy „nur”, gaszący pragnienie, dający odpoczynek każdemu nerwowi mojego ciała. To moje wyobrażenie spoczęcia w Panu. Nie wiem czy jestem przygotowany. Wiem, że mam tam być pomimo, że podczas przygotowywania się do wyjazdu sam mój Kościół umiłowany mocno próbował mnie w wierze, rzucając jakieś kłody (patyki*) pod nogi. Jednak w tym wszystkim górę bierze bezsprzecznie to, że LUDZIE SĄ DOBRZY. Ofiarność darczyńców, otwartość większości z parafii na błogosławienie mojej misji, tyle księży i rodzin dobrej woli. Niesamowite patrzeć na czyjąś dobroć. W tym wszystkim jestem maluczki w swoim postanowieniu pomocy. Dziękuję za Waszą lekcję.
Wylatuję 15 stycznia o 12:45. Koło 10:30 będę na lotnisku Chopina w Warszawie, może zdołam się jeszcze z kimś uściskać. W Chile będę 16 stycznia o jakiejś godz. 15 polskiego czasu (nr lotu – KL 2258). Polecam się Waszym modlitwom w szczególności na początku misji. Po przylocie czeka mnie 10 dni kwarantanny na miejscu. Później – działamy!
Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał – poświęć 10 minut, ta misja ma wyglądać właśnie tak:
