Duch dziecięctwa, to zaufanie i oddanie siebie w dłonie Boga… to zaufanie, oddanie towarzyszące małemu dziecku, kiedy wydaje się, że ojciec chce je wrzucić do strasznej przepaści, a ono śmieje się wbiebogłosy spoglądając w przepaść, bo jest w ramionach ojca i wie dobrze, że ten nigdy go z nich nie wypuści – Mała siostra Jezusa Magdalena
Witajcie moi Przyjaciele, za którymi się stęskniłem,
Witajcie drodzy Darczyńcy, którzy sprawiają, że ta misja jest możliwa,
Witaj moja Rodzino, którą każdego dnia noszę pod sercem,
Dacie wiarę, że minęły już cztery miesiące jak tu jestem? To co wszystko co było nowe, zamieniło się w codzienność i staje się moim życiem.

(Nasza dzielnica)
Z jednej strony to naprawdę góra czasu. Odczuwam smak rozłąki. Od ostatniego listu zaszło dużo zmian – przede wszystkim jeśli chodzi o moją odpowiedzialność; sam już mogę zapłacić rachunki, zadzwonić, wyspowiadać się bez kartki. Z drugiej jednak – czasem jeszcze budzę się zdezorientowany gdzie jestem (niekiedy muszę aż wyjść z mojego pokoju,żeby się uświadomić!). Ostatnio nawet przyśnił mi się mój dzień wylotu do Chile (choć w tym śnie był to akurat pociąg…?!) i byłem w nim wielce przejęty tym jak rozstanę się z moją rodziną i przyjaciółmi na ten czas. Przebudziłem się i mogłem powiedzieć mojej wyobraźni – „ej, ale to już było, nie strasz mnie”. Czasem też kiedy rozmawiam z kimś po hiszpańsku, użyję polskiego słowa, bo tracę świadomość, że mówię w obcym języku (to chyba akurat dobry przejaw tego, że hiszpański jako język obcy stał się mi już bliższy).
Ostatnie dwa miesiące były czasem znacząco różnym. Ostatni list dostaliście w przededniu pożegnania Delfi. Dzień po jej wylocie w Chile wprowadzono pierwszą fazę restrykcji anty-COVIDowych; coś jak twardy lockdown (wychodzenie z domu dwa razy w tygodniu tylko za pozwoleniem policji). Jednak nie w naszej dzielnicy. Tutaj policja, państwo za bardzo nie przejmuje się miejscami biednymi i niebezpiecznymi jak nasza. Tak więc poza zamkniętym kościołem przez cały tydzień, nic się dla nas nie zmieniło. Co nie zmienia faktu, że oczywiście uważamy na siebie.
Pożegnanie Delfi zbiegło się także z końcem wakacji. I to dla nas znacząca różnica, bo gołym okiem możemy zauważyć, że dzieci na ulicy jest mniej, boisko przestało być permametnenie okupowane przez bandę niesfornych, ale jakże cudownych dzieci. Tempo obiektywnie rzecz biorąc troszeczkę zwolniło. Z pewnością się jednak nie nudzimy, a zmęczenie daje i tak o sobie znać.
DOM jako miejsce spotkań
Każdy dzień dla mnie jest odkrywaniem czegoś nowego, choć oczywiście nie zawsze jestem tego świadomy. Ostatnie tygodnie były dla mnie poznawaniem idei Domów Serca w tym sensie, że jest to…DOM. Nie jesteśmy spółdzielnią, jadłodajnią, ośrodkiem rekolekcyjnym, parafią (choć każdego z wymienionych charakterów mamy w sobie po troszę). Po prostu jesteśmy domem. Kiedy to odkryłem, przestałem się już złościć na to, że czasem tyle czasu poświęcamy na porządki, pranie, gotowanie, zmywanie, zakupy, naprawę zepsutego sprzętu. To wszystko sprawia, że jesteśmy autentyczną, sąsiedzką przystanią dla naszych przyjaciół, w której mogą poczuć się jak w domu. Oczywiście trochę się różnimy, bo mamy określony plan dnia, mamy kaplicę z Najświętyszym Sakramentem. Jednak pozostajemy domem, co sprawia, że relacje z naszymi przyjaciółmi są naturalne, bez rozszczeniowości z ich strony a z naszej – bez przesadnego religijnego nadęcia.
WIELKANOC – Alleluja!
Całe nasze istnienie (…) winno krzyczeć Ewangelię na dachach. Cała nasza osoba winna oddychać Jezusem, wszystkie nasze czyny, całe nasze życie winno krzyczeć, że należaymy do Jezusa – bł. Karol de Foucald
Z racji, że kościoły prawie w całym Chile pozostają zamknięte od dwóch miesięcy, siostra wizytatorka naszego domu zaproponowała abyśmy wybrali się na Wielki Tydzień do Domu Serca w Santiago. A, że mieszka tam ksiądz, mogliśmy dzięki niemu uczestniczyć w paschalnej liturgii. Dom Serca w Santiago zamieszkują osoby na stałe związane z Domami Serca. Dużo by tu opowiadać; Wielki Czwartek wieńczylismy uroczystą kolacją, którą spożywaliśmy w formie liturgii, opartej na tradycji żydowskiej (np. na koniec tej kolacji, najmłodszy z nas musiał wyjść na zewnątrz żeby sprawdzić czy Mesjasz już nadszedł albo celebrowaliśmy stare żydowskie zwyczaje polegające na tym, że lewa ręka cały czas musi być oparta o stół – i wiele wiele innych). Było to symbolem, że jeszcze żyjemy starym, jurydycznym prawem, ale jutro, od śmierci naszego Pana – wejdziemy w prawo miłości. Podczas Paschy byłem odpowiedzialny razem z Padre Thibaultza liturgię i pierwszy raz przyszło mi robić tyle rzeczy podczas Triduum. Momentami czułem się jak jakiś diakon J.
Te Święta były inne. Jest to regułą, że bez względu gdzie się je spędza, Pan absolutnie za każdym razem zaskakuje mnie swoim zmartwychwatniem i tym w jaki sposób nas zbawił.

(na zdjęciu nasza wielkanocna ekipa Domów Serca – od góry: Alejandra z Argentyny, Nico, Alexis i ks. Thibault z Francji, Carmen z Chile i ja; od dołu: Francisca z Chile, i moje dwie siostry wspólnotowe – Emma z USA i Valeria z Salwadoru).
KWARANTANNA – doświadczenie samotności i wykluczenia
Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło, osłabły moje oczy gdy czekam na Boga mojego – Ps 69,4
Po tygodniu przeżytych wspólnie świąt razem z Domem Serca z Santiago i też krótkim oderwaniem głowy od naszej rutyny, mogliśmy wrócić do naszej dzielnicy, za którą zdążyliśmy się stęsknić. Także nasi przyjaciele powiedzieli nam, że w czasie naszej nieobecności podchodzili pod nasz dom, wołając i upewniając się czy aby na pewno nas nie ma, choć dobrze wiedzieli, że mieliśmy wyjechać.
W zasadzie od razu po naszym powrocie okazało się, że podczas ostatnich dni pobytu w Santiago mieliśmy kontakt z osobą zakażoną na COVID. Z racji, że większość z naszych przyjaciół jest w podeszłym wieku, schorowanych – nie czekaliśmy aż dostaniemy oficjalny komunikat o nałożeniu na nas kwarantanny. Zamknęliśmy się w oczekiwaniu na wykonanie testu i jego wynik. Perpektywa spędzenia trzech tygodni w zamknięciu przerażała nas. Wyrok niestety zapadł na naszą niekorzyść. Dwoje z naszej trójki dostało pozytywny wynik. W zasadzie kilka godzin przed odebraniem wyników pojawiły się też symptomy zachorowania. Tą osobą, którą koronawirus oszczędził…byłem ja. Mimo dwóch testów nie wykryto u mnie koronawirusa. I tutaj dla mnie mały cud – moi rodzice mocno niepokoili się o mój wyjazd w czasie pandemii; zawsze ta kwestia była ich kartą przetargową, którą chcieli mnie odwieść od misji. I choć faktycznie towarzyszył mi kaszel i znaczący spadek kondycji, nie miałem ani jednej godziny do tego aby odczuwać większą obawę o moje zdrowie. Dla mnie to takie małe dowody na to, że Pan szepta mi – „czuwam”, „przecież Ja cię tu ogarnąłem, czego się tu lękać?”.
Podczas naszej izolacji dzieci podbiegały pod bramę mówiąc, że tęsknią i chcą wejść. Niektóre z nich nawet krzyczały – „ale my już mieliśmy koronawirusa i się nie boimy, wpuśćcie nas!”. Zdarzały się też niespodziewane przesyłki żywnościowe pod bramą; po tym jak wieść o naszej kwarantannie rozeszła się po przyjaciołach, zadzwonili do parafii, która to zorganizowała nam prowiant. Rozlegała się myśl „oni o nas pamiętają”. Wtedy też doceniłem wartość modlitwy, która w tym czasie mogła być jedyną pomocą i formą misji dla naszej dzielnicy. Mimo wszystko nie wspominam tego czasu dobrze. Wierzę jednak, że po coś był. Żeby nie zwariować szukałem różnych aktywności – m.in. w tym czasie też mogłem pochłonąć się lekturze, nauce gry na gitarze czy trochę nadrobić relacji z Polską (generalnie z Internetu korzystam raz w tygodniu jednak w kwarantannie miałem do niego prawie nieograniczony dostęp) wspólnie też odmalowaliśmy nasz dom.
DON FELIPE – kruchość, cierpienie, łagodność
Podczas naszej kwarantanny jedynym źródłem naszej komunikacji z przyjaciółmi mogły być rozmowy telefoniczne i spotkania pod bramą z zachowaniem dystansu. Pewnego wieczora, patrzę – dzwoni don Felipe. Odebrałem, od razu spytałem jak się ma i nagle usłyszałem głos zapłakanej kobiety. Zadzwoniła Lucia, wieloletnia partnerka don Felipe mówiąc, że zabrało go pogotowie, jest w bardzo złym stanie. Nie tak dawno wcześniej, bo jakieś 3 tygodnie wcześniej pojechałem z don Felipem do lekarza, żeby zdiagnozować przyczynę jego przewlekłych problemów z oddychaniem. Później przyszedł do nas na obiad. Pamiętam kiedy skończyliśmy jeść i zasadniczo wyczerpały nam się tematy do rozmów, to jednak staliśmy przy stole chyba jeszcze z 15 minut, gawędząc o pogodzie. Teraz rozumiem dlaczego tak trudno było nam się rozstać. To było nasze ostatnie spotkanie. Gdy Lucia powiedziała nam jak wygląda sytuacja, wiedzieliśmy już, że mamy spodziewać się najgorszego. Pod koniec naszej kwarantanny don Felipe zmarł. Do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy kiedy będziemy mogli opuścić nasz dom. Tak się złożyło, że w pierwszy dzień, w który mogliśmy wyjść z domu odbył się jego pogrzeb. Było to błogosławieństwem, że mogliśmy pożegnać. Poza tym nasza trójka stanowiła znaczną część osób na pogrzebie; pomimo, że Felipe miał synów, wnuki, przyjaciół – nikt a z nich nie przyjechał a na jego pogrzeb nie przybyło więcej niż 10 osób. Był dla nas bliskim przyjacielem, relację z Domami Serca zaczął już kilka lat temu, odwiedzaliśmy go praktycznie każdego tygodnia. Nic nie wskazywało na to, że swoje życie zakończy tak wcześnie, jeszcze przed zdiagnozowaniem swojej choroby.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w jego domu – w jego uśmiechu zobaczyłem niemal identyczny uśmiech jak u mojego taty. Już po kilku mintach rozpłakał się gdy zaczął opowiadać o towarzyszącym mu bólu. Ujęło mnie to, bo jeszcze nie zaszliśmy w dyskusji zbyt daleko a on tak momentalnie otworzył się przede mną, do łez. Zdarzały się też momenty radosne. Mieliśmy okazje nieraz pośmiać się z mojego języka – kiedy mijał pierwszy miesiąc mojego pobytu tutaj a Emma dopiero co przyjechała, s. Maylise razem z don Felipe próbowali mi wytłumaczyć co oznacza pasas. Tłumaczyli mi, że to uva, które zostawia się w plastikowej torebce na dłuższy czas, później ta rzecz schnie, robi się mniejsza i jest świetna do deserów. Wtedy powiedziałem Emmie, że chodzi im o „egg” (jajko). Siostra złapała się za głowę – jajka bowiem po hiszpańsku są huevos, a ja pomyliłem z nimi uva. Uva to winogrona. Tak więc kiedy chcieli mi wytłumaczyć czym są rodzynki (pasas), ja choć nieco zdziwiony, błędnie tłumaczyłem Emmie o starych jajkach, które gdy zczarnieją świetnie nadają się do deserów, a cały ten proces zachodzi w folii. Z drugiej zaś strony, wyboraźcie sobie też paradoks tej sytuacji, kiedy w pierwszym miesiącu mojej styczności z hiszpańskim, byłem już zmuszony tłumaczyć go na inny język obcy. Cała moja misja jak dotąd to jedno wielkie prowadzenie mnie przez Pana Boga suchą stopą przez morze.
Don Felipe był ciepłym, dobrym, szczerym człowiekiem. Od prawie pół roku nie miał dostępu do bieżącej wody. Lucia mogła odnajdywać w jego dobrym sercu wielką pomoc. Teraz jego śmierć pociagnęła za sobą kolejne problemy – pewnego wczesnego poranka kiedy jechałem na targ zrobić zakupy, zobaczyłem Lucię na chodniku, w piżamie z puszką piwa w ręce, mocno nietrzeźwą. Kto teraz będzie dla niej oparciem?

(Jedna z naszych wizyt u don Felippe i Luci)
MIMI – naczelny przyjaciel Domu Serca
Żyć dla Niego to znaczy pozwolić się włączyć w Jego „być dla” – św. Augustyn
Każdego dnia, bez wyjątku przychodzi odwiedzić nas Mimi. To chłopak z naszej dzielnicy, który ma 21 lat i jest lekko upośledzony. Mieszka ze swoją mamą, która wcześniej przed laty go porzuciła. Wcale nie ma od siebie do nas tak blisko to jednak wpada na herbatkę czasem nawet kilkukrotnie w ciągu dnia. Dzień w dzień odmawia też z nami różaniec. Na wieść, że ma przyjechać wujek z Polski, przyszedł w dzień mojego przyjazdu w koszulce reprezentacji Polski z napisem „Lewnadowski”. Od mojego pierwszego dnia tutaj, zawsze gdy przychodzi woła „Tio Marco!”; choć nie jest to nic wyjątkowego, bo Mimi woła tylko chłopaków, a że obecnie jestem tu jedynym przedstawicielem płci męskiej to woła zawsze mnie. Niby mała rzecz ale od pierwszych dni była dla mnie tak bardzo ważna – oznaczała, że dla kogoś tutaj już coś znaczę. Dom Serca od lat jest dla niego miejscem gdzie może być zrozumiany. W dzielnicach biednych, gdzie ludziom często brakuje na chleb, paradoksalnie kapitalizm cechuje je najbardziej. To tutaj musisz mieć dryg do tego żeby „przetrwać”. W biedzie im ktoś zaradniejszy, tym wiedzie mu się lepiej. Tak wiec osoba z niepełnosprawnością odstaje na boku znacznie bardziej niż w świecie jaki my znamy. Choć jak na swoje problemy z rozwojem, Mimi naprawdę nieźle radzi sobie – dobrze gra w piłkę, świetnie orientuje się w piłkarskich rozgrywkach, ma też dobrą pamięć i jest dosyć uważny.
Niedługo po moim przyjeździe zmarł jego brat. Pierwszym miejscem, do którego przybiegł z płaczem był nasz dom. Spędził wtedy u nas cały dzień. Później poszliśmy wspólnie pomodlić się nad ciałem jego brata. Nie ukrywam też, że też, że Mimi kosztuje nas czasem trochę cierpliwości. Jednak co dla mnie zaskakujące – każda z kolejnych wizyt jest dla mnie coraz łatwiejsza, coraz bardziej jej oczekuję. Z całej dzielnicy to chyba najbardziej właśnie w Mimim dostrzegam twarz Chrystusa. A to ułatwia wszelką pomoc. Mimi trzyma u nas swoje leki, przychodzi też cyklicznie poprosić mnie o pomoc w ogoleniu się. Z każdym też dniem zauważam jego dobre serce – w tym, że szczerze chce się dowiedzieć co u nas, co będziemy robili wieczorem, jak się czujemy, dlaczego dziś zdajemy się może trochę bardziej pochmurni. Kiedy przyszłaby mi na myśl wątpliwość „czy ta misja naprawdę ma sens?”, Mimi byłby moim pierwszym argumentem na to żeby odpowiedzieć sobie – tak, to naprawdę ma sens.
(kiedy Mimi przyszedł pierwszy raz spytać czy go ogolę, moja siostra ze wspólnoty powiedziała – nie rozumiem dlaczego przychodzi do nas po to, przecież jego mama zawsze go goli. Wtedy bez zastanowienia przyszło mi na myśl i odpowiedziałem jej – przecież w tym znalazł kolejną szansę na to abyśmy mogli go kochać)
SEÑORA LEO – miłość do ostatniej kostki czekolady
Nie zapominaj o tym, że bardzo często to właśnie mali i ubodzy będą cię ewangelizować i objawią ci Jezusa – Mała siostra Jezusa Magdalena
Señora Leo to staruszka licząca 88 lat, schorowana, skulona do tego stopnia, że aby dorównać jej wzrostem muszę przykucnąć. Jest jednak w świetnej kondycji. Sama każe mówić do siebie per „ty”, choć sama mówi do nas per „pan/pani”, choć z najmłodszą z naszych sióstr dzieli je 70 lat. Mieszka w innej dzielnicy, nie wiem jakim cudem wolontariusze sprzed lat nawiązali z nią relację ale ta relacja to naprawdę… cud! Zamknięta w starej kamienicy, oprócz trzech kotów i zgrai much nie towarzyszy jej nikt. Raz tylko mogłem podpatrzeć jak przed naszą wizytą zaniosła sąsiadowi czekoladę. Myślała, że robi to po kryjomu. Po jakimś czasie wyznałem jej jednak, że wiem, że ma dobre serce, bo cyklicznie rozdaje w sąsiedztwie czekolady. Gdybyście zobaczyli jej skruszony i zaskoczony wzrok, że ktoś o tym wie! Naprawdę co może, robi z serca i w ukryciu.
Kiedy ją odwiedzamy, odczuwam przejęcie jak podczas jakiejś celebracji. Tuż po wpuszczeniu nas do środka, usadza nas przy stole. Znika na kilka minut, bo w tym czasie wyciąga wszystko co ma swojej lodówce albo co schowane po kątach. Ostatni element przygotowania – zamrażarka. Zawsze tam trzyma swoje szklanki, tak aby sok lepiej smakował, był chłodniejszy. Czekały tam na nas od naszej ostatniej wizyty. Kiedy już wszystko wyłożone na stół, Señora Leo w końcu może usiąść i opowiadać swoje życiowe historię albo po prostu opisywać zamiłowanie do słodyczy. Trzyma w ręcę w paczkę chipsów, które są jak pół niej samej i wyznaje nam jak bardzo kocha ich smak. Najbardziej jednak kocha czekoladę. Może pozwolić sobie na dwie lub trzy w miesiącu, bo jest bardzo droga. Jej problemy zdrowotne i sytuacja kwarantanny nie pozwalają jej teraz nawet na wyjście do sklepu po chleb. Przez to stała się już całkiem sama, samotna. Całe długie dnie spędza sama, zamknięta w swoim pokoju. Jednak nie zatrzymymuje się nad tym zbyt długo, woli kontynuować wątek czekolady. W pewnym momencie to wszystko choć może zdawać się infatylne, napawa mnie wielkim przykładem. Señora Leo mimo swoich problemów chce widzieć to co dobre. Nosząc spore pokłady błyskotliwości i matczyności, wcale nie chce udawać jak dużo ma w sobie z dziecka. Jej szczery uśmiech, otwartość, zawstydzony wzrok i rumieńce, na które nie ma wpływu, gdy usłyszy pod swoim adresem jakiś komplement. Rozmawiamy dalej. Długo ale nie chce nam się kończyć. Ściemniło się już do tego stopnia, że nie widzimy siebie nawzajem. Światło zapalamy dopiero w momencie gdy wychodzimy, żeby trafić do drzwi.
Szczególnie w pierwszym czasie mojej misji było mi bardzo głupio gdy ktoś ubogi, komu pewnie nierzadko towarzyszy głód, nagle chce wyprawić ucztę podczas odwiedzin. Coraz bardziej jednak rozumiem jak jest dla nich to ważne, choć do głowy cały czas przychodzą mi myśli – „ach, proszę, żeby tylko nie wyciągała tym razem czekolady dla nas; niech zostawi ją sobie na później”. Oczywiście moje myśli nie mają mocy sprawczej i czekolada ląduje na stole. Ta jedna z dwóch lub trzech, które ma na miesiąc.
Leo nie ma telefonu, więc gdyby coś się stało w zasadzie nikt by się o tym nie dowiedział. Do tej pory wspomina z niepokojem wydarzenie sprzed roku kiedy złodzieje napadli na jej dom; z dokładnością aptekrza wylicza co jej ukradziono – telefon, mikrofalówkę, metalowe schodki z trzema stopniami itd. Nawet samotna nie może czuć się spokojna, bo odczuwa lęk tamtej sytuacji. Czasem pojawia się we mnie sporo smutku – dlaczego tak wspaniała osoba musi zostać skazana na ponurą samotność, w biedzie, nieporządku, towarzyszącym nocami zimnie, przez które przedwcześnie się budzi. Niczym sobie na to nie zasłużyła. Señora Leo jednak ze swoim rozbrajającym uśmiechem skwitowała naszą ostatnią rozmowę o jej życiu: „cała moja rodzina jest inteligentna, dobrze radziła sobie na unierwsytetach. A ja? A ja po prostu całe życie uwielbiałam czekoladę”. Gdy tylko ją zobaczyłem, ujrzałem w niej mojej ś.p. Babcię, która na zawsze pozostanie dla mnie przykładem pięknego serca, heroicznej pokory i dziecięcego uśmiechu aż do ostatnich dni swojej starości. Nawet w jednej z rozmów z moją mamą, powiedziałem jej – „mamo, musisz tu przyjechać, żebyś zobaczyła swoją mamę!”. Señora Leo ujęła więc mnie błyskawicznie i mimo swoich problemów stała się dla wzorem życia. Jest też przykładem na to, że tęsknota dla nas wolontariuszy tutaj wcale nie jest tak trudna kiedy odnajduje się przykład życia swojej babci, czy u innych – uśmiech mojego taty, poczucie humoru mojej mamy. Niczego mi tu nie braknie. Bo Bóg daje życie w obftiości, ja tylko zdecydowałem się z tego skorzystać.
Pamiętam o Was imiennie w moich modlitwach. Kolejne wieści za dwa miesiące. Dziękuję za każdy Wasz wyraz sympatii i pamięci, za wsparcie modlitwene w tym czasie.
Na koniec żeby jednak Wasza lektura nie pozostała bezowocna, zachęcam Was do przeczytania fragmentu Pisma, który zamieszczam poniżej. Choć dobrze go znacie, poświęćcie te 30 sekund i przeczytajcie go jeszcze raz. Słowo miłość zastąpcie jednak swoim imieniem. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to jest najlepszy rachunek sumienia, bo w tak wielu miejscu „coś zgrzyta”, to moje imię jakoś się w to nie wpisuje. I często właśnie taka jest ta misja. Jest przedszkolem miłości, nieudolnym wcielaniem Ewangelii, próbą osiagnięcia niemożliwego.
Marcos z Valparaiso
Facebook: Puśko w Chile
E-mail: przemyslawpuzio1@gmail.com
Adres pocztowy: Punto Corazón San Alberto Hurtado,
Porvenir Bajo, Calle 4, casa 235. Valparaíso 2340000, Chile.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje.
(1 Kor 13, 4-8a)
