Daj znak, gdzie się ukryłeś Umiłowany,
Zobacz serca mego rany.
Uciekłeś jak w borze jeleń, gdyś mnie zranił.
Biegłam za Tobą z płaczem, a Tyś się oddalił.
Drodzy Mecenasi mojej misji (zarówno duchowi jak i materialni) J,
To już 6 miesięcy jak Pan pozwala mi żyć w Chile charyzmatem współczucia i pocieszenia, modlitwy, we wspólnocie. Dacie wiarę, że już tyle minęło?
Kiedy Wy możecie obecnie korzystać z uroków lata, wypoczywając na urlopach – my właśnie jesteśmy w środku zimy. Nie takiej jaką znamy w Polsce – nie ma tu śniegu, temperetura nie spada raczej poniżej 5 stopni. Jednak wilgoć? Ściany czasem opływają wodą, a w takich warunkach chłód odczuwa się zdecydowanie inaczej. Tym bardziej, że nie wspomagamy się centralnym ogrzewaniem – tak więc herbata i ciepły koc – to obecny klimat Valparaiso. Jednak mi, jako Polakowi znosi się tę pogodę naprawdę nienajgorzej. Ale kiedy mówi się o pogodzie to znaczy, że nie ma się tematu do rozmów, a ja naprawdę mam sporo rzeczy do podzielenia się z Wami – więc nie traćmy czasu!
Szukając swojej miłości,
przez góry pójdę wysokie i wybrzeża.
Nie zrywając kwiatów bez trwogi
przed dzikim zwierzem.
Przejdę przez szyk obronny i graniczne progi!
Urodziny
21 czerwca skończyłem 25 lat. Przed moimi urodzinami udałem się na 4-dniowy odpoczynek do klasztoru w Belén (taki czas odpoczynku się nie nie zdarza na misji, więc zapamiętam to do końca mojego pobytu tutaj!). Czas spędzony na zupełnym odludziu, w małej chatce (eremie) położonej w lesie pośród chilijskiej kordyliery, gdzie mogłem przebywać sam na sam z Bogiem, w ciszy i modlitwie był zdecydowanie najpiękniejszym prezentem jaki mogłem dostać żeby zamknąć pierwsze ćwierćwiecze mojego życia. Dwa dni przed moją datą urodzin wróciłem do Valparaiso. A tam? Już wszystko było gotowe. Moje siostry wspólnotowe przygotowały wszystko tak abym mógł przeżyć jedne z najlepszych urodzin w dotychczasowym życiu. Przez trzy dni mogłem wysłuchiwać „cumpleaños feliz”, świętowałem z czterema tortami urodzinowymi, przewinęło się naprawdę sporo ludzi. Chociaż do tej pory mogę usłyszeć od niektórych– „dlaczego nic wcześniej nie mówiłeś, że masz urodziny?!”, nawet od osób, z którymi nie mamy aż tak zażyłych relacji. Bardzo mnie to zaskoczyło. Urodziny zaczęliśmy w sobotę późnym wieczorem kiedy do naszego domu przyszli młodzi z dzielnicy. W niedzielę, po mszy świętej w południe zaczęła się właściwa część urodzin. Przybyli staruszkowie, których zaprosiłem na obiad i urodzinowy tort. Po kilku godzinach wcale nie chcieli wracać do siebie. Tak bardzo ucieszył mnie ten widok, gdy mogliśmy zebrać w jedno popołudnie samotników z naszej dzielnicy aby mogli cieszyć się sobą. Jakże im tego brakowało! Wieczorem z kolei zaproszone były dzieci, z którymi miałem okazję rozwalić pierwszą w życiu piñatę (to ta rzecz z filmów, gdy musisz z zawiązanymi oczami rozwalić jakąś kartonową maskotkę, w moim przypadku – lwa aby uwolnić z niej górę rozsypujących się słodyczy). Była frajda! Kolejnego dnia udaliśmy się do domu naszych przyjaciół na dzień odpoczynku (jak w każdy poniedziałek) ale i tam nie obyło się bez świętowania.
Byłem niesamowicie szczęśliwy, gdy podczas wspólnego obiadu razem z moimi regalones (chilijskie słowo oznaczające „ulubieńcy”) mogłem im całkiem szczerze powiedzieć, że dziękuję Bogu, że naprawdę mogę nazywać ich już swoimi przyjaciółmi – tych, z którymi mamy wzajemne zaufanie, troskę i sympatię. I nie wypływa to z jakiejś przyzwoitości ale z naszej zażyłości. Poza tym większość z nich przyniosła mi jakiś prezent, skromny upominek. Zaskoczyło mnie to, bo dobrze wiem jak u niektórych się nie przelewa; niekiedy gdy ich odwiedzamy, przepraszają nas, że nie mają nawet chleba aby nas nim poczęstować. Pandemia nie rozpieszcza nikogo.
Pasterze, którzy zdążacie tajnymi ścieżkami na szczyt
Wzgórza wielkiego,
Jeśli tam spotkacie Pana serca mego.
Powiedzcie, że tęsknię,
Umieram bez Niego.
Don Louis
Pamiętam, że to była moja pierwsza wizyta w naszej dzielnicy. I właśnie podczas niej, kiedy jeszcze nie bardzo cokolwiek rozumiałem, a sam skupiałem się tylko sprawiać dobre wrażenie (chociaż przecież to nigdy nie wychodzi), poznałem dona Louisa. 76-letniego staruszka, który jak na swój wiek wyróżnia się przebojowością. Mieszka tuż obok nas, razem z seniorą Aną, która ma 84 lata. Ta nigdy nie opuszcza ich domu z racji na przewlekłe problemy z nogami, do których w ostatnim czasie nieomal doszło do amputacji. Swoją drogą zawitała na moje urodziny, więc tym bardziej byłem szczęśliwy, że mogła opuścić swoje cztery ściany z tej okazji. Na powyższym zdjęciu to ta starsza pani, która próbuje machać ręką, ale uniemożliwa to ten oto staruszek, który usadowił się na niej zbyt wygodnie – don Louis.
Pracował od 10 roku życia. Sprzedawał owoce i warzywa na miejskim targu. I to właśnie także w tym miejscu nawiązała się nasza przyjaźń. Często nie ma kto mu towarzyszyć w robieniu zakupów albo z wybraniem emerytury więc zawsze zwraca sięz tym do mnie. Nie może pojechać sam, bo nic nie widzi. Od zawsze miał problemy ze wzrokiem, jednak w ostatnich miesiącach sytuacja tak się pogorszyła, że prócz przebłysków światła nie widzi kompletnie nic. Raz kiedy wracałem do swojego domu, zobaczyłem jak otwiera swoją furtkę 5 metrów od niej, próbując ulokować klucz gdzieś między krzewami. Wyobraźcie więc sobie tragedię tych starszych państwa. Sra Ana nie jest się w stanie poruszać, don Louis podobnie. Zawsze z pokorą prosi mnie o towarzyszenie mu, tłumacząc, że zawsze pomagał mu w tym jego syn, który zmarł 1,5 roku temu. Teraz pozostali sami, bo jak wspomina – ich córka liczy tylko na pieniądze i nie spieszy jej się do pomocy rodzicom.
Bardzo lubię nasze podróże po targu. Trwają grube godziny, chociaż tak mały dystans mamy do pokonania. Zawsze podczas zakupów robimy sobie małą przerwę na chilijskie completo (hot-dog, którego głównym składnikiem jest awokado). Tak więc kiedy już się zmeczymy, siadamy na krawężniku i zajadamy się. Don Louis jest osobą niesamowicie otwartą i prostolinijną. Kiedy w swoim garniturze z lat ’70 (bo oczywiście kiedy zjeżdża do centrum miasta, zawsze musi się przyszykować, co zajmuje mu jakieś 2h – wiem, bo zawsze muszę na niego czekać!) może rozsiąść się na ulicy – z daleka pewnie obaj wyglądamy dosyć niepoprawnie. On zawsze wtedy krzyczy – disfrutalo!, co w dosłownym tłumaczeniu znaczyłoby ciesz się z tego. Podczas jednego z tych momentów powiedziałem mu, że w zasadzie nie pamiętam zbyt wiele moich dziadków, bo zmarli kiedy byłem mały. Od tego momentu przysoposobił sobie mnie jako swojego wnuka. Tak też od tej pory się do mnie zwraca per wnuku. Kiedy wchodzimy do każdego ze sklepów, nie omieszka krzyczeć przy wejściu – Pan zabrał mi syna i dał mi syna! Przy kasie wtedy opowiada historię o zmarłym synu i o swoim sąsiedzie-wnuku Marcosie. Czasem podchodzi pod bramę i krzycząc pyta jak się mam. Zawsze mnie tym zawstydza, choć już zdążyłem przywyknąć do jego otwartości. Kiedy na przykład przechodzimy obok miejsca gdzie puszczana jest muzyka, ten potrafi zatrzymać się na środku chodnika i zacząć tańczyć. Za pierwszym razem mocno mnie to bawiło. Od drugiego razu – zawsze tańczę już z nim. Co najlepsze, że jestem święcie przekonany, że całe swoje życie spędził w ten sposób. Absolutnie do każdego zagaduje czy to w autobusie czy na chodniku. Robiąc zakupy nie możemy przejść spokojnie, bo każdy zna „Lucia”, czyli dona Louisa – sam przecież tu kiedyś pracował. Choć nic nie widzi, dobrze pamięta kto, w którym miejscu co sprzedaje. W sumie bardzo ciężko mi opisać zabawność wszystkich tych sytuacji.
Wiele zdążyliśmy już też przeżyć razem. Dzięki zaufaniu, don Louis zaprosił mnie do swojego życia, dozwalając na towarzyszenie mu także w wielu krępujących sytuacjach, wynikających choćby z racji jego wieku. Jestem wdzięczny Bogu, że dał mi możliwość towarzyszenia mu w jego starości; w tym ostatnim etapie życiowym, a życie przeżył zdaje się (z tego co też zawsze opowiada) w sposób niesamowity, z pełną serdecznością dla innych i od innych.

Ach, któż mnie uleczyć może, kiedyż Cię spotkam,
tak bez cienia,
Nie posyłaj już zwiastunów Swego istnienia,
bo Ty sam tylko możesz wypełnić pragnienia.
Cerro Cordillera – ożywczy deszcz naszej misji
Jak to w życiu, tak i tutaj – raz z górki a raz pod górkę. Od początku towarzyszyły mi mniejsze bądź większe kryzysy tu na miejscu. Jednak w ostatnim czasie dotknął mnie już taki, że myślałem, że spędzę z nim czas do końca mojego pobytu w Valpraiso. Zacząłem tracić nadzieję w to, że mój pobyt tutaj naprawdę ma sens, a wszystko wokół przypomina wyłącznie kopanie się z koniem. I choć czas leci szybko, to perspektywa spędzenia jeszcze 8 miesięcy bez motywacji dlaczego tu jestem, nie zachęcała mnie. To poczucie zniechęcenia nie trwało długo. Byłem pogodzony – „Ok Panie. Będę wypełniał każdy z punktów programu dnia, chcę pozostać Ci wierny, ale wiedz, że na dłuższą metę to nie będzie miało większego sensu” (przyp. musicie w to wszystko dodać aurę zimnej jesieni – gdzie dni u nas są dużo krótsze, ciepło jest tylko pod kołdrą, a czy leje jak z cebra czy nie – misja toczy się dalej). Aż w końcu jednego z popołudniów dziewczyny wróciły z zakupów z wiadomością: „Marcos, mamy nową przyjaciółkę!”. Okazało się, że jedna z kobiet przy kasie rozpoznała po akcencie Emmy, że jest z USA, zagadując, że sama tam mieszkała przez długie lata. Nawiązały konwersację, wymieniły się numerami telefonów. Podszedłem do tej sytuacji dosyć na chłodno, myśląc, że pewnie ta kobieta nas zechce zbyć. Poza tym byłem przekonany, że skoro mieszkała w Stanach, na pewno niczego jej nie brakuje – tak więc mój sceptycyzm uznał, że nie warto się zbyt angażować, bo przecież są ubożsi, którzy naprawdę nas potrzebują.
Wybraliśmy się jednak do niej. Na imię ma Margarita. Już w progu się rozpłakała, choć tak naprawdę nie wiedziała dlaczego jesteśmy w Chile. Przypuszczała, że jesteśmy zwykłymi obcokrajowcami, a już na pewno nie, że jesteśmy jakimiś młodzieńcami, którzy zdecydowali się nieść pomoc w imię Boga. Widać jasno, że bardzo potrzebowała zaprosić kogoś do swojego życia. Weszliśmy do jej pokoiku, który liczy 1×1,5 metra. Trzyma tam cały swój dobytek. Od podłogi do sufitu mieszczą się różne, zdawać by się mogło – przypadkowe rzeczy, które jednak dla niej stanowią wielką wartość. Cały pokój stanowi jej łazienkę, kuchnię, sypialnię i pokój gościnny. Po długich latach spędzonych w USA musiała wrócić do Chile przez kwestie wizy. Tylko gdy przyjechała, zatrzymała ją tu pandemia i nie miała już szansy na powrót. We łzach tylko krzyczała – „nienawidzę swojego kraju, chcę stąd uciec”. Do Stanów pojechała za chlebem. Kiedy wróciła po 17 latach do Chile okazało się, że całość pieniędzy jakie przesyłała na utrzymanie swoich rodziców, kradł dla siebie jej brat. Kiedy wróciła jej rodzice już nie żyli; zmarli z myślą, że ich córka pozostawiła ich samych sobie i wyrzekli się jej. W USA mimo ciężkich warunków pracy fizycznej odnalazła siebie. Związała się, nauczyła mówić się po angielsku, rozkochała się w Nowym Jorku. Lata ciężkiej pracy, a w wieku, w którym powinna pozwolić sobie na spokojną starość – nie zostało jej nic. Mieszka tylko w tym małym pokoiku, nie rozmawiając z nikim.
To spotkanie, to nawiązanie przyjaźni było dla nas oczywistą interwencją Pana Boga, przede wszystkim dało nam przesłanie, że On czuwa nad naszą misją a pracy nigdy nam nie zabraknie – bo potrzeb jest niezliczenie wiele.
Jednak co okazało się dalej… W drodze do Margarity, bacznie obserwowaliśmy nowe tereny naszego miasta – bowiem tej dzielnicy jeszcze nie znaliśmy, wszystko więc było dla nas nowe. Przemierzając obok zobaczyliśmy boisko, a raczej jakiś skrawek ziemi z dwoma bramkami, który był pełen błota. Włączyło mi się, nazwijmy to „wolontariackie zboczenie” i rzeknąłem do dziewczyn – „patrzcie, to boisko jest jeszcze biedniejsze od naszego!”. Później, kiedy już wracaliśmy, idąc kawałek pieszo, zobaczyliśmy na tym boisku gromadkę dzieci w wieku od 5 do 14 lat. Emma podbiegła do nich, a my za nią. I z ręką na sercu mówię Wam, że to było spotkanie, które zapamiętam do końca mojego życia. Każdy z nas się przedstawił, powiedzieliśmy skąd jesteśmy. Dla naszej dzielnicy Dom Serca stanowi już coś oczywistego, nikogo nie dziwi to, że jakiś gringo szwęda się po ulicy. W Cerro Cordillera (przyp. ta nowa dzielnica) było to dla nich czymś zupełnie zaskakującym, powtarzali tylko między sobą – „jejku, ale czuję się międzynarodowo”. Po próbie spamiętania wszystkich imion, zaprosili nas do gry w piłkę. Obiecaliśmy im, że do nich przyjedziemy rozegrać jakiś mecz ale ostrzegamy ich, że jesteśmy naprawdę słabi w futbol. Na co jednogłośnie nam odpowiedzieli – „ale chodzi tylko żeby się z tego cieszyć i tyle, nic więcej”. Każdy z nich obdarzył nas podczas tego kilkuminutowego spotkania niesamowitym szacunkiem. I wszyscy szczerze polubliśmy się od pierwszego wejrzenia. Szczególną łaską dla nas było to, że poznaliśmy się w momencie kryzysu. Bo kryzys też sięgnął relacji z dziećmi w naszej dzielnicy. Często brakuje im wychowania, wobec czego kilkulatek potrafi sprzeklinać cię w sposób nie do pomyślenia, opluć na ulicy, ostatnio też odłączali nam prąd czy rozbijali kubki o nasz dach. Bardzo nas to dotyka, ponieważ lubimy spędzać czas z dzieciakami jednak nie jesteśmy w stanie wszystkiego zaakceptować. Kiedy przybyliśmy do Cerro Cordillera – wszyscy od razu stali się naszymi regalones (przyp. ulubieńcami). Naszych dzieci oczywiście nie zostawiamy, ale te nowo poznane stały się dla nas faktycznym wypoczęciem i chwilą oderwania, podczas, której też możemy podzić się jak dzieciaki pełne energii. Teraz każdego tygodnia udajemy się na ich boisko, które okupują od dnia do nocy. Kiedy przyjechaliśmy tam po raz drugi, pierwszy raz po naszym zapoznaniu się, usłyszeliśmy tylko z okna rozglegający się na całą dzielnicę krzyk „PRZY-JE-CHALI!!!” tak jakby oczekiwali nas przez cały ten czas i do końca nie mogli uwierzyć w to czy naprawdę nas poznali czy dla wszystkich ich byliśmy jakimś snem na jawie. Pamiętam kiedy pierwszego razu kiedy ledwie zdążyliśmy rozegrać jakieś 5 minut meczu, dzieciaki krzyczały –„wow, ale wujek Marcos świetnie gra w piłkę!”. Oczywiście sam dobrze wiem jak gram beznadziejnie, dla nich jednak liczy się tylko ta obecność i tym pokrzykiwaniem jakby chcieli mnie zachęcić –„żebyś czasem nie zapomniał przyjechać do nas w przyszłym tygodniu”. Tak więc jak sami oni powiedzieli nam pierwszego razu – cieszymy się sobą i jesteśmy Bogu niezmiernie wdzięczni, że postawił nas na ich drodze, bo od pierwszego spotkania zobaczyliśmy jak bardzo oni także potrzebują pomocy i obecności.
Niektórzy pytają co u mnie – zaszczepiłem się już tutaj dwiema dawkami przeciwko koronawirusowi. Prawdopodobnie kolejne listy będą pisane z nowej rzeczywistości wspólnotowej, bowiem do naszej trójki w najbliższym czasie dołączą kolejne osoby. A z moim hiszpańskim – zależnie od humoru, różnie z nim bywa J czasem mam ochotę napisać już książkę po hiszpańsku, a czasem wstyd mi się przyznać, że jestem tu już pół roku a tak często zdarza mi się coś kaleczyć mówiąc. Generalnie nigdy nie jest zbyt łatwo, ale już przywykłem do naszej rzeczywistości; choć i czasem to przywyknięcie nie pomaga, bo wtłacza rutynę. Jednak wierzę, że w życiu jest jak w Pieśni duchowej Jana od Krzyża, w której opisuje wołanie duszy do swojego Oblubieńca. Sęk w tym, żeby nie przestać wołać, wstawać, podrywać się, wybiegać do spotkania z Nim. A On już sam wie kiedy zaskoczy nas jak jeleń i wyjdzie nam na spotkanie, dając tyle wody żywej, tyle słodyczy ze spotkania, tak przepoi miłością – że już nigdy niczego nam nie zabraknie, a czas kryzysu, oprócz tego, że nas umocni – odejdzie w niepamięć.
Wreszcie dusza wchodzi cała utęskniona,
do ogrodu rozkoszy Upragnionego.
Spoczywa czarem Jego ukojona,
cała zamknięta w ramionach Miłego.
(cytaty pochodzą z Pieśni Duchowej św. Jana od Krzyża; fragmenty pieśni między duszą a Oblubieńcem)
Polecam się Waszym modlitwom. Chcę też żebyście wiedzieli, że każdego dnia z moją wspólnotą modlimy się za Was.
Adios
Przemek Marcos
